Kurtyna opada
Siedzimy na drugim piętrze na drewnianej ławce przed drzwiami mojej kuchni. Hilda, dwie kobiety z szwalni, Manek i ja. Nickel przechodzi obok nas, wcale nas nie widzi. Nikt się o nas nie troszczy, nikt o nas nie pyta, nikt nas nie wygania.
Mankiem wstrząsają dreszcze. Wciąż na nowo twierdzi:
257
- Oni i tak nas jeszcze wykończą.
Opuszczam z rezygnacją głowę.
Niepokój gna mnie na dół do Emila. Emil pod wielkim fartuchem ma cywilne ubranie.
Szef jest naprzeciw u prokuratora, opowiada. Emil już nie szepcze i nie robi tajemniczych min.
Wracam na górę i powtarzam Hildzie i reszcie to, co słyszałam.
- Jezus Maria - lamentuje Manek - na pewno go teraz pyta, czy ma nas wykończyć!
My z Hildą też nie mamy wielkiej nadziei. Gdy Jaross wróci, na pewno zapadnie jakaś decyzja. Przecież wiecznie nie mogą siedzieć tutaj z wszystkimi więźniami. Wojna się skończyła, nie padnie już ani jeden strzał… a może w następnej chwili zjawi się Hüsgen albo Nickel i wystrzelają cały swój magazynek?…
- Idź jeszcze raz na zwiady - mówi Hilda.
W bramie domu stoi Nickel. Włożył ubranie, które wówczas w prezydium miał w swoim plecaku, czerwony krawat i półbuciki.
-
Czy szef wrócił już od prokuratora? - pytam Nickla. Nickel odpowiada nie przestając wyglądać na dziedziniec.
-
Prokuratora już nie ma - mówi - szef posłał Ondruscha do komendy.
A więc Ondrusch przyniesie rozkaz, co z nami zrobić. Jaross niczego nie robi bez instrukcji i rozkazu i z tych murów również nie wyjdzie bez rozkazu.
Nadjeżdża Ondrusch na rowerze, jest jeszcze w mundurze. Jego głupia tępa twarz zdradza wzburzenie, jest zupełnie szara.
Wbiega pędem na schody, Nickel chce go zatrzymać. Ondrusch wrzeszczy: - No, tyle mogę ci powiedzieć… ani jednego ścierwa już nie ma!
Z tą wiadomością wracam na górę.
Manek idzie do warsztatu szewskiego, aby zapakować swój dobytek i zawiadomić Bergera. Hilda znika w szwalni, przygotowała sobie tam różne rzeczy do zabrania, tymczasem nadchodzi Wanda. Staje w drzwiach kuchni i patrzy na mnie nie widzącymi oczami.
-
Proszę cię, otwórz celę na dole - mówię - zostawiłam tam moje palto. Pójdziemy teraz wszystkie do domu.
-
Musicie jeszcze trochę poczekać - odpowiada Wanda i wychodzi.
W kilka minut później dolatuje z dołu gwar zmieszanych głosów, otwierają jedną celę po drugiej, najpierw na parterze, potem na pierwszym piętrze. Rozlegają się nawoływania i radosny gwar wielu głosów. Wszyscy wybiegają jak małe dzieci. Tymczasem Wanda wchodzi na schody. Znów staje w drzwiach kuchni, jest trzecia godzina po południu.
- Ubieraj się - mówi złamanym głosem była mieszkanka więzienia śledczego. - Możecie pójść do domu.
Patrzy na mnie trudnym do opisania wzrokiem, chwyta nagle moją rękę, chce jeszcze coś powiedzieć, potem wśród łez wykrztusza: - Bądź zdrowa, mateczko - odwraca się szybko i wybiega.
Tymczasem Hilda zeszła już ze schodów. Więzień Berger pakuje do teczki swoje narzędzia.
Przeżywam nierealny, uroczysty moment. Automatycznie odwiązuję fartuch kalefaktorski i zawieszam go na gwoździu.
Nie mogę pojąć, że zrealizowało się to, na co czekaliśmy dwanaście długich lat i sto jeszcze dłuższych dni: Hitler nie żyje, wojna skończyła się, jesteśmy wolni.
Idę ostatnia długim korytarzem, mijam jedne po drugich otwarte drzwi na najwyższym piętrze wymarłego pustego gmachu i schodzę po schodach na dół.
Na pierwszym piętrze czeka na mnie Hilda. - Jaross chciałby pomówić z tobą jeszcze raz. Czy wejdziesz do niego?
- Jak to, jeszcze ciągle jest tutaj?
