Maria Langner "Ostatni bastion"

Wrocławskie Gestapo

Wrocław

W opisanym przez Marię przypadku wrocławskim mamy osobliwą sytuację polegającą na tym, że z ewakuacją Wrocławia w tragiczny weekend 20-21 stycznia 1945 ewakuowano również urząd i więzienie wrocławskiego Gestapo. W całości i łącznie z całym zaopatrzeniem. Nic nie pozostawiono.

Funkcje więzienia ad hoc przywróciły władze wojskowe twierdzy w dawnej siedzibie Gestapo, czyli gdzieś w budynku Prezydium Policji pod koniec stycznia. Maria trafia do tego więzienia 1 lutego i wygląda na to, że żaden ze strażników nie wie, o co chodzi. Osadzonych szybko przybywa.

Grupa krakowska

Ten chaotyczny okres przejściowy kończy się 13 lutego 1945 kiedy całkowitą władzę nad więzieniem politycznym przejmuje grupa gestapowców - uciekinierów z Krakowa. Przy czym nie chodzi tu o urząd (co się stało z tymi ludźmi, nie jest powiedziane), ale grupę strażników, katów z krakowskiego więzienia Gestapo.

Są to:

  • Oberscharführer Thieme, jest katem, wykonuje wyroki śmierci i jest opisany bardzo dokładnie
  • Nickel
  • Ondrusch klucznik, w bucie ma pejcz, obaj z Nicklem są na dole drabiny hierarchii i tylko chleją
  • Heinz Hüsgen z nich wszystkich ma największe ambicje i jest ich nieformalnym przywódcą. To on knuje w celu obalenia naczelnika więzienia sturmbannführera Jarossa. Jest jedynym gestapowcem, którego imię poznajemy - zresztą przez przypadek.

Nickel i Ondrusch opisani są następująco:

Po Thiemem i Hüsgenie najważniejszymi osobami są Nickel i Ondrusch.
Są to ludzie brutalni i pozbawieni wszelkich uczuć, krzykacze i mordercy, żarłoki i opoje. W chwilach wolnych od pracy leżą na łóżkach polowych w wełnianych, szarych koszulach, w spodniach wojskowych i pantoflach domowych i śpią albo wsunąwszy ręce w kieszenie siedzą na krzesłach z nogami wyciągniętymi przed siebie i drzemią. Ondrusch jest właśnie tym oprawcą z pejczem w bucie. Nickel, w chwili gdy więźniowie po napełnieniu swoich misek odwracają się, by wejść do celi, daje im tak silnego kopniaka w tyłek, że całe jedzenie się wylewa. Więźniowie, którzy już o tym wiedzą, uchylają się i szybko przeskakują próg. W ten sposób ratują swoją zupę.
Nickel jest również tym, który pewnego dnia nowoprzybyłemu więźniowi, rannemu w nogę, wyrywa laskę i wściekle wrzeszczy: Wkrótce panowie więźniowie zawieszą sobie u pasa pistolety, a nam każą stawać na baczność! Chłopie, szkoda, że cię nie było w Krakowie! - Kraków to jego ideał, utracony raj.
Widok bezradnego człowieka, z obandażowaną i ujętą w szyny nogą, skaczącego potem z trudem na jednej nodze, wystarcza, aby na całe życie znienawidzić ten system i jego zwolenników.
Nickel jest przystojnym chłopcem o świeżej twarzy i bardzo błękitnych oczach. Początkowo niejedna kobieta snuje o nim marzenia. Gdy go spotykam, często zadaje mi pytanie: - No, jak się pani powodzi? - Za każdym razem zapewniam, że powodzi mi się doskonale, w co niewątpliwie wierzy.

Natomiast Thieme jest opisywany kilka razy. Maria zwraca na niego szczególną uwagę.

Thieme w dziwny i niezwykły sposób trzyma ręce przed sobą, jak gdyby przykleiło się do nich coś lepkiego i brudnego i jakby właśnie miał zamiar zabrać się do ich umycia. Mimo woli nasuwa się przypuszczenie, że Thieme czuje wstręt do własnych rąk, ale przy bliższym poznaniu okazuje się, że to tylko przyzwyczajenie, którego nie może się już wyzbyć. Pochodzi to pewnie z czasów, kiedy wykonywał pierwsze egzekucje.

i potem:

Oberscharführer Thieme to nasz żywiciel, dozorca i kat. Jest to wątły, nieco zezowaty człowiek o brzydkich nerwowych rysach i wyjątkowo pospolitym, ba, nawet prostackim wyrazie twarzy. Jest stale pijany, czapkę ma wytartą, kołnierz munduru brudny, a palce żółte od nikotyny. Thieme uwielbia głowy o czarnych lokach i od czasu do czasu miewa sukcesy. Między nami są i prostytutki, które ukrywały zrabowane i skradzione mienie.
Thieme przeważnie asystuje przy sporządzaniu protokołów przyjęć, które teraz odbywają się w wartowni naszej piwnicy, zamiast w budynku Gestapo. Wali wtedy aresztowanych kijem golfowym, który zawsze ma pod ręką. W ten sposób przesłuchania odbywają się w znacznie szybszym tempie, a ludzie w lot pojmują, że szeptana propaganda na temat Gestapo nie jest tylko bajką.

oraz:

Thieme jako młody chłopak często wychylał kieliszek żytniówki w oberży jej rodziców. Wanda zna tajemnicę jego pochodzenia. Thieme był chłopcem stajennym, ma żonę i pięcioro dzieci; niegdyś czarny mundur stanowił dla niego tylko mile widziane wzbogacenie jego ubogiej garderoby Wanda z pogardą mówi o Thiemem i rozwoju jego kariery, którą zna do chwili, gdy opuścił wioskę i z małego SS-mana stał się wielkim mordercą.

