Ostatnie dni
Jest koniec kwietnia, niezwykle gorąca i wczesna wiosna. W pokoju Jarossa stoją olbrzymie pęki tulipanów, pierwszy bez, a w cienkich przejrzystych flakonach kołyszą się fiolki i barwne ogrodowe prymulki. Promienie słońca wpadają przez otwarte okna, a gdy się opieramy o kraty, aby wyjrzeć na dziedziniec, czujemy, że bije od nich żar.
Na świecie jest wiosna, jakiej nigdy jeszcze dotąd nie było. Jej uroczy obraz niby delikatna zasłona utkana z pąków i wieńców rozpościera się nad śmiercią i umieraniem.
Przerażające są dnie, straszne są noce, w których jak daleko okiem sięgnąć przez kraty, miasto goreje łuną pożarów.
Powietrze wypełnia nieustanny trzask, huk, oddalające się, to znów zbliżające wycie syren czołgowych, szaleńczym basem walą organki Stalina, ziejące w jednej sekundzie czterdziestokrotnym zniszczeniem, przeraźliwie gwiżdżą pociski granatników; nocą po ciemnym niebie ukośnie przesuwają się świetlne smugi reflektorów i krzyżując się łapią w groźną sieć samoloty; przecinają się i igrając biegną po niebie w nieskończoność.
Aż do świtu niebo nad miastem mieni się czerwienią i dopiero w chłodnym brzasku wiosennego dnia krwawa czerwień przeobraża się w zamgloną różową szarość i przechodząc zwolna w delikatny szarawy granat rozbłyskuje promiennym błękitem. Z okien szwalni wychodzących na zachód, można dojrzeć w ciągu dnia kłęby dymu unoszące się z pękających pocisków. Łącznicy na rozszalałych motocyklach mkną po wąskiej ścieżce polnej w kierunku grobli na rzece. W porcie, w odległości kilku minut drogi, trwają ciężkie walki. Ostatki zmobilizowanego volkssturmu usiłują przeszkodzić wojskom radzieckim w zajęciu przyczółka mostowego i zostają odparte. Wojska radzieckie forsują rzekę i napierają na port.
Hilda stoi przy oknie jak prawdziwy generał i przez lornetkę, którą nam Manek pożyczył, śledzi rozgrywające się walki. Gdy widzi cofających się żołnierzy, gwałtownie macha pięścią. Manek w granatowym fartuchu kalefaktora z progu kuchni obserwuje korytarz, jak mówimy stoi na czatach.
Manek ma w przechowaniu parę rzeczy Thiemego, które ten wyruszając na front pozostawił u niego: lornetkę i harmonijkę, na której wieczorem wygrywa w warsztacie szewca smętne piosenki swojej czeskiej ojczyzny. Teraz i do nas dolatują nocą z ulicy leżącej za murami odgłosy maszerujących na front wojsk, dudnienie ciężarówek, zgrzyt hamulców szybko mknących samochodów, a od strony podwórza, gdzie volkssturm czyni przygotowania do wymarszu, zniecierpliwione głosy, nawoływania, rozkazy i huk samochodów ciężarowych wyjeżdżających z bramy.
Głośnik grzmi: jest to głos radzieckiego frontu. Zapowiada na następny dzień pory nalotów, wymienia dzielnice miasta, w których należy się ich spodziewać, wzywa do poddania się; powtarza się to noc za nocą.
A w przerwach ze wzmożoną siłą rozbrzmiewa czarodziejska muzyka z płyt, płyną wiedeńskie walce, amerykański jazz wygrywa ostatnie przeboje i jakby na ironię rozlegają się tkliwe piosenki o rozkoszach lasu i o sercu, które “tak samotnie bije”. Wreszcie dźwięki nocnego koncertu z zaświatów toną w piekielnym koncercie grzmotów artyleryjskich.
243
Generał, ukryty w głębokich sklepionych podziemiach jednego z najpiękniejszych na świecie gotyckich kościołów, nie słyszy tego koncertu - może docierają do niego głuche uderzenia bomb, które w najbliższym sąsiedztwie trafiają sędziwe budynki grzebiąc tajemną legendę cichych klasztornych dziedzińców i przebijają tuż obok dach starej katedry, która tak samo jak zabytkowe, stojące dookoła niej budynki, pada pastwą płomieni. Bezdomni starcy, trawione lękiem udręczone staruszki, wszyscy, którzy znaleźli schronienie u kardynała Bertrama, zginęli straszliwą śmiercią. Od chwili gdy generał wprowadził się do katedry na wyspie, wyspa stała się celem wszystkich nalotów. Do generała nie docierają odgłosy miotaczy min, karabinów maszynowych ani walce i tkliwe piosenki. Straty w ludziach są tylko cyframi statystycznymi, masowa śmierć wykonaniem rozkazu führera. Gońcy generała przynoszą wiadomość o zawieszeniu broni, które zapowiada głośnik radziecki. Naczelne dowództwo radzieckie proponuje, aby generał zdecydował się oddać twierdzę i zawiadomił o tym wszystkie odcinki frontu. Generał nie przejmuje się tym, że po upływie zawieszenia broni ultimatum zapowiada wzmożone ataki. Jest komendantem twierdzy Adolfa Hitlera.
