Maria Langner "Ostatni bastion"

Gestapo

Siedzi się w celi i czeka, czeka. Minęło dwadzieścia godzin.

Nadeszło popołudnie pierwszego lutego. Drzwi otwierają się, jakiś SS-man pyta mnie o nazwisko i w milczeniu prowadzi przez korytarz. Wyprowadza mnie z więzienia na ulicę, skręcamy na rogu i stoimy przed budynkiem Gestapo.

W wartowni znowu muszę czekać.

Po wielkiej izbie kręcą się wartownicy i strażnicy, od czasu do czasu wychodzą zarzucając karabin przez ramię. Oprócz mnie na krzesłach siedzi jeszcze kilka osób, które są kolejno wywoływane. Stary Polak w lachmanach, złamany i zmaltretowany, siedzi skulony z bezsilnie opuszczonymi ramionami i jęczy:

  • Skończcie już wreszcie ze mną.

Młody człowiek, który usiłuje z każdym po kolei nawiązać rozmowę, jest dziwacznie ubrany. Ma na sobie frakowe spodnie i wojskowy płaszcz, na głowie czapkę samochodową, podbitą futrem. Gdy zdejmuje czapkę, widać, że jest ciężko ranny w głowę. Przedstawia się każdemu wchodzącemu - von der Golz jestem - i twierdzi, że generał oczekuje go niecierpliwie i że musiał przerwać uroczystość weselną z powodu powołania go do volkssturmu. Jest bardzo wzburzony i po kilku minutach można się zorientować, że ma się przed sobą obłąkanego.

62

Dwie kobiety w chustkach na głowie trzymają się za ręce, nie mówią ani słowa; wyraz trwogi malujący się na ich twarzach jest wstrząsający.

Jakiś dobrze ubrany mężczyzna pokazuje dyżurnemu różne zaświadczenia, mówi, że pracuje w okręgowej izbie handlowej, że nie może być powołany do volkssturmu… Dyżurny SS-man wygląda oknem.

Po godzinie wywołują moje nazwisko, idę na przesłuchanie. Zastaję w pokoju dwóch mężczyzn w mundurach SS. Ostrzegają mnie, że powinnam mówić całą prawdę, tak jak panna Renke i panna Lärche - Anneliese i “Wróbelek”. Powinnam im ułatwić pracę i nie pogarszać mojej sprawy, która i tak przedstawia się fatalnie. Przypomina mi się zdanie z ostatniego filmu, który widziałam. Czuję, że nie odpowiada to zupełnie sytuacji, ale to właśnie przyszło mi na myśl. Aktor, Paul Henckels, powiedział w pewnym momencie: “A teraz udawajmy wszyscy głupich”. - Często w najbardziej poważnej sytuacji człowiek myśli o najgłupszych rzeczach.

Ale obydwaj gestapowcy nie mają potrzeby udawać głupich, istotnie nie wiedzą nic o sprawie, którą mają prowadzić. W mieszkaniu kobiety odnajmującej pokoje wyciągnięto z szafy przestępcę. Należy więc sprawdzić, czy właścicielka mieszkania była jego kochanką i chciała go ukryć na czas wojny, czy też wykryło w jej mieszkaniu centralę dezerterów. W mieszkaniu znaleziono mnóstwo rzeczy wojskowych. Tak mniej więcej wygląda sprawa na podstawie stawianych mi pytań. Próbuję dać kilka wyjaśnień, które brzmią niewinnie. - Proszę nie kłamać tak bezczelnie! - krzyczy jeden z nich, a przecież jeszcze nawet nie zaczęłam kłamać. - Niech pani swoje śmieszne bajki zachowa dla siebie! - wrzeszczy drugi, więc milknę. - Był ukryty w szafie, sama go pani schowała i zaprzeczyła jego obecności, to jest zdrada stanu, to jest pomoc w dezercji, sama to chyba pani przyzna.