Sturmbannführer Jaross

Szefem więzienia, który pojawia się zresztą dopiero po jakimś czasie jest sturmbannführer Jaross, który jest w konflikcie z Thiemem jeszcze z czasów krakowskich.

Elegancki jasnowłosy mężczyzna, który od czasu do czasu, wyperfumowany, elastycznym krokiem przebiega korytarze - to sturmbannführer Jaross, szef. Czasami otwiera na moment drzwi jakiejś celi i zagląda do niej, zawsze jednak szybko cofa głowę, aby nie owionęło go powietrze, które się z niej wydobywa.
Jaross jest bardzo powściągliwy. Nigdy nie krzyczy ani nie wymyśla. Nie interesują go więźniowie, raczej czuje do nich obrzydzenie i nic się nie zmienia na lepsze w naszym położeniu. Jaross wie, że jesteśmy wydani Thiememu. Thieme ma prawo męczyć nas, szydzić z nas, torturować, okradać i zabijać.

Wydaje się, że Jaross jest odludkiem i wielkim pedantem. Ciekawa jestem bardzo, w jaki sposób można te cechy pogodzić ze stanowiskiem SS-sturmbannführera i dyrektora więzienia gestapowskiego.
Gdy rano przynoszę kawę do schronu, obydwa wełniane, śnieżnobiałe koce szefa, jeszcze ciepłe od snu, są już starannie złożone. Poduszka jest pedantycznie wygładzona. Kartki z jego notatkami, wypisane misternym, starannym pismem nauczycielki robót ręcznych, leżą uporządkowane pod ładnym, chromowanym przyciskiem na stole, gazeta jest zawsze tak starannie złożona, że można by ją sprzedać jako nową.

W jednym z pokoi parterowych naszego budynku szef przechowuje swoją garderobę i w tym pokoju goli się codziennie o godzinie dziewiątej rano. Po przyniesieniu śniadania sprzątam pokój, palę w żelaznym piecyku i stawiam na nim dzban z wodą. Później, gdy Nickel po raz drugi przepuszcza mnie przez drzwi i odprowadza po żelaznych schodach na górę, widzę, że umywalnia była używana, a w pokoju unosi się delikatny zapach wody kolońskiej. Wszystko, co Jaross posiada, jest bardzo wykwintne i świadczy o najwyższej kulturze, garderoba jego rozwieszona jest na wieszakach i wygląda jak nowa. Szef posiada też swoje własne, srebrne nakrycie stołowe, a po umyciu zastawy nie wolno mi jej zostawiać w piwnicy i muszę kilkakrotnie w ciągu dnia wnosić ją na górę i znosić na dół.
Pewnego popołudnia - właśnie przygotowuję podwieczorek - o niezwykłej porze, zupełnie nieoczekiwanie, wchodzi do kuchni zawsze niewidzialny szef. Thieme jest w pantoflach domowych, przed nim stoi butelka wina; zrywa się z krzesła.

Jego umiejętność zachowywania uprzejmego, grzecznego dystansu sprawia mile wrażenie. Trudno sobie wyobrazić, że Jaross wydobywa pistolet i strzela w plecy ludzkie.

Koło mnie stoi sturmbannführer Jaross, szef więzienia Sicherheitspolizei, w mundurze SS, z wstążkami orderów w butonierce, wysoki, o szerokiej klatce piersiowej, wypielęgnowany, w lśniących butach, wspaniały.

Jaross, który jest pedantem i człowiekiem bez serca. pragnie uchodzić za bohatera. Wydaje rozkaz zamknięcia mnie, bo wiem, że nim nie jest.

Obok Hüsgena, fanatyka i ślepego wyznawcy Hitlera, obok Thiemego, sadystycznego mordercy, i Nickla, bezmyślnego, ograniczonego wykonawcy rozkazów należy wymienić sturmbannfülirera jako człowieka uznającego tylko wojskowy punkt widzenia i przysięgę wierności, która nie cofnie się nawet przed zbrodnią. Nie jest zimny i pozbawiony uczuć, pełni tylko swój obowiązek. Jest żołnierzem, otrzymuje rozkazy, wykonuje je i milczy. >Nie zastanawia się, czy są sprawiedliwe, czy krzywdzące, robi to, czego od niego żądają.
Służy cesarzowi, republice, Hitlerowi i prawdopodobnie tak samo będzie służył następcy Hitlera. Tacy ludzie jak Jaross trzaskają obcasami i stają na baczność. W jakim stopniu są ludźmi, a w jakim żołnierzami, to zależy od okoliczności, ale zawsze bardziej są żołnierzami niż ludźmi.
Jaross również każdej chwili byłby gotów wykonać rozkaz rozstrzelania nas wszystkich, tak jak tu przed nim stoimy. Jak długo nie ma rozkazu i rozporządzenia służbowego, może jeszcze powiedzieć: - Niech pan odłoży kij.

Jaross odpowiada, że nie ma żadnego zainteresowania dla problemów więziennych, stanowisko w więzieniu narzucono mu, sam nie wie, jak do tego doszło.

Po resztkach wina i wódki, pozostałych w kieliszkach, po przewróconych popielniczkach, skorupach szkła i oblanych trunkami obrusach, po wyziewach alkoholu w pokoju i twarzy Jarossa następnego dnia mogę się zorientować, że bawiono się tu nieźle. Poznać to także po nieustannie wygrywanym na patefonie “Marszu Krzyżaków”, doprowadzającym mnie do rozpaczy; jest to ulubiona płyta Jarossa, której bym już nigdy w życiu nie chciała usłyszeć.
Sturmbannführer widocznie też zagląda coraz częściej do kieliszka, czasami już po południu, chodzi z purpurową twarzą. A może i on słyszy już rozlegające się pukanie?