Komendant twierdzy wychodzi podczas zawieszenia broni z swojej krypty na powierzchnię ziemi, samochód wiezie go do koszar, tam wygłasza przemówienie do ostatnio zmobilizowanego volkssturmu. Słowa: wytrwanie, bliska odsiecz dla twierdzy, wierność i bohaterstwo mają naoliwić zniechęconym żołnierzom ich znużone kości. Apel generała jest przykładem świadomej brutalności, którą zaprawia średniowieczną romantyką pachołków i zdobi napuszonymi słowami.
Żołnierze nie dostrzegają tego, mówią, że generał pięknie przemawiał. Obietnica odsieczy jest najbardziej skuteczną częścią jego przemówienia.
Po wygłoszeniu mowy w wielkim gmachu koszar “Zakładu Karnego Kletschkau”, tym olbrzymim ulu setek cel, które mieszczą się na czterech piętrach i otaczają wielką halę, żołnierze volkssturmu znowu wsuwają się do swoich małych, niesamowitych kryjówek w lochach podziemnych, a pan generał mknie przez labirynt murów i bram. Jego samochód - prawdziwa nowoczesna bajka - zatrzymuje się przed białymi schodami więzienia Gestapo. W towarzystwie sturmbannführera i dozorczyni Wandy komendant twierdzy, pan generał Niehoff, chodzi od drzwi do drzwi. Otwierają celę za celą i pan generał zagląda do środka.
Generał jest niezaprzeczalnym typem pruskiego junkra. Wysoki mężczyzna o odważnych zimnych rysach twarzy, wykwintny morderca jak Kessler, jednakże bez tej przymieszki szatańskiego zła; zamiast czujnej i osaczającej giętkości prokuratora wojskowego wyczuwa się w nim lodowatą pewność siebie i nieustępliwość płynącą z dyktatorskiej władzy.
Oto co bije z jego postaci, gdy z Jarossem i Wandą przemierza długie, jasne korytarze, o licznych zakratowanych oknach, i zbliża się do nas.
Stoimy z Hildą przy stole w szwalni, z twarzami zwróconymi w stronę otwartych drzwi. Stąd można zobaczyć cały korytarz. Olbrzymimi nożycami kroimy brunatny papier w długie pasy. Jest to zupełnie idiotyczne zajęcie.
Zamienione całe w słuch i wzrok, na zewnątrz opanowane, śledzimy skrycie tych troje nadchodzących i staramy się odgadnąć nieprzeniknione plany generała. Wanda otwiera żelazne drzwi, biegnące wzdłuż korytarza, a komendant twierdzy milcząco zagląda na kilka sekund do wnętrza cel śmierci. Obok niego stoi sturmbannführer, jakby na jedno drgnienie powiek generalskich gotów był komenderować: - Padnij! Powstań! Padnij! - Rola Wandy ogranicza się tylko do czynności pokojówki hotelowej. Otwiera drzwi i pobrzękując kluczami w powietrzu, podąża za mężczyznami wypełniona po brzegi pokorą i zarazem żądzą okazania swojej ważności.
-
Boję się - mówię szeptem do Hildy.
-
A mnie zbiera się na rzyganie - cicho odpowiada Hilda unikając mego spojrzenia.
W aureoli prusactwa i potęgi generałów wszystkich wieków komendant twierdzy staje uroczyście na progu szwalni. Nie umiemy odgadnąć, jakie myśli snują się w jego głowie. Może szuka Giseli. Gisela nie żyje. Była młoda i kochała Andrégo. Cilli była młoda, Gerti, mała Belgijka Janina i obie zawleczone do Niemiec Ukrainki, które umknęły z płonącego obozu. I jak zwykle wśród ofiar wyłania się postać Heisiga. Stoi - czuję wyraźnie jego obecność - między mną a generałem, dłonią przejeżdża jak wówczas po spotniałym czole i mówi: “Już po mnie”.
245
Dziesiątki tysięcy takich okrzyków, tysiące takich skarg biegnie do generała. Może kiedyś wybije i jego godzina. Ale godzina ta będzie za krótka, aby mógł usłyszeć te dziesiątki tysięcy głosów.
- Za pomoc w dezercji - mówi Wanda wykonując ręką gest, jakby przedstawiała mnie generałowi. Potem wskazując na Hilde objaśnia: - Obraza kierownika grupy partyjnej i szerzenie defetyzmu - a na obie kobiety przy maszynach: - Za uchylanie się od pracy.
Potem obchód odbywa się dalej.
