Maria Langner "Ostatni bastion"

Dom obłąkanych

W tym dniu sprowadzają najmniej dziesięciu nowych aresztowanych. Co pół godziny słychać kroki wielu ludzi, zatrzaskują się ciężkie drzwi żelazne, tylko nieliczne kroki odbywają drogę powrotną. Wieczorem panuje w budynku wielki hałas. Każdy ton dźwięczy głośno, jakby się siedziało w bębnie; obłąkany mężczyzna, ranny w głowę, poczyna szaleć, chce wyjść stąd, musi wyjść, biada tym, którzy go trzymają, ma ważne wiadomości dla generała. Gdy zbliżają się kroki, milknie, można wyczuć, że się przyczaił. Potem znowu zaczyna krzyczeć. W krzyku tym słychać na przemian to wyraźny ton koszarowy, to znowu rozpacz człowieka prześladowanego.

Nie mogę myśleć o niczym innym, tylko o sprawach, które od chwili zjawienia się Heisiga splotły nasze losy. Każde słowo, każdy czyn jest jak sprężyna mechanizmu, wszystko dotyczy wszystkich i nikt nie może się z tego wyłączyć. Co też mogła zeznać, Anneliese, a co “Wróbelek”, jak wyszła na jaw sprawa z walizką, co wiedzą o rosyjskiej ulotce, co Heisig mógł na ten temat powiedzieć - co też z nim się stało? Kobiety musiały napleść dużo niepotrzebnych rzeczy. Kto podał mój adres? Usiłuję odtworzyć sobie obraz sytuacji, ale wszystkie barwy się zlewają.

Dlaczego aresztowano Anneliese, jeżeli to ona wydała Heisiga? Co stanie się z nami?

65

Policjant przynosi mi miskę zimnej soczewicy. Szef kuchni z naprzeciwka, który gotuje dla załogi, posyła więźniom to, co zostaje. Dobry z niego człowiek… jak się właściwie nazywa?

  • Hase.

Wachmistrz Giesicke, który chwilowo pełni służbę, jest dobrodusznym człowiekiem. Uważa, że nie powinniśmy upadać na duchu, bo wojna i lak wkrótce się skończy. - Tylko niech się pani do niczego nie przyznaje - upomina mnie. Pytam, czy jest może w więzieniu niejaki doktor Heisig, młody człowiek w granatowym kombinezonie. Giesicke nic o nim nie wie.

Tej nocy znowu padają bomby. Siedzi się w celi i marznie do szpiku kości. Gdzieś szaleje obłąkany.

Tak mija druga noc.

Wartownicy często się zmieniają. Gdy Giesicke ma służbę, otwiera drzwi celi i opowiada parę nowin. Przynosi jedzenie, widocznie jest w dobrej komitywie z panem Hasem, a Gestapo nie troszczy się wcale o to, co tutaj się dzieje. Nie ma zarządu i nie ma “sprawiedliwości”, jak powiada Giesicke; uciekła z więźniami, gdy nadszedł rozkaz ewakuacji. Nie ma prowiantu dla więźniów, których jest już przeszło dwudziestu, nie ma opału ani bielizny, nie ma lekarza. Gestapo przysyła ludzi i poleca policji, aby ich pilnowała. To wszystko.

Po południu prowadzą mnie do wartowni. Anneliese już tam czeka.

Gestapowiec, którego znam już od wczoraj, dopytuje się, ile osób było w moim mieszkaniu. Wyliczam: matka, Pietro, Harry, Greta. Nie ma sensu pomijać kogokolwiek. Anneliese była przede mną, gestapowiec na pewno już wszystko wie, Anneliese nie dorosła do żadnego przesłuchania, to jest już teraz jasne. - A gdzie ulotnił się podoficer lotnictwa, któremu pomogła pani do ucieczki? Bluza leżała jeszcze w pani mieszkaniu - zadaje mi błyskawiczne pytanie.