Jaross, Hüsgen, Thieme, Nickel, wszyscy czterej mieli nadzieję zdobyć Wandę. Jaross chce się pozbyć Thiemego, Thieme zamierza według relacji Wandy, wykończyć Jarossa, skoro tylko spotka go w ciemnościach poza więzieniem. Hüsgen nienawidzi Jarossa, ponieważ jest o niego zazdrosny, a sturmbannführer przeciwstawia się jego krakowskim metodom. Z kolei Jaross odnosi się niechętnie do Hüsgena, który widocznie wygrał wyścig o Wandę, bo robi ortograficzne błędy w swoich sprawozdaniach, a jego postawa wobec przełożonego, mimo zachowania wszystkich wojskowych przepisów, jest wyzywająca.

W ostatnich dniach Jaross często stoi przy oknie i spogląda nieruchomo w jeden punkt czerwonego muru. Wanda ozdobiła parapet jego okna wazonami kwitnących tulipanów; ciśnienie bomby zmiotło wszystkie wazony. Koło południa zwykle szef się ożywia i uwija się pracowicie i milcząco po gmachu, wieczorami znów jest zupełnie przybity.
Odpowiada uprzejmie na każde pytanie, a tylko jeden raz zagaduje mnie sam - wprost niepojęte - w osobistej sprawie. Otrzymał list od żony, list, który podobno zrzucił pocztowy samolot. Na jego nieruchomej zwykle twarzy maluje się radość.
Jak to być może, zapytuję sama siebie, że człowiek, który serdecznie rozmawia z swoim psem i dla którego list znaczy tak wiele, może znieść cierpienie w tym gmachu, znajdujących się w nim ludzi. Jak niezawodna musi być czarodziejska moc rozkazu i alkoholu.

Czas już podać herbatę Jarossowi. Tak jak i przedtem Jaross przestrzega surowo pory posiłków i nie odstępuje od swoich nawyków. Prawdopodobnie na chwilę przed rozstrzelaniem też się jeszcze będzie golił.

Nie mogę sobie też wyobrazić, aby Jaross kiedykolwiek dał się porwać namiętności i wyciągnął rękę po więźniarkę.

Po śmierci Hitlera:

Jaross jada niewiele, grzebie ciągle w szufladach i szafach i jest zupełnie nieprzytomny. Raz częstuje mnie nawet kieliszkiem wina, a od czasu do czasu Tino lub ja dostajemy od niego papierosa; przed dwoma tygodniami byłoby to zupełnie nie do pomyślenia. Jaross siedzi teraz często bezczynnie w swoim fotelu i nasłuchuje odgłosów walki.

- Usłyszeliśmy tej nocy głośnik z frontu radzieckiego - zaczynam od nowa - podobno wszędzie nastąpiła kapitulacja - wezwano generała, aby dziś jeszcze oddał twierdzę, aby zaniechał oporu.
- To wszystko rosyjski bluff. - mówi Jaross. - Ja w to nie wierzę.
W tej chwili w oddali rozlegają się trzy strzały artyleryjskie. Jaross kończy rozpoczęte zdanie:
- W każdym razie jeszcze się strzela… a to mnie uspokaja.

A więc Ondrusch przyniesie rozkaz, co z nami zrobić. Jaross niczego nie robi bez instrukcji i rozkazu i z tych murów również nie wyjdzie bez rozkazu.

Ja zajmowałem się w więzieniu wyłącznie administracją…

To cudownie, panie Jaross - powiadam - że możemy wreszcie pójść do domu. Manek od trzech dni kładł mi w uszy, że zostaniemy wykończeni.
- Nie dostałem już żadnych instrukcji w tym kierunku - mówi Jaross.
A więc to tak było. Czekał od szóstego do siódmego maja, dwadzieścia cztery godziny po kapitulacji czekał na rozkaz. Wciąż jeszcze stoi tu w mundurze - ostatni, i czeka, aż ktoś się nad nim zmiłuje, aż ktoś przyjdzie i powie mu: - Teraz wolno panu odejść!

Drzwi do pokoju Jarossa są szeroko otwarte. Czyżby… nie, pokój jest pusty. Pas i rewolwer zniknęły. Jaross odszedł ostatni, w godzinę po odejściu Wandy, która otworzyła cele. Poszedł szukać nowego rozkazu.

Inni gestapowcy

Inne postaci oprawców, które pojawiają się we wspomnieniach Marii to:

  • referent Boenisch
  • Perschel
  • Reichelt, który zwykle określany jest jako “stary kat” lub “dawny kat”

Jeśli o nich chodzi, nie wiadomo czy przybyli z Krakowa.

Boenisch:

Wieczorem tego samego dnia Hilda przynosi coś pod fartuchem. Każe mi zamknąć drzwi na zasuwę i dopiero wówczas pokazuje mi, co jeden z kalefaktorów znalazł w schronie.
Pęk związanych sznurów, na końcach każdego pasma są supły; supły i pasma są zakrwawione.
Patrzymy na siebie z przerażeniem i osłupieniem… Ubrania nie krwawią, nagie ciała krwawią.
- To Boenischa - mówi Hilda.
Boenisch jest jednym z referentów Gestapo. Niektórzy więźniowie opowiadali już o jego biczu.
Hilda zna jego nazwisko, bo prała dla niego bieliznę. Boenisch był dzisiaj w więzieniu. Przed pół godziną prosił o kawę. Wanda przysłała go do mnie. Przez chwilę rozmawiał ze mną. Pochodzi z Berlina i, jak zapewniał, cieszy się ze spotkania krajanki. Radość była tylko jednostronna. Boenisch wygląda tak odrażająco, że w jego obecności ręce moje stają się lodowato zimne. Ma w sobie coś z drapieżnego ptaka, a jego władczy sposób mówienia jest nie do zniesienia, nawet jeśli się o nim nic nie wie.
Boenisch informuje się, jakie cele są po prawej i lewej stronie kuchni i czy są zajęte.
Gdy słyszy, że siedzą tam czterej skazani na śmierć mężczyźni, rzuca kilka słów, które w zestawieniu z uwagami Wandy i Hüsgena i z nazwiskiem, które Nickel wykrzykuje w głąb sali, upewniają mnie, kim jest aresztowany, którego przed kilkoma minutami widziałam.
Boenisch mówi, że te psy żydowskie drukują ulotki.