W warsztacie Bergera stoją rzędem kalefaktorzy w nowych, sztywnych, szeleszczących fartuchach. Berger woła: - Baczność! - i twarz jego przybiera wyraz lisiej chytrości. To się podoba generałowi, ta mała parada ma posmak wojskowości, generał nie zna Bergera, najradykalniejszego człowieka w tych murach, który bez chwili wahania wbiłby mu swój szewski nóż w piersi, gdyby przypadkowo nie stali w tym miejscu naprzeciw siebie. Gdy generał go zapytuje, dlaczego jest w więzieniu, Berger uważa, że na dziś starczy tej dwuznacznej złośliwości. Trzaska więc lekko obcasami i mówi krótko, po wojskowemu: - Z powodu omyłki, panie generale!
Wkrótce potem elegancki samochód posuwa się przez ruiny miasta, mija salutującą wartę na mostach i zatrzymuje się przed podwojami kościoła Świętego Krzyża. Ultimatum upływa, zegar wskazuje ostatnie minuty zawieszenia broni, generał jest pewien, że Rosjanie będą punktualni. O drugiej godzinie pierwsza eskadra rozpoczynając zapowiedziany atak przelatuje nad miastem.
Przeprowadzona przez generała inspekcja gmachu wprawiła więźniów w niepokój. Mężczyźni szepczą o likwidacji więzienia, której dokona się przez masową egzekucję. Front znajduje się już w odległości dziesięciu minut drogi.
- Generał przypomina sobie sprawę lekarza sztabowego Heisiga - mówi do mnie sturmbannführer po południu. Lodowaty zimny powiew przeniknął mnie na wskroś.
Hilda znajduje się w stanie najwyższego podniecenia. - Jeśli port padnie - mówi - zobaczysz, że tu się coś stanie.
Tego samego dnia wieczorem Hüsgen z Wandą robią przegląd całego gmachu. Zatrzymują się na progu mojej kuchni i Hüsgen oznajmia mi, że od dnia dzisiejszego mam spać w małej kotłowni na parterze. Wanda dodaje wyjaśniająco, że kobiety w celach chorują na świerzb, a szef żąda izolowania mnie. Pokazuję Wandzie moje podrapane ramiona i rozpinam bluzkę. - To nie ma znaczenia, ty nie masz świerzbu - mówi gniewnie.
-
Ale świerzb ma mnie!
-
Jeśli tak postanowiliśmy - wtrąca się Hüsgen to prawdopodobnie ma to swój sens i należy to wykonać.
-
Po apelu zniesiesz swoje rzeczy na dół - mówi Wanda wyniośle i odchodzi.
Przyczyna tego rozporządzenia jest niezrozumiała. To nie ma żadnego związku z planami Wandy, zmierzającymi do odwrócenia uwagi Jarossa od niej, złapania go w potrzask i unieszkodliwienia go.
Wanda jest zbyt mądra, aby nie ocenić moich minimalnych możliwości jako przynęty. Nie mogę sobie też wyobrazić, aby Jaross kiedykolwiek dał się porwać namiętności i wyciągnął rękę po więźniarkę.
Wieczorem proszę sturmbannführera, aby Hildzie pozwolił pozostać ze mną. Jeżeli pozostawię Hildę w beznadziejnie zawszonej celi między kobietami chorymi na świerzb, będzie to uważała za poniżenie, a jej zasługi wokół utrzymania w czystości gmachu są bezsprzeczne. Plaga pluskiew i pcheł daje się tak dotkliwie odczuć, że tej zawsze pilnej kobiecie należy się to małe wyróżnienie.
Jaross wyraża natychmiast zgodę, nie przeczuwa, dlaczego Wanda zaproponowała izolowanie mnie. Przyczyna utrzymania czystości jest dość przekonywająca.
Wanda wścieka się. Twierdzi, że za jej plecami uprawiam intrygi, ale już niczego nie może zmienić.
Hilda oczywiście też nie wie, że nie była wyznaczona do kotłowni na parterze, i przypuszcza, że to ma związek z wycofaniem się Gestapo. Przypuszcza, że jej powierzą klucze i w godzinę po wyjściu gestapowców z gmachu - tak sobie to wyobraża - otworzy cele i wypuści więźniów na wolność. Jest to podobny bieg myśli jak w wypadku czarno-biało-czerwonych niteczek w skarpetkach Jarossa.
Przenosimy nasze koce i nasz mały dobytek do nowej celi. Jest to, obok wielkiej celi cudzoziemców, jedyna cela na długim korytarzu na parterze.
Teraz przebywamy wieczorami aż do godziny dziewiątej w kuchni lub szwalni. Na minutę wpadamy do kuchennego państewka Emila. I Emil sądzi, że rozwiązał zagadkę; posądza Wandę i Hüsgena, że w ten sposób chcą się zabezpieczyć, na wypadek gdyby już “do tego doszło”.
Możliwe, że ma rację.
Ze strychu zabrałam słój z pastylkami weronalu. Hilda wie o tym. Posiadanie tego dodaje nam nieco otuchy.
Już pierwszej nocy silny podmuch bomby zrzuca nas z prycz. Walki toczące się blisko portu zwabiają samoloty. Głośno świszczące, a także bezszelestne pociski wybuchają z przeraźliwym hukiem i lecą jak błędne ptaki wokół gmachu.