  • Nikt się nie ulotnił. - Anneliese wyręcza mnie, widać, że jest szczęśliwa, iż może coś opowiedzieć, gdyż wtrąca się bardzo gorliwie do przesłuchania. - Harry Laue był podoficerem lotnictwa.

Czuję, że teraz wszystko staje się jeszcze bardziej podejrzane i zagmatwane niż poprzednio.

  • A dlaczego dał swą bluzę lekarzowi?

66

  • O tym nic nie wiem. Pan Heisig nie mieszkał przecież u mnie. Czy to coś nadzwyczajnego, że znajdowała się w pokoju, w którym poprzednio przebywał pan Laue - przecież jeszcze jej nie potrzebował.

  • No, no, no, nikt nie wyzna się w stosunkach, które panowały w pani mieszkaniu. No, ale zaraz sobie z tym poradzimy. - Podaje mi słuchawkę telefoniczną. A więc wie, że mam telefon. Czy na podstawie wczorajszego protokołu? Budzi się we mnie podejrzliwość.

  • Niech pani nakręci swój numer, a gdy się ktoś zgłosi, proszę odpowiedzieć krótko i oddać mi słuchawkę.

Ach, gdyby tak matka była przy telefonie. Nie ma przecież pojęcia, co się ze mną stało.

Nakręcam tymczasem numer 30-611, ale nikt się nie zgłasza. Potem znowu prowadzą nas do naszych cel.

Giesicke zaopatrzył mnie stopniowo w siedem koców. Pogoda się zmieniła. Z rozbitego szklanego dachu nad klatką schodową topniejący śnieg spływa kroplami aż na cementową podłogę piwnicy. Schody otoczone galeriami biegną w górę, każde piętro jest oddzielone od następnego grubą siatką żelazną, żaden więzień nie mógłby przeskoczyć przez poręcz. Nie dlatego, aby życie jego było takie cenne, ale nie należy już do niego. Urzędnicy widzą jak na dłoni, co dzieje się w całym domu, a każdy dźwięk słychać, gdziekolwiek by się stanęło.

Zapada zmrok. Znowu zapomniano włączyć światło. Leżę na pryczy i nasłuchuję, czy artyleria nie da znać o sobie. Ale mimo że wewnątrz domu każdy ton przenosi się z łatwością przez kamień i żelazo, od świata zewnętrznego jesteśmy odcięci małym wąskim podwórzem i grubymi, chłonącymi każdy dźwięk murami. Jest już prawie późna noc, gdy słyszę na schodach głęboki głos Grety. Stwierdza, że z góry przecieka. Tym, któremu to oznajmia, nie może być nikt inny tylko Harry. Potem nieodwołalnie zamykają się żelazne drzwi. Całkiem z daleka dobiega wolanie, jakieś pytanie skierowane do celi Bułgarów.

Zdaje się, że Pietra nie aresztowano.

Znowu noc w tej wstrętnej, zimnej dziurze, nazywanej celą, trzecia już noc.

67

Obłąkany szaleje i bezustannie wali jakimś blaszanym przedmiotem o kaloryfery. Głuchym dźwiękiem rozlegają się te uderzenia po całym budynku. Potem wyją syreny i znowu padają bomby. W chwili gdy rozbrzmiewają detonacje wybuchających bomb, szaleniec zaczyna krzyczeć. Ryczy głosem Hitlera, naśladuje jego sposób mówienia, wykrzykuje niepowiązane zdania, numeruje je jako rozkazy dowództwa, mianuje miasto samodzielną republiką sowiecką, cesarzową Augustę Wiktorię - Matka Boską, kardynała Bertrama - gauleiterem, rozdziela ordery i zarządza wielki atak na świat. Z innej celi rozlega się nagle krzyk kobiety, która śpiewa histerycznym wysokim głosem angielski hymn narodowy. We wszystkich celach jest ruch, pukają, wołają, narzekają, gwiżdżą, jakby wszystkich ogarnął szał.

Niepokój, gniew, lęk - oto widma nocne, dręczące więźniów roku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego w pewnej twierdzy Adolfa Hitlera podczas dawno już przegranej wojny.