Perschel:

Perschel, jeden z wachmistrzów więziennych, którzy nie mieszkają w więzieniu i każdego wieczora obejmują wartę,

oraz

wachmistrz więzienny, pełni w nocy służbę i przyjmuje nowych więźniów,

Hitlerowcy spoza więzienia

Jest ich czterech:

  • Nadprokurator Kessler
  • Wiczorek
  • Wehl
  • Komendant twierdzy generał Niehoff

Kessler

Kessler jest jedną z kluczowych postaci książki, ze wszystkich postaci wzbudza w Marii najwięcej strachu. To nadprokurator SS, człowiek zarówno zdolny, zawzięty jak i ambitny. Pochwycenie doktora Waltera Heisiga było dla niego niebywale ważnym przedsięwzięciem, żeby go aresztować zaangażowął prawie dwustu ludzi. Udało mu się to, znalazł Heisiga ukrywającego sie w mieszkaniu Marii, ale ten zanim został dowieziony do więzienia wyskoczył z auta i został postrzelony śmietelnie. Na już konającym doktorze, który był wciaż przytomny i przywiązany do noszy, dokonał egzekucji. Celem Kesslera było poprowadzenie śledztwa w kierunku organizacji grupy konspiracyjnej, a to że doktor mu się wymknął powodowało ogromną frustrację. To dlatego tak zawzięcie prowadził śledztwo w sprawie Marii.

Na południowym przedmieściu w opuszczonej prywatnej willi ulokowało się okręgowe dowództwo Luftwaffe i sąd polowy z nadprokuratorem sztabu, Kesslerem, na czele.
Tu sprowadzony został aresztowany doktor Heisig. Pozostawiony sam w pokoju zamkniętym od korytarzyka na klucz czeka na swój los. W sąsiednim pokoju nadprokurator przyjmuje oficerów, którzy eskortowali Heisiga, i kilku panów, wezwanych tu na pilne posiedzenie sądu.
Sprawa Heisiga jest głośno omawiana. Pada nazwisko Gerlach, mówi się o barykadach, o krwi, Izach, o Neronie, o odznace partyjnej, o gauleiterze, o dwudziestym lipcu 1944, o sądzie wojskowym, który bezwarunkowo powinien uprzedzić sąd partyjny, aby zadokumentować dobitnie stanowisko korpusu oficerskiego, na koniec pada też nazwisko doktora Spielhagena, rozstrzelanego wiceburmistrza.
Ostro wybija się w tej dyskusji głos naczelnego prokuratora sztabowego. Jest przeciwny wszelkiej ingerencji partii w zakres jego kompetencji, powołuje się na swoje prawo wydania wyroku na aresztowanego lekarza sztabowego.

Heisig popchnięty wypada z szafy do pokoju. Stoi przez chwilę w granatowym kombinezonie, jakby miał upaść, twarz jego jest biała, oczy patrzą bez wyrazu. Potem na pół się odwraca i pada. Zobaczył Kesslera. Kessler się uśmiechał.
Nadprokurator Kessler jest panem i władcą sądu polowego i doraźnego. Jest panem życia i śmierci, panem szubienicy i batalionu egzekucyjnego To właśnie ten sam człowiek, który w sąsiednim pokoju domagał się prawa ukarania Heisiga na chwilę przed ucieczką doktora z budynku okręgowego dowództwa Luftwaffe. Głos jego brzmi zimno i cynicznie, dźwięczy w nim wyraźny tryumf: - Panie Heisig! I tak nie byłby mi pan uszedł. Stu dziewięćdziesięciu ludzi jest w drodze, szukają pana.

Kessler zwraca się do mnie. - Niech się pani ubierze, ale możliwie ciepło. Tam, dokąd panią przewieziemy, jest bardzo zimno. Pani pójdzie z nami.
To tylko na parę dni - powiada kapitan, a Kessler mówi - Niech pan nie obiecuje za dużo - Słowom tym towarzyszy dłuższe spojrzenie w moją stronę, szacujące i szydercze.

Wnoszą go do budynku i starają się ratować ciężko rannego, z którego ust toczy się krwawa piana. Nadprokurator nie odstępuje go ani na krok. Lekarz operujący chce mu dać zastrzyk morfiny, ale prokurator nie zezwala. Tymczasem zapada wyrok śmierci na rannego.
Heisig męczy się nieopisanie, leży w agonii. Egzekucję zarządzono na godzinę siódmą trzydzieści rano.
Heisig, który ciągle jeszcze zdradza objawy życia, leży na noszach. Przywiązują go do noszy i ustawiają w podwórzu prostopadle do ściany Usta rannego poruszają się. Kesslerowi, stojącemu obok, zwracają uwagę, że Heisig chce jeszcze coś powiedzieć.
Spojrzenie na zegarek: “Pan Heisig może za dwie minuty porozmawiać z św. Piotrem”, a potem znak ręką.
Z ośmiu karabinów pada salwa, jeden z żołnierzy wyjmuje rewolwer, daje strzał ostatni.
Ciało wypręża się i nieruchomieje.