Nocą, gdy zbliżają się ciężkie bombowce, kulimy się objęte mocnym uściskiem za żelaznym, na pół metra szerokim piecykiem Nie mówimy ani słowa, tylko Hilda przykucając jeszcze niżej mówi: - teraz. W chwilę później rozlega się straszny huk i cały świat dygoce.
W odległości dwóch metrów od okna biegnie wysoki czerwony mur więzienny, który - jak mówi Hilda - “zleci nam na łeb”, gdy się coś stanie. Z tego powodu ukrywamy się za żelaznym piecem. Ale tutaj wisi znów nad naszymi głowami ciężki bulier, który waży co najmniej kilka cetnarów. - Ten nas już dokumentnie wykończy - mówi Hilda i jest zadowolona, że jesteśmy razem.
Między murami więzienia a budynkiem biegnie wąska ścieżka, którą kroczą posterunki volkssturmu obchodząc w czasie nocnego patrolu cały kompleks budynków więziennych. W przerwach walk rozlegają się w nocy ich szepty.
Hilda staje czasem przy kratach w oknie i wzywa ich cichym “psst”. Przeważnie obawiają się rozmowy z nią. - Nie wolno - mówią cicho i nie zatrzymując się idą dalej, mimo że w pobliżu nie ma nikogo.
Gdy drzwi z biura stoją otworem, słyszymy zatrwożone błagalne głosy kobiet. Czasami nocą przyprowadzają także małżeństwa. Wśród bolesnych krzyków i lamentów kobiety rozstają się z swoimi mężami. Dwudziestego kwietnia “w drodze łaski” wypuszczono trzydziestu więźniów, ale już w następnym tygodniu miejsca ich zajmują inni.
Jeśli Perschel, wachmistrz więzienny, pełni w nocy służbę i przyjmuje nowych więźniów, słyszymy jego uspokajający głos: - Ach, co tam - mówi przecież to nie takie straszne przestępstwo posłuchać trochę radia. Za to nie ucinają głowy.
248
Obecnie przyczyną aresztowania przeważnie jest słuchanie wrogich audycji, ale też bardzo się wzmaga ilość wątpliwych indywiduów, ciemnych typów, które mają na sumieniu grabież, ogołacanie na ulicach trupów - sępy, które gromadzą w kieszeniach dziesiątki obrączek. Kobiety uciekają z pola startowego obrzucając stekiem impertynencji kierowników grup partyjnych; młodzi oficerowie ciskają w nie cegłami, a kobiety odpowiadają im tym samym. Są w więzieniu także młodociani chłopcy w wieku czternastu lat, najsmutniejsi świadkowie łajdactwa, które szerzy się w niesamowity sposób. Blade wyrostki o długich włosach i podkrążonych oczach, uświadomione dzieci z bezczelnym uśmiechem, dzieci żołnierzy, wyrosłe w dobie mordu i zdrady, wiedzą o torturowaniu ludzi, którzy mają odmienne nastawienie polityczne, wiedzą o tępieniu Żydów, i to, co nas dorosłych przejmuje zgrozą, zatruło ich młode serca. Ich wyobrażenie o świecie - to okrucieństwo, nieuczciwość i niepohamowany wybujały seksualizm.
Gdy obie z Hilda leżymy nocą na naszych pryczach nasłuchując, nie mówimy z sobą o tym, że panicznie obawiamy się masowej egzekucji więźniów w ostatniej chwili, że czyhamy na każdy szmer, każde słowo, czy już ta chwila się nie zbliża.
Mężczyźni z sąsiedniej celi zawiadomili nas, że przemycili do celi drąg żelazny. Mają zamiar przy jego pomocy wydostać się przez okna z cel, bo jasne jest, że nikomu na myśl nie przyjdzie otworzyć cele, gdy więzienie stanie w płomieniach.
Gruby Herbert przyrzekł uratować nas w krytycznej chwili. Jest silny jak niedźwiedź i nie obawia się niczego.
Gdy rano chcemy wyjść z celi do pracy, dopóty musimy walić w drzwi, aż nas ktoś usłyszy.
Bałagan jest coraz większy. Często przynoszą posiłki z wielkim opóźnieniem, gdyż załoga kuchenna trzy lub cztery razy w ciągu przedpołudnia musi uciekać do schronu.
Zupy są coraz rzadsze, a Emil coraz bardziej nerwowy. Na jego pociągłej chudej twarzy występują czerwone plamy.
W największym podnieceniu śledzimy bieg wypadków.
Trzydziestego kwietnia przed drzwiami szefa stoi Włoch Tino z butami w ręku, ja z wodą do golenia. Czekamy na uderzenie zegara. To kaprys Tina. Po czym wchodzimy do pokoju. Szef już wstał i jest ubrany. Stoi jak skamieniały z rękami opartymi o biurko, słucha radia.
Hitler nie żyje!
