Komando pracy
W nocy znów jest alarm lotniczy, ale nalotu nie ma. W godzinę potem słyszymy odwołanie, ale natychmiast po odwołaniu padają bomby, potem znowu alarm, ostatni w twierdzy.
Od tej chwili miasto staje się terenem frontowym. Alarm trwa bez przerwy, syreny milczą. Naloty i ataki artylerii następują coraz częściej i gwałtowniej, w celach słyszy się krzyki kobiet i walenie w żelazne drzwi.
Mijają dwa dni. Drugiego dnia, przy rozdzielaniu jedzenia, u boku wachmistrza Giesicke stoi “Wróbelek”. Napełnia wielką łyżką moją miskę, uśmiecha się do mnie stojąc w drzwiach i mówi: - Jutro dostaniemy wszyscy pracę. - Czerwona, życzliwa twarz Giesickiego promienieje. - Obieranie kartofli - szepcze dość głośno i przykłada ręce do ust jak trąbkę - nie po to, aby nikt nie słyszał jego słów, ale aby zaakcentować ważność radosnej nowiny. Następnego dnia rano wywołują nas z cel i prowadzą przez dziedziniec więzienny do kuchni Schutzpolitzei. Należymy teraz do komanda obieraczy kartofli.
Kuchnia jest właściwie szeroko rozgałęzionym, źle oświetlonym labiryntem gospodarskich pomieszczeń. Składa się z kilku spiżarń, kotłowni o trzech olbrzymich kotłach na zupę, z korytarzy, odgrodzonych grubymi filarami. Właściwą kuchnię stanowi kotłownia, wyłożona białymi kaflami i czerwonymi płytami kamiennymi, z długimi, drewnianymi stołami i kilku zydlami. Mieści się w piwnicy wielkiego więzienia śledczego przy prezydium policji. Do tej właśnie dawnej kuchni więziennej wprowadził się po dwudziestym stycznia i po ewakuacji wszystkich więźniów i urzędników więziennych pan Hase ze swoją załogą kuchenną. Kilkanaście jednostek policyjnych, które napłynęły przeważnie z ewakuowanego Krakowa, przydzielono do służby frontowej. Jedna trzecia znajduje się w stałym pogotowiu w koszarach, a czterystu pięćdziesięciu policjantów czeka w prezydium policji. Dla tych ostatnich gotuje Hase i jemu właśnie oraz dobremu sercu Giesickego zawdzięczamy jedzenie i pracę. Siedzimy w małej, wilgotnej, zimnej piwnicy z zamurowanymi oknami. Wartownik, zmobilizowany do wojska mimo krzywych nóg, siedzi przy nas na ławce w pobliżu drzwi. Oparł karabin o ścianę, zsunął czapkę na tył głowy i drzemie.
79
Zjawia się podoficer Hase, szef kuchni - niewielki człowieczek. Jego pięciu kucharzy, wszyscy około pięćdziesiątki, zawinęło rękawy koszul tylko po to, aby okazać zapał do pracy, bo główną robotę, jak obieranie i krajanie kartofli, spełniali dotychczas mrukliwi chorzy więźniowie, których dziś zastępujemy. Kucharze mają na sobie szarozielone fartuchy płócienne i spodnie barwy munduru policyjnego. Są zobowiązani do służby na czas trwania wojny i nie mają w sobie nic z żołnierzy.
Pierwszego dnia siedzimy w piwnicy od szóstej rano do szóstej wieczorem i obieramy, obieramy góry, cetnary kartofli. W południe napełniają nam miski, a Hase zjawia się na chwilę w otwartych drzwiach, z czapką wojskową zsuniętą na tył głowy, ręce trzyma w kieszeniach spodni pod białym fartuchem szefa kuchni. - Jesteście pilni - powiada - no, zobaczymy. Brzmi to obiecująco.