Potem wprowadzają mnie do gabinetu nadprokuratora.
Kessler siedzi za biurkiem. Widok jego głowy bez czapki jest tak odrażający, że człowieka ogarnia lęk. Zupełnie pozbawiona włosów głowa o cienkiej sinobiałej skórze, na której znaczy się gęsta sieć żył, zarysowuje się jak trupia czaszka na tle czerni zaciemnionego okna.
Kessler odwraca głowę w moją stronę, patrzy przez ramię i wstaje. Twarde, ponure spojrzenie przeszywa mnie aż do głębi serca. Jest w nim coś ujarzmiającego. Twarz pozbawiona wszelkiej świeżości jest jeszcze młoda i nieskończenie wyniosła. Wysoka wytworna postać, mundur oficerski, pewne siebie ruchy i ta przerażająca trupia czaszka o fanatycznych oczach, wychylająca się z wysokiego kołnierza, obezwładnia, działa groźnie i odpychająco.
Wskazuje ruchem ręki na krzesło obok biurka: - Proszę. - Podczas gdy siadam, zwraca mi uprzejmie uwagę na pewne niedbalstwo w mojej garderobie. Spod płaszcza wyziera rąbek wełnianej chustki mojej matki, którą włożyłam na siebie. Takie uwagi odbierają zwykle kobietom pewność siebie. Ale panu Kesslerowi nie uda się mnie zdetonować.
- Dziękuję - mówię krótko to nic nie szkodzi.
- Pani jest bardzo opanowana - mówi Kessler - zauważyłem to już ostatnio.
- Tak, oczywiście. - odpowiadam. - Pan jest na pewno bardzo doświadczony, jeśli chodzi o ocenę aresztowanych. Wiele kobiet załamuje się nerwowo, zwłaszcza jeśli mają nieczyste sumienie.
Szpady zostały skrzyżowane.

Pierwszego lutego, w dniu rozstrzelania Heisiga, zjawił się w moim mieszkaniu Kessler z swymi ludźmi celem przeprowadzenia rewizji. Siedział dwie godziny u mojej matki, mówił do niej “babuniu” prosił, aby się go nie bała i opowiedziała mu wszystko, gdyż w przeciwnym razie nie będzie mi mógł pomóc. Staruszka uważała, że jest “czarujący”, i w zaufaniu opowiedziała mu wszystko, co chciał wiedzieć. Umiejętnymi pytaniami Kessler wydostał z niej wiadomość o zniknięciu Laurenza, o szybkim wyjeździe Charliego, o pobycie starszej córki w obozie koncentracyjnym w Hohstein i o moim oczekiwaniu na przyjazd syna. Kessler bez trudu dowiedział się wszystkiego, co miało dla niego jakąkolwiek wartość, podczas gdy jego ludzie przeszukiwali w sąsiednim pokoju moje biurko, szafy i książki i przewrócili całe mieszkanie do góry nogami. Staruszka natychmiast poszła na lep jego rzekomej gotowości przyjścia mi z pomocą, chciała mnie przecież ratować.
Pietro był w tym czasie na przesłuchaniu w Gestapo. Zażądali od niego, by pracował jako prowokator wśród obcokrajowców, w przeciwnym bowiem razie zostanie aresztowany Pietro przyjął propozycję i czeka teraz tylko na wojska radzieckie lub bomby, które oby jak najrychlej spadły. Jest bardzo nieszczęśliwy.

- Jak ci się Kessler podoba? - pyta Greta. - O mało nie zemdlałam, gdy go zobaczyłam. Tak fantastycznej łysiny nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. On obok Pietra to prawdziwa reklama płynu Sebalda na porost włosów przed i po użyciu. Zdaje mi się, że nie ma nawet rzęs i zarostu. Naprawdę. człowiek obiema rękami musi przytrzymywać serce, gdy ta trupia czaszka zaczyna mówić. Na jego widok na pewno wszystkim aresztowanym robi się niedobrze.

Kessler nikogo ne wypuszcza ze swoich ramion polipa, które niewidzialnym uściskiem objęły całe miasto, a jeśli kogoś chwyci, nie zna pardonu.
Egzekucja odbywa się natychmiast po wyroku.

Umieszczeni są w jakichś koszarach w północno-wschodniej części miasta, znajdujących się ciągle jeszcze w rękach niemieckich, południowa część jest w rękach wojsk sowieckich. Kessler ze swoim krwawym sądem również uciekł tam w porę.

Podczas procesu

Czy nic nie wiedzą o wszystkich okropnościach, które te fakty poprzedziły? Czy też nie chcą o tym wiedzieć? Muszę milczeć, nie wolno mi przypomnieć, jaką nagonkę zrobili na niego, aż w końcu musiał się ukryć, nie wolno mi powiedzieć, że potrzeba im ofiar, które byłyby ostrzeżeniem, i że tylko przyzwoici ludzie mogą być tymi ofiarami, bo łotry i tak są im powolne. Ale Heisig dwukrotnie wywinął im się z rąk i ujęli go naprawdę dopiero wtedy, gdy wpakowali mu kulę w plecy. Heisig po raz pierwszy uciekł z sądu polowego, po raz drugi zaś z samochodu.
To nie jest chlubna karta W karierze pana Kesslera.
Doktor umiera jako dezerter, pochwycony przez patrol Wehrmachtu, i to umiera bardzo szybko.
Dziś też nie pada ani jedno pytanie na temat przyczyn ucieczki, związków przyczynowych, znajomości z Bułgarami, kontaktów o politycznym charakterze.
Matka moja, pragnąc w swej gorliwości polepszyć moją sytuację i wzbudzić litość w światowym i uprzejmym panu Kesslerze, opowiedziała wówczas niejedno wierząc, że ten chce mi przyjść z pomocą. Ale Kesslera interesowało tylko to, co mogło upiększyć fakt dezercji Heisiga, dla niego sprawa Heisiga zaczynała się dopiero od momentu znalezienia go w moim mieszkaniu. Również dla generalnego prokuratora sprawa zaczynała się dopiero tam, gdzie się właściwie kończyła.

Kessler określa wielkie widowisko, jakie urządził w moim mieszkaniu, jako skromny rekonesans patrolu wojskowego i w ten sposób pokrywa swoją kompromitację. Nie może się zdarzyć prokuratorowi wojskowemu, aby mu więzień dwukrotnie umknął.