Były radca kryminalny i sturbannführer Hitlera stoi pośrodku swego pokoju. Jest w pełnym mundurze, w eleganckim, szerokim, szarym płaszczu, nienaganny od czubków starannie wyczyszczonych butów do sztywnej okrągłej czapki oficerskiej. Stoi tu jak człowiek zapomniany przez historię świata, pas i rewolwer służbowy wiszą na nim jak na wieszaku.
-
Pan chciał ze mną mówić?
-
Tak, bardzo o to proszę. - Robi małą przerwę. - Pani wraca teraz do domu?
-
Nie mam już domu, mój dom się spalił.
-
Prawdopodobnie ma pani jeszcze znajomych, na pewno coś się znajdzie. W każdym razie wypuściłem wszystkich więźniów na własną odpowiedzialność, nawet dwóch skazanych na śmierć.
-
Tak, tego opoja, grubasa od wódek i SS-mana.
259
Są to dwie legendarne już w więzieniu postacie.
-
Tak - powiada Jaross - otrzymali już wyrok śmierci.
-
Ale wczoraj wieczorem jeszcze dziewiętnaście osób rozwalono!
-
Ja nikogo nie rozwaliłem - podkreśla sturbannführer swoją niewinność: jest to mała nauczka dla kobiety, która nie orientuje się w wojskowych sprawach.
-
Nie, oczywiście ma pan do tego celu swoich ludzi, panie Jaross!
-
Ja zajmowałem się w więzieniu wyłącznie administracją… jasnoniebieskie oczy patrzą na mnie badawczo. Dopiero po chwili wypowiada to, co go najbardziej absorbuje; ktoś mu doniósł, że Hüsgen nastawał na jego życie.
To znowu jedna z niepojętych sztuczek Hildy.
-
Możliwe. Pewnie z powodu Wandy… mówię - ale można też przyjąć, że Thieme miał takie same zamiary.
-
Tak, możliwe, że Thieme, to mogę sobie wyobrazić - oświadcza Jaross - ale dlaczego miałby to robić Hüsgen, przecież ten nie miał wcale powodu.
-
Interesował się pan zanadto Wandą, Hüsgen utrzymywał z nią stosunek miłosny, a pan był w niej zakochany.
Jestem zniecierpliwiona… co mnie teraz obchodzą te wszystkie afery miłosne. Chcę opuścić ten dom, jesteśmy wolni; każdym nerwem wyrywam się na wolność, która zaczyna się dopiero za tymi bramami I murami, a muszę tu stać i pomagać w rozwikłaniu skomplikowanych i nieskończenie błahych spraw miłosnych.
- Kocham tylko moją żonę - oświadcza Jaross stanowczo.
Co mu się stało! Przecież jest mi zupełnie obojętne, kogo on kocha, zwłaszcza teraz, w tym dniu, w takiej chwili… na korytarzu czeka na mnie Hilda, chcemy wyjść; muszę pójść po moją matkę, Hilda zaprasza nas do siebie.
-
To cudownie, panie Jaross - powiadam - że możemy wreszcie pójść do domu. Manek od trzech dni kładł mi w uszy, że zostaniemy wykończeni.
-
Nie dostałem już żadnych instrukcji w tym kierunku - mówi Jaross.
A więc to tak było. Czekał od szóstego do siódmego maja, dwadzieścia cztery godziny po kapitulacji czekał na rozkaz. Wciąż jeszcze stoi tu w mundurze - ostatni, i czeka, aż ktoś się nad nim zmiłuje, aż ktoś przyjdzie i powie mu: - Teraz wolno panu odejść!
260
Stoimy naprzeciw siebie i mierzymy się wzrokiem, tak jak podczas pierwszego naszego spotkania. W takich chwilach nie można mówić, tylko myśli biegną od człowieka do człowieka. Dużo wspólnych przeżyć łączyło nas w tych ostatnich tygodniach i wiemy o sobie więcej niż potrafimy powiedzieć to w słowach. Mam uczucie, jakby ten człowiek stojący przede mną walczył ze sobą, czy ma się zwrócić do mnie o pomoc, która byłaby dla niego ratunkiem, a on czuje, że go zrozumiałam, i mówi cicho, jakby się usprawiedliwiał. – Robiłem co mogłem.
Jest to jedna z najcięższych chwil w moim życiu i muszę wywołać w pamięci obraz Heisiga, aby znaleźć dość siły i wyzbyć się swych skrupułów. Heisig znalazł drogę do człowieczeństwa. Jaross nie chciał obrać tej drogi.
I ja poszłam tą drogą szeroką jak świat, która prowadziła poprzez niebezpieczeństwo, od duchowej niewoli do swobody ducha.