Wciąż obieramy kartofle. Czasem siedzimy w obierzynach po same kolana, wówczas zjawia się człowiek z widłami i przydługimi małpimi czerwonymi rękami zgarnia łupiny do kosza. Uśmiecha się przyjaźnie nie mówiąc ani słowa; pewnego razu kładzie wstydliwie paczkę papierosów na brzeżku ławki. Wołają go Theo.
Nogi nasze są wilgotne, na pół martwe z zimna, ale czujemy się tak, jakby spadł z nas jakiś ciężar, bo nie musimy siedzieć w oddzielnych celach, gdzie dni wloką się bez końca, a w samotności każde uczucie graniczy z ostateczną rozpaczą.
Następnego dnia Hase znowu na chwilę staje w drzwiach. Taksuje spojrzeniem cztery kobiety, potem wskazuje na mnie palcem i mówi: - Niech no pani pójdzie ze mną.
Zabiera mnie do kuchni, kładzie kawał chleba z mięsem na rondel z rosołem i każe mi zanieść to śniadanie naszemu wartownikowi, który w małej czapce, nasadzonej filuternie na siwe zwichrzone włosy, siedzi wśród nas z wyrazem złości na twarzy i przez cały długi dzień nie odzywa się słowem.
Wartownik odmawia przyjęcia śniadania. Twierdzi, że zna się na takich podstępach, że na pewno za tym kryje się jakieś draństwo. Hase, który przyszedł tuż za mną, powiada: - Idioto! Jeżeli nie chcesz żreć, nie musisz.
Po południu zjawia się Giesicke, bez karabinu. Ma zluzować wartownika, to uosobienie bezmyślnej obowiązkowości. Hase wykorzystuje swoje stosunki, jakby nie było, jest podoficerem kuchennym. Wywołuje nas kolejno z piwnicy i każdą z nas zatrudnia na przemian przy drobnych robotach w kuchni; przynajmniej można tam coś usłyszeć, zobaczyć i zagrzać się. Poznaję pięciu kucharzy, pięciu przyjaciół, z których Theo i Franz tworzą uznaną przez wszystkich, tak zwaną parę “przyjaciół od serca”. Theo jest małorolnym chłopem z Westfalii, myśli powoli i jest ponad wszelką miarę dobroduszny. Ma pociągłą, przystojną, ale dosyć tępą chłopską twarz i natychmiast zakochuje się we mnie, co przejawia się w dziwny sposób. Ilekroć przechodzę obok niego, wyciąga długi palec wskazujący, dotyka moich żeber i powiada dziecinnie: - Popatrz.
Franz jest szewcem ze Lwowa. Niemiec z musu. Jest mały, czarny i kędzierzawy, ma olbrzymi podbródek. Wszystko natychmiast zapomina i wszystko robi na opak. On i Theo nazywają siebie “niemieckimi dębami”. Gdy Franz jest zalany w pestkę, Theo chodzi na rzęsach, a ponieważ Franz często jest zalany, Theo często chodzi na rzęsach.
Następna godna uwagi osobistość to Adolf. Pochodzi z Saksonii, jest bardzo wysoki i bardzo chudy. Ma olbrzymie nogi i zbyt małą głowę o jasnoblond wypłowiałych włosach. Opowiada mi zabawnym saksońskim akcentem, że przed wojną zarabiał w Dreźnie ładne pieniądze. Był “babcią klozetową” w wielkim lokalu.
- Wierzę ci na słowo - mówi Hase - do czegoś lepszego i tak byś nie doszedł.
Adolf ma zawsze w pogotowiu długi drąg drewniany i Hase wola: Baaabciu! gdy zlewy nie są w porządku lub gdy przez rurociągi w piwnicy przechodzi mało wody; czasem zupełnie jej brak.
Czwarty to Rudolf, wiedeńczyk. Wygląda jak drwal. Jest strasznie mrukliwy. Powiada, że od wczesnej młodości musiał ciężko pracować. Ojciec jego był pijakiem, a matka zniszczoną, spracowaną kobietą. Na moje pytanie, dlaczego zawsze narzeka, Rudolf opowiada mi swoje dzieje. Właściwie to jedyny człowiek, który naprawdę tutaj pracuje. Pewnego razu, gdy stoję z “Wróbelkiem” nad zlewem i zmywam naczynie, wyraża swoje niezadowolenie; jego zdaniem jesteśmy zbyt żywe.