Wyskoczył z samochodu. Biedny, mały doktor biegł w cienkich pantoflach domowych po śniegu pragnąc ratować swoje życie. “Stu dziewięćdziesięciu ludzi jest w drodze, powiedział Kessler, aby pana szukać”. To, że Heisig wymknął mu się z rąk. Było na pewno pierwszym niepowodzeniem jego życia, poświęconego służbie sprawiedliwości. Widocznie już poprzednio był jakiś zatarg między Kesslerem a Heisigiem. Może chodziło o kobietę, może o wiele kobiet Kobiety bardzo leciały na Heisiga, Kesslera natomiast unikały. W takich wypadkach ludzie są bardzo mściwi.

Z tacą w ręku stoję przed drzwiami jego pokoju, na moje pukanie nie ma odpowiedzi. Szef powinien przyjść lada chwila, jest pedantycznie punktualny. Otwieram drzwi i wchodzę do pokoju. W fotelu siedzi człowiek - nie, to nie jest człowiek!
Trupia czaszka wystaje z kołnierza munduru, wąska blada głowa powleczona jest cienką, sinobiałą skórą.
Kessler!
Przez chwilę czuję na sobie jak uderzenie spojrzenie jego zimnych, ciemnych oczu, za którymi płonie całe okrucieństwo świata.
Śmierć i szatan o eleganckich manierach, światowiec i morderca, demon w mundurze, władca piekła dwudziestego wieku.
Bezładne obrazy przesuwają się przede mną; widzę Heisiga w chwili gdy go zabierają, młodych, straszliwie wzburzonych żołnierzy z prezydium policji. Widzę Fryca Schmidta, malarza z zamarłą twarzą, w chwili gdy go wyprowadzają na śmierć, Cilli i wiele innych, których nazwisk nie znam; w uszach dźwięczy mi krzyk obcej kobiety w półmroku hali dworcowej - jakiś szaleńczy film przesuwa się przed moimi oczami.
Kessler siedzi bez ruchu.
Imbryk z herbatą chwieje się na tacy. W jakiś sposób wydostaję się z pokoju. Wanda, która w kilka minut później, oburzona moją niepunktualnością, wpada do kuchni, znajduje mnie zemdloną na ziemi. Śmierć jest w gmachu, najwierniejszy i najokrutniejszy pachołek Hitlera. Widok Kesslera odebrał mi wszystkie siły i całą odporność, po raz pierwszy od tygodni załamałam się.

W nocy z piątego na szóstego maja głośnik radzieckiego frontu podaje wiadomość o bezwarunkowej kapitulacji. Trzymamy się z Hildą mocno za ręce. Nie możemy wydobyć słowa. Rankiem szóstego maja trzy cele śmierci są puste, a drzwi stoją szeroko otwarte… Musiało się to stać w nocy lub o świcie. Ciche puste cele zdradzają ostatni rozkaz Kesslera, otwarte drzwi są świadkami jego ostatniego krwawego wyczynu.
Manek zna bliższe szczegóły: dziesięciu mężczyzn z celi obcokrajowców zakopało trupy wczesnym rankiem na polu za więzieniem. Osiemnastu mężczyzn i jedną kobietę! Również z dolnych cel wyciągnięto kilku więźniów. Tylko za zamkniętymi drzwiami jednej z cel śmierci pozostał jeszcze fabrykant likierów i SS-man.
Szóstego maja przed południem do więzienia wchodzi podporucznik volkssturmu i prosi o “dziesięciu do dwunastu ludzi z łopatami, możliwie obcokrajowców”.

Wiczorek

Obersturmbannführer Wiczorek, szef wrocławskiego Sonderdienstu, który wzbudza postrach we wszystkich, gdy się od czasu do czasu zjawia w więzieniu, mianuje Wandę urzędniczką Gestapo dnia pierwszego kwietnia, w kilka dni po naszej przeprowadzce. Odtąd Wanda paraduje w szarych, wojskowych spodniach narciarskich i w mocno wciętym żakiecie, a spojrzenie jej jest zimne jak lód. Ma własny klucz do cel, a w kieszeni żakietu wyraźnie zarysowuje się rewolwer. Zakres jej władzy stanowi dla nas niebezpieczeństwo i zaczynamy jej nienawidzić.

a później:

Wiem również od Wandy samej, że Wiczorek odegrał ważną rolę, gdy szło o powierzenie jej obecnego stanowiska.

Wehl

Pułkownik Wehl, dowódca pułku Wehl (Luftwaffe) wspomniany jest tylko raz, to on dokonuje aresztowania doktora Heisiga

Heisig zajeżdża wozem przed swój dom i wraca potem na miejsce pracy. Pięć minut później pułkownik Wehl z lotnictwa kładzie rękę na jego ramieniu mówiąc: - Panie Heisig, jest pan aresztowany.

Generał Hermann Niehoff

Trzeci i ostatni komendant twierdzy generał Hermann Niehoff wzmiankowany jest przy dwóch okazjach. Pierwszą jest kontakt z osadzoną w więzieniu Gestapo Gizelą Fruchtler, która 5 kwietnia zmarła z ran odniesionych podczas bombardowania na budowie lotniska śródmiejskiego, nazywanego we wspomnieniach Marii Langner polem startowym.