Zostaje odczytana odezwa admirała Dönitza, która nad faktem śmierci przechodzi do porządku dziennego i ogłasza hasło dnia: walka trwa dalej.
Jaross patrzy na nas uważnie i smutno, potem trzykrotnie potakuje głową i głęboko zatroskany przejeżdża dłonią po oczach, czole i włosach.
Na korytarzu Tino pyta podnieconym szeptem: - Czy to możliwe? - i potrząsa głową nie mogąc tego pojąć. Biegnę na górę tak szybko jak tylko mogę. Hilda stoi bezczynnie przy kracie okna i z rozpaczą patrzy w stronę frontu.
- Hitler nie żyje!
Wszystkie trzy kobiety patrzą na mnie z niedowierzaniem. Tino opowiada o tym na dole. Wiadomość biegnie szeptem z ust do ust, od celi do celi, przez wszystkie ściany, w ciągu dziesięciu minut wiedzą o tym wszyscy w gmachu, nawet skazani na śmierć, wśród których jest teraz dziesięciu mężczyzn i jedna kobieta z grupy ruchu oporu.
Dwie szwaczki stoją na straży, bierzemy od Bergera drabinę, która stoi wśród innych sprzętów w warsztacie szewskim. Jedna z nas wspina się po drabinie, ustawionej przy drzwiach celi śmierci. Nad drzwiami znajduje się w murze okienko niegdyś oszklone, teraz zaś zapchane gałganami. Gałgany wpadają do środka celi, cztery twarze z przestrachem patrzą w górę.
-
Hitler nie żyje!
-
To niemożliwe!
Nie wierzą, na ich twarzach maluje się wyraz nieopisanego wyczekiwania.
-
Prawda! Radio podawało!
-
Kim pani jest?
-
Więźniarką.
Dwóch pada sobie w ramiona, tańczą. Rudi Langer ukrywa twarz w dłoniach - czwarty nie może jeszcze pojąć.
Do innych cel można podać wiadomość przez małe nie domknięte klapy żelazne, umieszczone tuż nad podłogą, które służą do jakichś niezbadanych celów.
250
Więźniowie są bardzo ostrożni.
Nikt nie daje po sobie poznać radości, porozumiewają się tylko oczami, gdy jeden przechodzi obok drugiego.
Hüsgen jest śmiertelnie blady, Wanda zapłakana, nie może się już cofnąć. Jaross przez cały dzień nie wychodzi ze swego pokoju.
W kuchni więzienia rozpętała się gwałtowna dyskusja.
- Teraz już koniec - mówi Emil i nikt nie oponuje.
Gruby zachowuje spokój. - Jutro wracamy do domu - mówi. Ale powtarza to bezustannie od czterech tygodni.
Jaross w ostatnich dniach często jedzie rowerem do miasta. Widocznie robi ostatnie przygotowania.
O trzeciej godzinie, gdy wnoszę poobiednią herbatę, widzę, że pakuje małą walizkę, którą na mój widok pośpiesznie zamyka.
-
A co będzie z nami? - pytam, a to pytanie jest w tej chwili zupełnie niedwuznaczne.
-
Próbujemy się przedrzeć, kto chce, może się przyłączyć.
-
Dokąd? Wszędzie Hitler nie żyje! “Heil Dönitz” nigdy nie zdobędzie popularności.
Jaross patrzy na mnie z przerażeniem, może wypowiedziałam jego najtajniejsze obawy.
- Kim jest Dönitz? - pytam. - “Heil Dönitz” to nic nie mówi.
Jaross nie odpowiada. Właśnie w myślach ślubował posłuszeństwo Dönitzowi.
I Hüsgen mówi w pierwszej chwili: - No, teraz koniec z nami.
Ale zwolna przychodzą do siebie, raz jeszcze, już po raz ostatni.
Emil mówi o projekcie przedarcia się przez front. Rzeczy stoją w pogotowiu, a oni czekają tylko na rozkaz.
Pierwszego maja zwalniają pięćdziesięciu więźniów i zostaje stu pięćdziesięciu.
Plecaki i walizki ludzi z SD są zapakowane. Głośnik frontu radzieckiego podaje w nocy z drugiego na trzeciego maja wiadomość o kapitulacji Berlina. Amerykańskie wojska są w Monachium i Hamburgu, w Lipsku, Augsburgu, Schwerinie, w Garmisch, Passau i w Innsbrucku. Anglicy są w Wilhelmshaven, Emden, Bremervörde, i Neumünster, na południe od Berlina koło Halbe studwudziestotysięczna armia hitlerowska złożyła broń. Armia hitlerowska we Włoszech skapitulowała. Radzieckie oddziały zdobywają wschodnie kresy Rzeszy, metr za metrem.
251
Jedna tylko twierdza Wrocław trzyma się jak wyspa wśród milknącej dokoła wrzawy wojennej. Ma jeszcze wojsko, amunicję, generała, gauleitera, sędziego sztabowego, prokuratora, kierownika grupy partyjnej, policję Sicherheitsdienstu i psy gończe w ludzkich postaciach, agentów Gestapo.