-
Zapominacie, że jesteście więźniarkami - powiada.
-
Bogu dzięki, że możemy o tym zapomnieć, wszyscy jesteście tacy ludzcy dla nas - odpowiadam szybko. Rudolf ma zdziwiony wyraz twarzy i od tej chwili jest znacznie uprzejmiejszy. Ilekroć tylko zdarzy się okazja, podsuwa któremuś z więźniów przez stół cukierka, filiżankę kawy lub kromkę chleba.
Piąty i najinteligentniejszy to Emil, sprytny kupiec, w cywilu komiwojażer branży wyrobów skórzanych. On jeden mówi otwarcie, że należy liczyć się z rychłym wkroczeniem Armii Czerwonej. Jego zdaniem Hase na pewno da drapaka, ale on, Emil, weźmie wtedy największą łyżkę w rękę i gdy pierwszy żołnierz radziecki przestąpi próg kuchni, będzie spokojnie mieszał zupę w kotle i zamelduje: - Zupa gotowa.
Do moich obowiązków w kuchni należy zmywanie naczynia, szorowanie długich stołów, pranie ścierek. Gdy robotnicy w czasie przerwy przychodzą do Hasego na partię kart, nie pytając nikogo nakładam im jedzenie do misek i stawiam je wraz z łyżką na stole obok chleba i manierki z kawą. Hase patrzy na to przychylnie i skinieniem głowy wyraża zgodę.
W tej chwili pracują murarze i cieśle przy oknach prezydium policji, które zamurowują lub zabijają deskami. Jeden z nich, który przyjeżdżał dawniej autobusem z zachodniego przedmieścia do pracy, opowiada, że od trzydziestego stycznia nie może się dostać do domu, bo wojska radzieckie zajęły przedmieście. Hase zapewnia: - Wkrótce ich stamtąd wywalimy - Emil stoi za jego plecami i puka znacząco palcem w czoło. Ale twarz Hasego nie wyraża zbytniej wiary w to, co mówi. Cale miasto jest już okrążone z wyjątkiem wąskiego pasma zbocza górskiego Waldenburg. Na krańcach miasta rozgorzały walki.
Noce w celi są nie do zniesienia. W całym budynku panuje nieopisany hałas, przybywa coraz więcej nowych więźniów, powtarzają się naloty na miasto, przy wtórze trzasków szalejącej broni pokładowej rozpoczynają się pierwsze walki powietrzne: dalekie krzyki przenikają mury i ściany celi, czasami zapada głucha denerwująca cisza, którą nagle znów przerywa ogłuszająca wrzawa. Gdy zbliża się ranek i wartownik otwiera drzwi celi, aby zabrać nas do pracy, człowiek oddycha z ulgą. Nie kończący się tydzień mija w ślimaczym tempie. Pracujemy, obieramy kartofle, zapoznajemy się z innymi więźniami. Zmywam naczynie: dotąd czynność ta wydawała mi się najwstrętniejsza ze wszystkich zajęć w kuchni, oprócz oczywiście obierania kartofli Teraz jestem wdzięczna Hasemu, że pozwolono mi tę czynność wykonywać. Z wdzięcznością też przyjmuję papierosy, które Hase wyciąga z górnej kieszeni białego fartucha, i kawałek mięsa, które po raz trzeci nakłada na swój talerz i potem odstawia, nie mogąc go rzekomo zjeść. Naturalnie trzeba przejść pewnego rodzaju przeobrażenie wewnętrzne, zanim człowiek nauczy się jeść z obcego talerza. Ale nawet syty nie mógłby odmówić przyjęcia tego, co zostało ofiarowane z taką ludzką serdecznością.