A teraz padł ostatni bastion Adolfa Hitlera. Zamknęła się brama między dwoma światami. Nikt nie powinien się przemknąć, kto o to prawo nie chciał walczyć.
To jest własna wina Jarossa, a teraz obawia się, że będzie musiał za nią zapłacić. Nie mogę mu pomóc.
Jaross zrozumiał nieliczne sekundy mego milczenia, wyprostowuje się nieco, stoi jeszcze przez chwilę między mną a drzwiami pokoju, potem cofa się o krok i droga jest wolna.
Zbiegam na dół schodami jak szybko tylko mogę. Na dole na długim wąskim korytarzu stoją otworem wszystkie drzwi. Biuro jest puste, puste są cele, sypialnia Nickla i Ondruscha jest pusta. Tylko na końcu korytarza w kuchni Emil wyjmuje żywność z szaf i pakuje ja w tobół.
-
Gdzie się wszyscy podzieli? - pytam go.
-
Wyrwali - mówi Emil. - Wszyscy uciekli na rowerach, nawet ta baba! - Śmieje się gniewnie. - Daleko nie zajadą!
Hildy nie widać.
Przed drzwiami na schodach kamiennych siedzi Reichelt, zieloną czapkę urzędnika więziennego odsunął na tył głowy. Jest pijany. Perschel właśnie wskakuje na rower.
-
A ty co tu robisz? - pyta Reichelta.
-
Uważam, aby więźniom nic się nie stało - bełkoce stary kat.
261
- To się już skończyło - mówi Perschel z zadowoleniem. Wyjmuje rewolwer z kieszeni i wystrzeliwuje cały magazynek, aż echo rozlega się między czerwonym murem a ścianami więzienia.
Manek zaprzęga małego, białego konika do wózka, którym zwykle przywożono chleb, Berger schodzi ze schodów z teczką w ręku.
W tej chwili przez bramę wchodzi na dziedziniec jakiś człowiek, który prowadzi rower.
To goniec z Gestapo.
Pyta o sturmbannführera i wyciąga jakiś list z kieszeni. Jest bardzo znużony i oddycha z trudem.
Reichelt jest dziś bardzo wielkoduszny.
-
Ten pan sturmbannführer, to już dawno dał drapaka - powiada.
-
A co z więźniami?
-
Ach, od dawna już ich nie ma - kłamie Reichelt bez zmrużenia powiek.
Posłaniec stoi niezdecydowany.
Nadchodzi Emil, pyta od kogo pochodzi list. Ondrusch był przecież przed południem w Gestapo, nikogo już tam nie zastał.
-
Gestapo od wczoraj przeprowadziło się “gdzie indziej” - wyjaśnia posłaniec.
-
No, ale teraz zmykaj - radzi Perschel.
Posłaniec stoi jeszcze przez chwilę ociągając się, trzyma kopertę w ręku. Potem drze ją na tysiąc drobnych kawałków i odchodzi. Jaross już się nigdy nie dowie, że nadszedł ostatni rozkaz; była to ostatnia czynność urzędnika Gestapo w Niemczech.
W tej chwili chciałabym spełnić jakiś dobry uczynek: jakieś dziecko wyratować z wody lub ognia, podarować wszystko, co jeszcze posiadam, kazać się zaprząc do wozu zamiast chudej szkapy Lizy, w końcu przychodzi mi na myśl tylko to, że należałoby zabrać z pokoju sturmbannführera cały kosz butelek wina i wódczanych wyrobów Emila.
Ogarnia mnie cudowne uczucie siły, jakiego nie doznałam już od wielu tygodni. Muszę teraz poszukać Hildy. Siedzi w naszej celi na pryczy zapatrzona przed siebie, utknęła na martwym punkcie.
Człowieku, Hildo, staruszko, generale! - wołam. - Wygraliśmy, obudź się, dostaniesz wódki!
262
Zbieramy szybko nasze rzeczy, koce, walizeczki, plecak i Hilda zanosi je do wozu. Na schodach spotykam Herberta. Dostał od Emila klucz do magazynu i chce wziąć dla nas kilka bochenków chleba. Drzwi do pokoju Jarossa są szeroko otwarte. Czyżby… nie, pokój jest pusty. Pas i rewolwer zniknęły. Jaross odszedł ostatni, w godzinę po odejściu Wandy, która otworzyła cele. Poszedł szukać nowego rozkazu.
Gdy schodzę z koszem na dół, wiatr wiosenny igra wesoło małymi białymi skrawkami papieru. Rozwiewa je na wszystkie strony, skaczą, unoszą się w górę, wirują, potem wiatr pędzi je prosto przez bramę.