Nie przyznaję niczego, ale i tak protokół wystukują na maszynie.

Mówią ciągle o dezerterze nie wymieniając żadnego nazwiska, a ja czekam w napięciu na pytanie, czy znane mi są powody aresztowania, które nastąpiło przed dwoma dniami na skutek wyroku sądu polowego, z rozporządzenia partii, gdy Heisig wyraził opinię na temat barykad i Hitlera. Moją winą jest chyba tylko udzielenie schronienia uciekającemu Heisigowi, a ta ucieczka musiała przecież mieć jakieś przyczyny. Jeżeli mnie o to zapytają, mogę śmiało powiedzieć, że nie miałam o niczym najmniejszego pojęcia. Ale nie pytają. Chodzi tylko o dezercję i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podkreślać ciągle na nowo, że Heisig nie był dezerterem, tylko przyszedł do mnie w odwiedziny.

Protokolant dyktuje tymczasem coś, co ma być moim zeznaniem, urzędnik pisze pośpiesznie.

“Gdy przybył patrol wojskowy”…

Powoli nabieram pewności, że tu umyślnie coś przekręcają; o pewnych faktach nie wolno wspominać, tylko nie wiem, dlaczego.

Teraz zaczynam się bronić. - Nie siedział w szafie i nie był dezerterem - protestuję głośno.

  • Oczywiście, przecież sam tak zeznał.

Heisig przed Gestapo? Niemożliwe.

  • Powiedział mi, że następnego dnia rano musi być znów w lazarecie, ponieważ jego urlop się kończy. Przecież to nic nadzwyczajnego, jeśli ktoś zanocuje u znajomych, można było przecież telefonicznie z nim się porozumieć. I wcale nie był w szafie, ale w pokoju za szafą, w kryjówce, która miała być schronieniem dla kobiet znajdujących się w mieszkaniu: tylu jest obcokrajowców w mieście, że chyba można mieć powody do obaw.

Gestapowcy twierdzą, że był trzy dni w moim mieszkaniu, powinnam była zauważyć, że coś się poza tym kryje. Nie mogę sobie dać rady z tymi dwoma chłopami. Potem czytają mi protokół. Nie wyświetla sprawy ani nie zawiera nic istotnego. Żądają ode mnie, abym podpisała protokół, nie wzbraniam się w nadziei, że może będzie jeszcze rozprawa. Może wtedy dojdę do słowa. Ten bezsensowny protokół niczego sądowi nie wyjaśni, a zaszkodzić może tylko mnie samej. Nie wiem, czy zrobiłam coś mądrego, czy głupstwo. Jestem strasznie zmęczona i wyczerpana głodem, a zdarzenia ostatnich trzech dni bardziej mnie złamały niż wszystkie ubiegłe lata bezustannego napięcia nerwowego.

Podpisałam, że lekarz sztabowy Luftwaffe przebywał w moim mieszkaniu dwa dni, że w jego posiadaniu była walizka z cywilnym ubraniem - moje wyjaśnienie, że walizka miała być pozostawiona u mnie na przechowaniu, zostało w protokole pominięte, że podczas rewizji mieszkania kilkakrotnie zaprzeczyłam, jakoby znajdował się u mnie i że znaleziono go w schowku za szafą z ubraniami. To są fakty znane, zaprzeczać im byłoby nonsensem. Na temat znalezionych u mnie spodni wojskowych, protokół zawiera uwagę, że szef mój pozostawił je do mojej dyspozycji, co jest niezgodne z prawdziwym stanem rzeczy i może dać powód do różnych przypuszczeń. Reszta to nieważne szczegóły.

W drodze powrotnej do prezydium policji prowadzą mnie obok Anneliese i wątłej, bladej, młodej dziewczyny, patrzącej na mnie smutnymi oczami dziecka. To “Wróbelek”.

Potem znów siedzę w szkaradnej, lodowato zimnej celi.