Hase każe nam prać bieliznę kuchenną, fartuchy robocze swoich pomocników, a w końcu nawet ich bieliznę osobistą. W jego szafie wisi teraz zawsze biały fartuch rezerwowy, symbol szefa kuchni, który wkłada na mundur nie zdejmując żołnierskiej czapki. Mały Hase, trzymając stale czarny, rozmokły ogarek cygara w pożółkłych zębach, siedzi w oddzielnej izbie, której drzwi są zawsze otwarte. Może stąd nadzorować kuchnię i kotły, drzwi wejściowe do kuchni, przychodzących i wychodzących, i pracę swoich ludzi. Na drewnianej płycie stołu stoi przed nim blaszany kubek z winem albo rumem. Wszystko idzie u niego jak po maśle, ale on sam ma ciężkie zmartwienia. Ma nadzieję, że dalszy pochód Armii Czerwonej zostanie powstrzymany, że hitlerowcy użyją nowej broni, a Hitler dotrzyma swych obietnic. Hase i jego ludzie uciekli z Krakowa. Niewiele czasu minęło od chwili, gdy nagle musieli wszystko rzucić. Jeszcze ciągle strach paraliżuje ich członki. Do ostatniej chwili nie wierzyli w możliwość ewakuacji. Tu dostali się, jak powiada Hase, z deszczu pod rynnę. Każdy wie, że Wrocław nie zostanie oddany bez walki, ale będzie się bronił do ostatniego żołnierza. Hase nie jest stworzony do walki, jest stworzony do gotowania. Tak bardzo martwi go myśl, że lada chwila mogą wpaść bomby do jego garnków, że może znieść życie tylko w stanie zamroczenia alkoholowego. Mimo to spodziewa się szczęśliwego obrotu spraw. Emil powiada cicho i w zaufaniu, że Hase na pewno “ma masło na głowie”, na pewno był w SA.
Nasza grupa pracujących w kuchni powiększa się o parę osób, które pod komendą Hasego prowadzą nieco znośniejszy żywot niż więźniowie siedzący cały dzień w celach. Zawdzięczamy nasze “szczęście” Giesickemu, który upodobał sobie Anneliese. Dzieli się z nią swoim chlebem i przez cały dzień siedzi przy niej. Gdy Theo przynosi kosze z kartoflami. Giesicke wchodzi z Anneliese do przyległej izby, aby zmyć grubą warstwę gliny z kartofli, które płucze się w wielkich wannach. Gdy wychodzą, twarz Giesickego jest purpurowa.
83
Nadprokurator Kessler nie daje znaku życia, Gestapo nie interesuje się nami.
Theo i Franz, pomocnicy kuchenni, uzyskali godzinę urlopu celem wyjścia na miasto. Golą się, zdejmują fartuchy; w mundurach i pasach wyglądają prawie tak, jak dzielny wojak Szwejk. Wręczam Theowi kartkę do mojej matki z całą masą poleceń. Wraca z wiadomością, że dom jest mocno uszkodzony i że nie ma w nim od strychu do piwnic ani jednego człowieka. Greta jest również bardzo rozczarowana wynikiem tej wycieczki, podjętej z całą życzliwością, zwłaszcza że niepokoi się o dziecko. Ale w ciągu rozmowy dowiadujemy się, że Theo i Franz nie wpadli na pomysł zajrzenia do piwnicy.
Hase, który również pochodzi z Wrocławia, zwalnia się, aby zajrzeć do domu. Wraca bardzo zmartwiony. Pocisk wybił dziurę w murze, w sypialni ustawiono karabin maszynowy, dom jego zamieniono w punkt obronny. Jakiś oficer volkssturmu wyrzucił go z mieszkania.
- W mieszkaniu moim wygląda, jakby w nim mieszkali wariaci - opowiada i dodaje, że spodziewał się po żołnierzach Wehrmachtu bardziej przyzwoitego zachowania. Jego żona dopiero zrobi oczy, gdy wróci do domu. On ma w każdym razie tego wszystkiego dość. Emil uśmiecha się szyderczo z ukrytą satysfakcją.