Mężczyźni wykrzykują uradowani: Ach, och, ho, ho! i zawartość butelek wlewają z bulgotem w gardła. Perschel i Reichelt, Manek, Herbert i szewc Berger. Musimy z Hildą wypić też łyk wódki. Potem Manek powiada: - Wio, Liza - i mały pochód rusza w drogę. Emil biegnie za nami, ktoś ukradł mu worek z kiełbasą. Jest zdenerwowany i z wściekłością wskazuje na mnie. - to na pewno pani zrobiła, na pewno pani. Znam się na pani sztuczkach - krzyczy. Ach Emil, więc tak o mnie myślałeś przez wszystkie te tygodnie? Sam byłeś nieuczciwy aż do szpiku kości i uważałeś, że jestem taka sama?
Usiłuję go uspokoić, przecież może zrewidować mój bagaż, ale Emil nie daje się przebłagać. Nie chce obejrzeć mego bagażu. Szkoda, że takie jest nasze pożegnanie. Emil jest zupełnie wytrącony z równowagi. Zawsze pomagał nam wiernie we wszystkim, a teraz chyba oszalał.
Emil klnąc głośno znika w gmachu. Jeszcze raz żegnamy się z Perschlem i Reicheltem, starym skruszonym katem. Bóg raczy wiedzieć, co się czasem dzieje w ludzkich sercach: Reichelt niejednokrotnie pomógł nam bardzo. Wóz Manka podskakuje przed nami. Za nim kroczy Hilda, ma jeszcze na głowie chustkę w biało-niebieską kratkę i prowadzi na smyczy zapomnianego psa Jarossa, który mógł pić tylko przegotowaną wodę. Za nią idzie Herbert - piekarz, potem Berger, który siedział “z powodu omyłki”, a w końcu ja.
Najpierw przechodzimy obok głównego budynku więziennego. Kilku opuszczonych przez Boga i ludzi, zupełnie zapomnianych żołnierzy volkssturmu stoi bezradnie.
Potem wychodzimy przez główną bramę.
263
Przed nami leży ulica, zniszczone miasto, nad którym unosi się niesamowita, a jednak uroczysta cisza.
Nie widzimy nic prócz beznadziejności tych gruzów i kierujemy się w stronę śródmieścia. W pewnej chwili stopa trafia na coś miękkiego, to ucho ludzkie i kawałek policzka, wystające spod gruzów i kamieni.
Dokoła poniewiera się sprzęt wojenny, stoją na środku ulicy opuszczone działa, otwarte skrzynie z amunicją, przestrzelone czołgi, wypalone samochody, niewypały, porzucone karabiny, bluzy mundurowe, książeczki żołdu, ordery.
Umilkła wrzawa wojenna, a cisza, która wydaje się czymś nowym i nieskończonym, i to słońce wiosenne odbierają wczorajszy sens wszystkim przedmiotom. Zmieniają ich znaczenie i straszliwą powagę, jaką emanowały. Tego wszystkiego już nie ma - to było!
W moim sercu dzwoni śpiew: wolność!
Przed nami człapie Liza, przy każdym kroku potakuje głową. Manek jest szczęśliwy. Radość upiększa jego grubą czerwoną twarz. Gdy widzi ludzi, podnosi w pozdrowieniu biczysko i wykrzykuje do nich niemądre i radosne słowa. Wolność i promienne słońce majowe robią z niego to, czym nie mógł być więzień Edward: - wesołego, głupiego chłopca.
Manek nie dostrzega nawet, że nikt nie odpowiada na jego radosne pozdrowienia.
Przed ruinami na placach stoją ludzie milczący i wylęknieni. Z twarzy ich nie ustąpił jeszcze wyraz przeżytej trwogi; czternaście tygodni oblężenia to okres jeszcze nie tak odległy, aby westchnienie ulgi mogło wydobyć się z ich piersi, aby wszystko, co przeżyli, mogła unieść cicha fala zapomnienia.
Na otwartym placu, na porosłym trawą skwerze, na którym niegdyś wesoło i beztrosko bawiły się dzieci, widnieją całe rzędy grobów, a między nimi czernieją leje po bombach.
Hilda i ja przystajemy, Manek zatrzymuje konia, a Berger ściąga kapelusz z głowy.
Tabliczki podają ilość nieznanych żołnierzy, na małych drewnianych szyldzikach wypisane są ręką nazwiska cywilnych osób, które zginęły, mężczyzn, kobiet i dzieci.