Podczas inspekcji pola startowego generał zagadnął Giselę i zapytał, jakie jest jej przewinienie. Darowuje jej tabliczkę czekolady i przyrzeka postarać się o jej zwolnienie po upływie czterech tygodni pracy na polu startowym.
Ruth i Gisela omawiają to wydarzenie szepcąc przez całą noc. Generał opowiedział Giseli, że podczas pierwszej wojny światowej pokochał Francuzkę, której nigdy nie zapomniał. “Była wyjątkowo czarującą kobietą”.
Wzmianka generała o czterotygodniowej pracy jest dowodem prawdziwości pogłoski, że w tym terminie pole startowe musi być gotowe. Gisela nie może liczyć wcześniej na ułaskawienie, nawet gdyby generał kochał dziesięć Francuzek. Nowe lotnisko stanowi dla generała jedyną możliwość opuszczenia miasta w ostatniej chwili.
Również jednopłatowiec gauleitera od pierwszego dnia oblężenia twierdzy stoi na Placu Zamkowym.

a później

Generał byl powtórnie na polu startowym. Ponownie kazał Giselę zawołać do siebie i przyjął ją w drewnianym baraku. Generał pytał Giselę, czy zgodziłaby się, aby wywiózł ją swoim samolotem z miasta. Wówczas postarałby się o jej zwolnienie i zabrałby ją z sobą. Gisela boi się przyznać, że chciałaby zostać ze względu na Andrégo. Prosi o tydzień czasu do namysłu. Generał przyrzeka przyjechać po nią za trzy dni i zabrać ją ze sobą do domu, okres próby już minął. Trzeciego dnia wieczorem Gisela rozdzieliła w celi różne drobne pamiątki. Hilda stwierdziła sucho, że generał jest starym świntuchem i widocznie uważa, że nadszedł już czas, aby szukać opieki u politycznych więźniów. Następnego dnia pole startowe znajduje się nieustannie pod gradem bomb i obstrzałem artylerii. Samochód z generałem, którego Gisela wypatruje, nie nadjeżdża, a umierającą Giselę odwozi samochód sanitarny. Generał zapomniał chyba o planowanej schadzce albo przełożył ją na inny dzień.

Drugą okazją są dwukrotne odwiedziny w więzieniu miejskim, częściowo zamienionym na koszary, kiedy to przemawia do Volkssturmu.

[Perschel] Opowiada, że generał przemawia w głównym budynku więziennym do volkssturmu i że cała załoga łącznie z Wandą tam się znajduje. Perschel jest dobrodusznym prostym człowiekiem; cieszy się, że wolno mu usiąść na krześle w kuchni, i zupełnie otwarcie nazywa SD-manów świniami. Hilda korzystając z tego, że powietrze jest czyste, schodzi do Emila, aby wyżebrać kieliszek wódki dla Perschla. Perschel grzbietem reki gładzi czarnego wąsa i oznajmia, że wkrótce należy spodziewać się końca, gdyż wojska radzieckie stoją tuż pod Berlinem. Hilda przypuszcza, że po zdobyciu Berlina stolicą zostanie ogłoszony Magdeburg. Ale Perschel oświadcza, że pod Magdeburgiem stoją Amerykanie.
[…]
Nazajutrz Wanda opowiada, że generał przemawiał wspaniale. Zapewniał, iż z Berlina podąża z odsieczą armia, która już w drodze odniosła wielkie sukcesy. W najbliższej przyszłości kraj zostanie oczyszczony z wojsk nieprzyjacielskich, generał Wenck, dowódca armii, zobowiązał się słowem honoru, iż w ciągu czternastu dni odbędzie pieszy marsz z Berlina do Wrocławia bez zetknięcia się z nieprzyjacielem. Führer jeszcze nigdy nie opuścił swoich żołnierzy, żołnierze nie powinni więc opuścić führera. Wierność za wierność, twierdza zostanie utrzymana. Walka o Wrocław przejdzie do historii jako chlubna, złota karta.
W tym samym czasie Goebbels komunikuje, że pod Berlinem wojska niemieckie przygotowują Rosjanom krwawe przyjęcie.
Po przemówieniu generała barometr nadziei znowu idzie w górę. Znowu rozlega się w całym gmachu głośny śpiew Hüsgena.

Oraz dalej o kwaterze sztabu na Wyspie Piaskowej.

W samym środku frontu biegnącego zygzakiem dokoła obleganego miasta, niedaleko pola startowego, leży wysepka, na której znaj dują się wspaniałe prastare kościoły, starannie utrzymane ulice, historyczne domy w stylu barokowym i piękne starożytne budowle. Szerokie łuki mostów rozpinają się nad rzeką, która rozdzielając się i znów łącząc tworzy pośrodku miasta wydłużoną wysepkę, stanowią cą dziś serce twierdzy. W podziemiach pod krzyżowymi sklepieniami katedry generał ze swym sztabem znalazł schron zabezpieczony od bomb; osłonięty sklepieniami podziemnych, grubych na metr murów, pod nawą kościelną wypełnioną workami piasku, odgrodzony rzeką, połączoną ze światem zewnętrznymi mostami, które każdej chwili można wysadzić w powietrze - generał wydaje stąd rozkazy dotyczące obrony miasta.
Tysiącletnie prawie dzieło rąk ludzkich zamienia się w popiół i pył. W popiół i w pył zamieniają się ludzie w twierdzy. Ci, którzy w piwnicach starego śródmieścia w nieustannym lęku przed śmiercią pędzą żywot pełen udręki i przerażenia, zaczynają pojmować, że walka toczy się nie o wolność ojczyzny, lecz o życie generała.

Przy drugim przemówieniu do Volkssturmu Niehoff dokonuje również inspekcji więzienia Gestapo.