Hase jest pomysłowy, jeśli chodzi o zgłaszanie zapotrzebowania na dalsze siły pomocnicze. Ci, którzy nie należą do naszej grupy, zmieniają się często. Pozostaje tylko jakiś stary człowiek z synem. Trzymają się na uboczu i coś tam miedzy sobą szepczą. Po kilku dniach siedzi Merckert, tak nazywa sie stary, sam na swoim miejscu. Na głowie ma wysoką czapkę karakułową, którą zwykle nosił syn. Jego twarz ma jakiś nowy wyraz. Wydaje sie, jakby zamarła w paroksyzmie strachu. Syn jego, opowiada Merckert, z uprzejmości reperował rodzinom wojskowym radia, robił to przeważnie po godzinach pracy. Słuchali razem stacji zagranicznych chcąc wypróbować aparaty. Wiemy dobrze, jak się takie rzeczy w istocie odbywają, i możemy zrozumieć, że stary jeszcze i tutaj obawia się zdrady. Syn jego został rozstrzelany.
Oprócz nas i starego Merckerta do grupy obieraczy kartofli należą przeważnie obcokrajowcy podlegający przymusowi pracy. Francuzi i robotnicy ze Wschodu są zawsze podejrzanym elementem, twierdza jest dla nich niebezpiecznym terenem. Roger i Robert, dwaj młodzi chłopcy z południowej Francji, o eleganckich manierach, nie biorą sobie do serca aresztowania. - Przez cały czas byliśmy przecież więźniami - powiadają. Usiłowali opuścić miasto z bagażem, na który składał się karton tytoniu, i przez front zachodni chcieli przebić się do swego kraju. - Zamieniliśmy wszystko, cośmy posiadali, na tytoń, nawet zegarki i spinki do mankietów. Za tytoń zawsze po drodze można dostać coś do zjedzenia. - Wyruszyli za późno. W tłumie uciekinierów pozostaliby nie zauważeni, przecież tysiące zmobilizowanych do volkssturmu zgubiło się w tłumie. Ale tymczasem ustanowiono patrole kontrolne na krańcach miasta i obydwaj zostali aresztowani. Z całą pewnością czeka ich kara więzienia.
Przez dwa dni sześć młodych dziewcząt dłubie nożami w kartoflach. Obrzucają się łupinami, piszczą i mówią bez związku, nieustannie poprawiają fryzury i atakują oczami Francuzów. Matki ich zostały ewakuowane, one natomiast pozostały razem w mieście. Jedna z nich wyłamała drzwi opuszczonego eleganckiego mieszkania. Zamieszkały tam w szóstkę, zapraszały żołnierzy, piły wino, tańczyły przy dźwiękach muzyki radiowej i urządzały zabawy.
Hase szybko usuwa je ze swego królestwa. - Przeklęte dziewki - powiada - nauczyły się tego w Krakowie. Tam te “blitzmädchen” były bóstwami.
W miejsce “blitzmädchen”, byłych pomocnic armii hitlerowskiej, zjawiają się polskie kobiety, które są wyjątkowo małomówne. W obszernych sięgających do pasa chustkach z frędzlami, nasuniętych głęboko na czoło, w długich i sutych spódnicach, robią prawie uroczyste wrażenie. Są bardzo pilne. Hase jest zadowolony. Potrzebna mu jest kobieta w kuchni. Jemu i jego ludziom nie smakuje już jedzenie z kotłów, a budyniem z kaszki zdobyłam sobie jego względy. Od pierwszego już tygodnia staję się dla niego niezbędna, bo rozwijam wszystkie swe talenty kucharskie. Załoga kuchenna czuje obecność kobiety i bardzo jej to odpowiada. Rudolf, wiedeńczyk, chętnie jada sałatę z kartofli, Hase - ostro przyprawioną pieczeń, Emil przepada za drobnymi smakołykami, Theo lubi mnie, a Franz robi to, co robi Theo. Adolf, którego nikt nie chce słuchać, opowiada saksońskim narzeczem długie historie, które wydarzyły się podczas jego pracy w toalecie, i wydaje się, że nawet o to tak zwane “ciche miejsce” uderzają fale cierpień i radości ludzkich.