Miasto jest przedmurzem narodowego socjalizmu i jego ostatnim bastionem. Kraj dokoła niego to pogranicze. Adolf Hitler zrobił z niego przemocą nowy ośrodek Rzeszy, zagarnięte tereny wschodnie ogłosił własnością Rzeszy, a bramę na Daleki Wschód wywalił podczas “błyskawicznej wojny”.
Jednak cios, który wymierzył, sięgnął za daleko, łuk był zbyt napięty. Od momentu zwrotnego pod Stalingradem front niemiecki zaczyna się chwiać. Olbrzym - Związek Radziecki - odparował cios, otoczył armię hitlerowską pierścieniem, przerwał front. Jego dywizje pancerne gonią uchodzące, przewalające się dywizje, uciekających komisarzy wschodnich obszarów, kierowników okręgów i dzielnic, władze partyjne i kompanie SS-manów, szykowne rozpieszczone pomocnice Luftwaffe, eleganckie stenotypistki, komisarycznych właścicieli fabryk, przyszłych kapitanów gospodarczych okupowanego kraju, rząd krakowski Generalnej Guberni. Całą tę armię wyzyskiwaczy, powołującą się na prawo do zdobytej ziemi, której nawozem była krew żołnierza. Radzieckie czołgi gonią ją przed sobą. Oddziały w rozsypce kieruje się do miasta Wrocławia i formuje się z nich jednostki bojowe. Przegrywa się wschodnie Niemcy krok za krokiem, metr za metrem. W samym sercu leży twierdza, płonący stos ofiarny. Granica Rzeszy przesunęła się o trzysta kilometrów dalej aż do Berlina, a Berlin skapitulował.
We Wrocławiu walki trwają nadal.
W pierwszym tygodniu maja codziennie zwolnieni opuszczają więzienie, tylko osiemdziesiąt osób najbardziej obciążonych politycznie pozostaje już definitywnie w więzieniu.
Odezwy nawołują ludność miasta, aby przygotowała się do ewentualnej próby przedarcia, Mają ją osłaniać dwa czołgi.
Emil informuje mnie szeptem, że ucieczkę odkłada się z godziny na godzinę. Dziennik wychodzący w twierdzy nie podaje już komunikatu naczelnego dowództwa, radio milczy.
Wanda dużo czasu spędza w piwnicy, pali papiery, listy, może już nawet akta.
252
Czwartego maja Emil opowiada, że ostatecznie zrezygnowano z próby przedarcia się.
Tego dnia Manek siedzi smutny w warsztacie szewskim na swojej pryczy. - Mateczko - mówi cicho i z rezygnacją - mają nas wykończyć. - Wypowiada to, o czym od wielu już dni myślę z drżeniem serca. Ostatnio, gdy Manek był z intendentem w mieście, spotkał Thiemego. Thieme dostał postrzał w udo, przebywa w lazarecie piwnicznym i już trochę kusztyka po mieście. Manek spotkał go na ulicy i Thieme mu zdradził, że szef otrzymał w zalakowanej kopercie rozkaz, który ma zostać odpieczętowany na polecenie obersturmbannführera Wiczorka; rozkaz zawiera dokładne instrukcje i termin naszej likwidacji.
Mamy zniknąć z powierzchni ziemi. Jesteśmy sumieniem Gestapo, znamy ich wszystkich, a nikt nie może wydostać się z miasta. Wiedzą, że tropilibyśmy ich, szukali i znaleźli.
Armia Czerwona będzie już stała pod bramą więzienia, a my będziemy musieli zginąć za tymi trzema murami.
Nie.. nie..
Ale czy wszyscy skazańcy przed nami nie myśleli tak samo? A mimo to zawiśli na szubienicy, stanęli przed lufami karabinów, poczuli chłód żelaza na karku!
Lęk przed śmiercią, który obiega cały budynek jak epidemia, ogarnia i mnie. Teraz szkoda już umierać. Można oszaleć na myśl, że jeszcze teraz mogłoby się to stać. Przed trzema miesiącami, gdy Heisig został aresztowany przez Kesslera, można to było pojąć, zakończyłam wówczas moje porachunki z życiem.
Ale teraz umrzeć - to nie mieści mi się w głowie.
Inni, z którymi o tym rozmawiam, Manek i Hilda, przeżywają to samo. Piekarz Herbert jest jeszcze z nami. - Musicie dobrze uważać - mówi - jeśli w nocy wyciągną was z celi, krzyczcie głośno. Wówczas my wyłamiemy drzwi i rozbijemy im łby żelaznym drągiem.
Nie wierzymy z Hildą w możliwość zrealizowania takiego planu.
Dwudziestu mężczyzn uzbrojonych w drąg, zamkniętych za żelaznymi drzwiami bez klamki, to nie jest zabezpieczenie przed rewolwerami SD.