Generał, ukryty w głębokich sklepionych podziemiach jednego z najpiękniejszych na świecie gotyckich kościołów, nie słyszy tego koncertu może docierają do niego głuche uderzenia bomb, które w najbliższym sąsiedztwie trafiają sędziwe budynki grzebiąc tajemną legendę cichych klasztornych dziedzińców i przebijają tuż obok dach starej katedry, która tak samo jak zabytkowe, stojące dookoła niej budynki, pada pastwą płomieni. Bezdomni starcy, trawione lękiem udręczone staruszki, wszyscy, którzy znaleźli schronienie u kardynała Bertrama, zginęli straszliwą śmiercią. Od chwili gdy generał wprowadził się do katedry na wyspie, wyspa stała się celem wszystkich nalotów. Do generała nie docierają odgłosy miotaczy min, karabinów maszynowych ani walce i tkliwe piosenki. Straty w ludziach są tylko cyframi statystycznymi, masowa śmierć wykonaniem rozkazu führera. Gońcy generała przynoszą wiadomość o zawieszeniu broni, które zapowiada głośnik radziecki. Naczelne dowództwo radzieckie proponuje, aby generał zdecydował się oddać twierdzę i zawiadomił o tym wszystkie odcinki frontu. Generał nie przejmuje się tym, że po upływie zawieszenia broni ultimatum zapowiada wzmożone ataki. Jest komendantem twierdzy Adolfa Hitlera.
Komendant twierdzy wychodzi podczas zawieszenia broni z swojej krypty na powierzchnię ziemi, samochód wiezie go do koszar, tam wygłasza przemówienie do ostatnio zmobilizowanego volkssturmu. Słowa: wytrwanie, bliska odsiecz dla twierdzy, wierność i bohaterstwo mają naoliwić zniechęconym żołnierzom ich znużone kości. Apel generała jest przykładem świadomej brutalności, którą zaprawia średniowieczną romantyką pachołków i zdobi napuszonymi słowami.
Żołnierze nie dostrzegają tego, mówią, że generał pięknie przemawiał. Obietnica odsieczy jest najbardziej skuteczną częścią jego przemówienia.
Po wygłoszeniu mowy w wielkim gmachu koszar “Zakładu Karnego Kletschkau”, tym olbrzymim ulu setek cel, które mieszczą się na czterech piętrach i otaczają wielką halę, żołnierze volkssturmu znowu wsuwają się do swoich małych, niesamowitych kryjówek w lochach podziemnych, a pan generał mknie przez labirynt murów i bram. Jego samochód - prawdziwa nowoczesna bajka - zatrzymuje się przed białymi schodami więzienia Gestapo. W towarzystwie sturmbannführera i dozorczyni Wandy komendant twierdzy, pan generał Niehoff, chodzi od drzwi do drzwi. Otwierają celę za celą i pan generał zagląda do środka.
Generał jest niezaprzeczalnym typem pruskiego junkra. Wysoki mężczyzna o odważnych zimnych rysach twarzy, wykwintny morderca jak Kessler, jednakże bez tej przymieszki szatańskiego zła; zamiast czujnej i osaczającej giętkości prokuratora wojskowego wyczuwa się w nim lodowatą pewność siebie i nieustępliwość płynącą z dyktatorskiej władzy.
Oto co bije z jego postaci, gdy z Jarossem i Wandą przemierza długie, jasne korytarze, o licznych zakratowanych oknach, i zbliża się do nas.
[…] Wanda otwiera żelazne drzwi, biegnące wzdłuż korytarza, a komendant twierdzy milcząco zagląda na kilka sekund do wnętrza cel śmierci. Obok niego stoi sturmbannführer, jakby na jedno drgnienie powiek generalskich gotów był komenderować: - Padnij! Powstań! Padnij! - Rola Wandy ogranicza się tylko do czynności pokojówki hotelowej. Otwiera drzwi i pobrzękując kluczami w powietrzu, podąża za mężczyznami wypełniona po brzegi pokorą i zarazem żądzą okazania swojej ważności.
- Boję się - mówię szeptem do Hildy.
- A mnie zbiera się na rzyganie - cicho odpowiada Hilda unikając mego spojrzenia.
W aureoli prusactwa i potęgi generałów wszystkich wieków komendant twierdzy staje uroczyście na progu szwalni. Nie umiemy odgadnąć, jakie myśli snują się w jego głowie. Może szuka Giseli. Gisela nie żyje. Była młoda i kochała Andrégo. Cilli była młoda, Gerti, mała Belgijka Janina i obie zawleczone do Niemiec Ukrainki, które umknęły z płonącego obozu. I jak zwykle wśród ofiar wyłania się postać Heisiga. Stoi - czuję wyraźnie jego obecność - między mną a generałem, dłonią przejeżdża jak wówczas po spotniałym czole i mówi: “Już po mnie”.
Dziesiątki tysięcy takich okrzyków, tysiące takich skarg biegnie do generała. Może kiedyś wybije i jego godzina. Ale godzina ta będzie za krótka, aby mógł usłyszeć te dziesiątki tysięcy głosów.
- Za pomoc w dezercji - mówi Wanda wykonując ręką gest, jakby przedstawiała mnie generałowi. Potem wskazując na Hilde objaśnia: - Obraza kierownika grupy partyjnej i szerzenie defetyzmu - a na obie kobiety przy maszynach: - Za uchylanie się od pracy.
Potem obchód odbywa się dalej.
W warsztacie Bergera stoją rzędem kalefaktorzy w nowych, sztywnych, szeleszczących fartuchach. Berger woła: - Baczność! - i twarz jego przybiera wyraz lisiej chytrości. To się podoba generałowi, ta mała parada ma posmak wojskowości, generał nie zna Bergera, najradykalniejszego człowieka w tych murach, który bez chwili wahania wbiłby mu swój szewski nóż w piersi, gdyby przypadkowo nie stali w tym miejscu naprzeciw siebie. Gdy generał go zapytuje, dlaczego jest w więzieniu, Berger uważa, że na dziś starczy tej dwuznacznej złośliwości Trzaska więc lekko obcasami i mówi krótko, po wojskowemu: - Z powodu omyłki, panie generale!
Wkrótce potem elegancki samochód posuwa się przez ruiny miasta, mija salutującą wartę na mostach i zatrzymuje się przed podwojami kościoła Świętego Krzyża. Ultimatum upływa, zegar wskazuje ostatnie minuty zawieszenia broni, generał jest pewien, że Rosjanie będą punktualni. O drugiej godzinie pierwsza eskadra rozpoczynając zapowiedziany atak przelatuje nad miastem.
Przeprowadzona przez generała inspekcja gmachu wprawiła więźniów w niepokój. Mężczyźni szepczą o likwidacji więzienia, której dokona się przez masową egzekucję. Front znajduje się już w odległości dziesięciu minut drogi.