264
Również na krawężnikach ulic między drzewami znajdują się ledwie zasypane mogiły: dwóch, pięciu, ośmiu nieznanych żołnierzy, osiemnastu…
Miasto zamieniło się w cmentarz - mówi Herbert, który tak łatwo nie poddaje się wzruszeniom.
- Pół świata zamieniło się w cmentarz - dodaje Berger.
Hilda ujmuje mnie pod ramię. - Chodź - mówi - twoja matka na pewno cię dziś oczekuje. Musimy przygotować jej ładne przyjęcie.
W przejściu łamie kilka zielonych gałęzi z krzaka trzeba teraz patrzeć w przyszłość, jest tyle do roboty!
Jednak nie mogę oderwać tak szybko moich myśli od strasznych przeżyć. Liczne bezimienne mogiły, w których spoczywa niepojęta tajemnica Hitlera, obudziły we mnie na nowo żal, że “małemu doktorowi” nie było dane dożyć tego dnia i że nawet nikt nie wie, gdzie jego grób się znajduje. Hilda zna moje i jego dzieje. Dlatego rozumie mnie, gdy się do niej zwracam:
-
Masz rację, mój stary generale, jest dużo do roboty - dla nas i dla naszej rozbitej i pohańbionej ojczyzny - dla Niemiec, które Heisig - mimo wszystko - tak bardzo kochał, a w imię których polało się tyle krwi i łez, jak nigdy dotąd w żadnym miejscu na świecie.
-
Ach, daj spokój - mówi Hilda - Hitler nie żyje! - Przystaje i zwraca się z zapytaniem do mężczyzny i kobiety stojących przed bramą domu: Dzieci, gdzie właściwie są Rosjanie? Przecież wcale ich nie widać!
-
Jutro przed południem mają wkroczyć do miasta - pada odpowiedź.
-
Wówczas - myślę w duchu - potoczą się radzieckie czołgi przez ostatnie barykady miasta - jak nic.
-
Nie przystawaj ciągle - mówi rezolutna Hilda - jazda, jazda! A to z tym generałem, to też był tylko taki trick z twojej strony - już od dawna cię przejrzałam. Naprzeciw jest nasz dom! Popatrz, jedna szyba ocalała. Twoja matka będzie jutro za nią siedziała i wyglądała na ulicę. A ty za parę dni weźmiesz nogi za pas i powędrujesz do Saksonii - poszukać swoich dzieci - bo z pociągami teraz będzie chyba krucho. Kobieto! Żyjemy! Czy wcale się nie dziwisz?
Manek woła: “Prrr”. Liza staje. Hilda gramoli się na wóz i szybko podaje mi nasze rzeczy.
265
Parę osób wysypuje się z bramy małego starego domu, jakaś kobieta przestraszyła się i wylękniona podnosi pięść do ust.
- Tak jest - mówi Hilda - dozorczyni wróciła, teraz zrobimy porządek! - Potem bierze mnie za rękę i wprowadza do domu. Manek niesie za nami po schodach nasze rzeczy, małą walizkę trzymam w ręku i tak wchodzimy do mieszkania Hildy.
A teraz powiedz wreszcie, co dźwigasz w tej przeklętej walizce. Ostrożnie wyjmuję trzy fotografie z papieru, w który owinęłam je przed czternastoma tygodniami, i kładę je w pokoju Hildy na stole. O psiakość. mówi Hilda i pięścią szturcha mnie z uznaniem w bok - fajne dzieciaki.
Trzy młode roześmiane twarze, jedna ciemna i dwie jasne głowy.
- Dla was - myślę cicho, a cała moja miłość skupia się w tych słowach: - Dla was, dla wszystkich!
Dla was, dla mnie, dla wszystkich rozpoczyna się teraz nowe życie, życie, które musi się wydźwignąć z ruin, do którego jednak uśmiecha się nadzieja i cel, jeżeli wszyscy będą pracowali z pełną odpowiedzialnością dla wszystkich, jeżeli zrozumiemy zimny fałszywy blask obiecanych nam wspaniałości, do których wyciągały się miliony łaknących rąk; tę spuściznę pozostawia nam wszystkim zdradzona twierdza bez murów, ostatni bastion historycznego kłamstwa, które przyniosło ze sobą tylko śmierć i zgubę.
† 1. 2. 1945
FRYDERYKOWI KAROLOWI SCHMIDTOWI
† 15. 3. 1945
CILLI STEINDORFER
† 25. 3. 1945
GISELI FRUCHTLER
† 5. 4. 1945
RUDIEMU LANGEROWI
† 6. 5. 1945
i niezliczonym nieznanym ofiarom Hitlera w mieście Wrocławiu książkę tę poświęcam.
MARIA LANGNER