Hitler nie żyje, wydawałoby się, że wojna się skończyła. Czepiamy się kurczowo bezpodstawnych nadziei i szukamy dowodów, które obaliłyby nasze przypuszczenia, iż chcą nas zabić; dopatrujemy się raczej w ich spojrzeniach i słowach chęci zjednania sobie więźniów. Hilda popiera tę opinię, ale jedno słowo znów wszystko obraca w niwecz.
Ostatnie noce spędzamy niemal bezsennie. Wciąż jeszcze rozlega się głuche grzmienie artylerii. Ale odpowiedzi z miasta padają rzadko i z wahaniem.
W dalszym ciągu spełniamy nasze obowiązki. Ręce obieraczek kartofli odpoczywają teraz często, robota zmniejszyła się o dwie trzecie.
Stoimy z Hildą przy oknie w szwalni i patrzymy w stronę portu miejskiego. Rosną tam gęste krzaki, teren jest nierówny, walka trwa nieustannie. Można rozpoznać poszczególne sylwetki mężczyzn, którzy z karabinami w ręku skaczą od krzaka do krzaka i padają na ziemię.
Jaross jada niewiele, grzebie ciągle w szufladach i szafach i jest zupełnie nieprzytomny. Raz częstuje mnie nawet kieliszkiem wina, a od czasu do czasu Tino lub ja dostajemy od niego papierosa; przed dwoma tygodniami byłoby to zupełnie nie do pomyślenia. Jaross siedzi teraz często bezczynnie w swoim fotelu i nasłuchuje odgłosów walki.
Począwszy od szefa a skończywszy na Ondruschu, wszyscy piją nieustannie, ale wieczorne zebrania towarzyskie, wspólne uczty skończyły się. Nickel już się nie uśmiecha, Wanda często stoi w drzwiach wejściowych. Drzwi prowadzące na wolność przyciągają ją z niesamowitą siłą.
Hüsgen już nie śpiewa, ale często mówi o Rübezahlu i wygwizduje melodię piosenki “O wy moje Karkonosze”.
A więc to jest ostatnia nadzieja Hüsgena, Wandy górska ojczyzna. W jaki sposób tam się dostanie - jest zagadką. Wydaje się, że góry są wojną nie tknięte, a pomysł ucieczki w góry nosi wszystkie cechy mentalności Hüsgena.
Zjawia się Thieme o lasce, mówi z Hildą, prosi ją o marynarkę cywilną. Hilda jest widocznie w tej chwili w wyjątkowo szlachetnym nastroju. Namawia Thiemego, aby się dobrze zaopatrzył, zapewnia, że przez Manka pośle mu do lazaretu wszystkie potrzebne rzeczy: koszulę, szalik, wszystko jest uprane i w tej chwili suszy się na sznurze; rzeczy te stanowiły niegdyś własność rozstrzelanych więźniów. Hilda mówi z nim poufnie i tajemniczo i wreszcie dowiaduję się, że Thieme, gdyby miasto się poddało, zamierza zostać w lazarecie. Na wszelki wypadek - w cywilnym ubraniu!
Ciągle jeszcze nocą głośnik frontu radzieckiego nawołuje i wysyła ostrzeżenie. Z kobietami w wielkiej celi nie mamy już kontaktu, ale obieraczki kartofli i kobiety z szwalni opowiadają, że w celach panuje okropne zdenerwowanie, kłótnie i łzy wybuchają z najbłahszej przyczyny, kobietom grozi zupełne załamanie nerwowe.
Hüsgena często odwiedzają SS-mani z miasta, są to jego koledzy z Krakowa. W biurze prowadzą głośne rozmowy, mówią, że krew nie powinna była polać się nadaremnie i że takie niesławne zakończenie wojny jest niemożliwe. Siedzą tak godzinami, podają sobie adresy i miejsca, w których można się ukryć. Nie krępują się już naszą obecnością w czasie tych rozmów, widocznie zaliczamy się już do nieboszczyków. Mówią również o tym, że można by przestrzelić sobie nogę i dostać się do lazaretu, można załatwić sobie papiery z volkssturmu, można się zastrzelić, ale można też tego uniknąć. Hüsgen zapewnia z pełnym przekonaniem, że jeszcze “ma nadzieję”. Tajna stacja nadawcza “Rübezahl” odezwała się tej nocy i nawołuje do dalszego oporu. - Wilkołaki, nie poddawajcie się! - wykrzykuje Hüsgen z teatralnym patosem - wasza godzina nadejdzie!
Godzina właśnie nadchodzi.
W nocy z piątego na szóstego maja głośnik radzieckiego frontu podaje wiadomość o bezwarunkowej kapitulacji. Trzymamy się z Hildą mocno za ręce. Nie możemy wydobyć słowa. Rankiem szóstego maja trzy cele śmierci są puste, a drzwi stoją szeroko otwarte… Musiało się to stać w nocy lub o świcie. Ciche puste cele zdradzają ostatni rozkaz Kesslera, otwarte drzwi są świadkami jego ostatniego krwawego wyczynu.
Manek zna bliższe szczegóły: dziesięciu mężczyzn z celi obcokrajowców zakopało trupy wczesnym rankiem na polu za więzieniem. Osiemnastu mężczyzn i jedną kobietę! Również z dolnych cel wyciągnięto kilku więźniów. Tylko za zamkniętymi drzwiami jednej z cel śmierci pozostał jeszcze fabrykant likierów i SS-man.
Szóstego maja przed południem do więzienia wchodzi podporucznik volkssturmu i prosi o “dziesięciu do dwunastu ludzi z łopatami, możliwie obcokrajowców”.
255
Dzisiejszej nocy volkssturm został odtransportowany. Słychać było, że ładują ciężkie przedmioty na wozy. Jakiś oficer wykrzykuje rozkazy, wszystko odbywa się, jego zdaniem, nie dość szybko. Potem powstaje kłótnia. Ktoś odpowiada ostro, mówi wiedeńskim dialektem: - Ale teraz koniec z tym pyskowaniem, panie!
Wzmaga się gwar podnieconych głosów, góruje oburzony, ostry głos oficera, który w szalonej wściekłości woła kogoś. Samochód ciężarowy odjeżdża, wszystko gubi się w głuchym warkocie motoru i dudnieniu kół.
Szósty maja tysiąc dziewięćset czterdzieści pięć.
Głośnik rosyjskiego frontu wypełnia ciemność nocy potężnym głosem: Kapitulacja!
Podporucznikowi potrzeba dziesięciu ludzi z łopatami, możliwie cudzoziemców.
Ciągle jeszcze niemieccy żołnierze nie mają odwagi przeciwstawić się potędze rozkazu. Ciągle jeszcze nie mogą zdobyć się na uderzenie kolbą karabinu. A przecież jest ich tak wielu.
Przykładają ręce do szwów spodni i mówią: - Tak jest.
Dwieście lat pruskiego drylu zrobiło swoje!
Posłuszeństwo trupów!
Hüsgen każe stanąć w szeregu dziesięciu mężczyznom, niosą łopaty na plecach, a strzegą ich ludzie z pistoletami automatycznymi. Mają pochować dwudziestu czterech żołnierzy; z dwóch tysięcy żołnierzy volkssturmu, dwudziestu czterech zdobyło się na opór i tych skazano na śmierć.
Do godziny jedenastej przed południem panuje niesamowita, niezwykła cisza.
Nagle na nowo rozpoczyna się ogień artyleryjski. Wchodzę do pokoju Jarossa, aby zebrać naczynia po drugim śniadaniu. Sturmbannführer stoi przy oknie, za oknem gwiżdże kos.
Jaross odwraca głowę, coś go nurtuje, chciałby to wypowiedzieć.
-
Temu małemu ptaszkowi jest dobrze - mówię.
-
Tak, tak… chciałoby się być takim kosem! - Uzupełniam to zdanie, ale tylko w myślach “…i odlecieć!”.
-
Usłyszeliśmy tej nocy głośnik z frontu radzieckiego - zaczynam od nowa - podobno wszędzie nastąpiła kapitulacja - wezwano generała, aby dziś jeszcze oddał twierdzę, aby zaniechał oporu.
256
To wszystko rosyjski bluff. - mówi Jaross. - Ja w to nie wierzę.
W tej chwili w oddali rozlegają się trzy strzały artyleryjskie. Jaross kończy rozpoczęte zdanie:
- W każdym razie jeszcze się strzela… a to mnie uspokaja.
A może chciałby przeżyć drugą bitwę o Rzym, zginąć bohaterską śmiercią jak Teja, ostatni król Ostrogotów? Tu za biurkiem przez cale tygodnie siedział i czytał kryminalne powieści, gdy tymczasem dookoła szalały walki, a z jego więzienia wyciągano ludzi tuzinami z cel, aby wykończyć ich strzałem w plecy; podczas gdy inni nie mogli jeść ze strachu, on codziennie pochłaniał pięć posiłków i z każdym dniem obrastał bardziej tłuszczem… wśród kwiatów i książek, o pięć metrów od cel, prowadził odosobniony, samotny żywot, wypielęgnowany i pachnący, obsługiwany i rozpieszczany jak diwa filmowa… Godziny tego dnia wloką się bez końca.
Na ostatnich osiemdziesięciu więźniach ciąży straszliwe brzemię. W celach panuje cisza. Wśród szarpiącego nerwy wyczekiwania znów mija długi straszny dzień i noc.
Nad ranem jeszcze raz rozbrzmiewa zapowiedź z ubiegłej nocy, potem nastaje cisza.
Nastaje błękitny i złoty od słońca poranek siódmego maja. Mija przedpołudnie. Nad budynkiem więziennym zawisło niesamowite milczenie. Panuje nastrój jak przed wielkim pogrzebem. Nikt nie mówi głośnego słowa, we wszystkim dokoła czai się niepewność. Każdej chwili może się coś zdarzyć.
Jaross spaceruje po swoim pokoju tam i z powrotem… tam i z powrotem.