85
Cała szóstka to dobroduszni ludzie, starają się nam pomóc w przetrwaniu okresu niepewności i niepokoju, który przeżywamy w więzieniu. Hasemu obiera palec i zaczyna przesadzać: żąda, aby go obsługiwano i rozpieszczano. Muszę go myć, bandażować, karmić i nawet czytać mu gazetę. W ten sposób dowiadujemy się, że dziewiątego lutego zamknął się pierścień, którym wojska sowieckie otoczyły twierdzę.
Wszyscy, nawet Emil, są głęboko wstrząśnięci. Każdą pracę wykonujemy dzisiaj pośpiesznie i w milczeniu. Mężczyźni w mundurach żyją w pełnym napięcia wyczekiwaniu czegoś strasznego. Jest to jakby lęk przed burzą, jakby przewlekająca się chwila między błyskawicą a uderzeniem pioruna. Gdy wchodzę do izby, w której obieramy kartofle, aby zastanowić się z moimi towarzyszami niedoli nad “aferą Heisiga”, głos Hasego rozbrzmiewa pod sklepieniami piwnicy pełnym wyrzutu wołaniem: - Mario!
Po kilku dniach ucisk jakby zelżał. Praca idzie normalnym biegiem.
Najmilsza chwila dnia podczas pracy w kuchni to moment wyjmowania z kotłów wielkich kawałów wygotowanego mięsa. Wówczas wszyscy stają przy stolach i krają mięso w kostki. Theo przysuwa mi kawał chleba, Franz solniczkę. Emil mówi przez zęby: - Nie dajcie się złapać. - Patrzy przy tym trwożliwie i znacząco na drzwi, z których prowadzą schody na dziedziniec więzienny. - Niektórzy z tego bractwa są zabawni.
“Bractwo” to dyżurni policjanci, którzy rano przychodzą z dzbankiem po kawę, to tych czterystu pięćdziesięciu, którzy w południe ustawiają się w ogonku po jedzenie, to ci, którzy przy każdej sposobności wpadają bodaj na chwilę do kuchni, to dwaj intendenci, którzy mają nadzór nad chlebem oraz nad “suchym prowiantem” i uzbrojeni w noże i wagi rozdzielają w specjalnych pomieszczeniach piwnicznych racje żywnościowe, to wreszcie żołnierze, którzy przybywają z pobliskiego frontu i w drodze do koszar wstępują na chwilę do Hasego, aby przed powtórnym udaniem się na front odpocząć choć pół godzinki w miejscu, w którym nikt nie będzie ich podejrzewał o dezercję.
Gdy Hase staje przed tymi nie ogolonymi, zmęczonymi i mrukliwymi ludźmi, twarz jego nie zdradza odwagi. Obraca w zębach ogarek cygara i chciałby wreszcie dowiedzieć się czegoś pomyślnego. - No, chłopcy, wnet będzie koniec. Wyrzucimy ruska i będziemy mieli spokój - albo: - W tej chwili to wszystko niewesoło wygląda, prawda? Ale czekajcie tylko, Adolf i tak będzie się śmiał ostatni.
Ale gdy stawia konkretne pytania, zmęczeni i milczący ludzie wpadają w gniew. - Wszystko gówna warte - odpowiadają - daj nam święty spokój. - Po zaspokojeniu głodu chwytają puszki z maskami gazowymi i płachty brezentu o ochronnej barwie, zrezygnowanym i uległym ruchem zarzucają karabin na pochylone plecy i oddalają się ciężkim krokiem.
Aż im się w głowie kręci z entuzjazmu - powiada Emil - i w złośliwym uśmiechu wyszczerza fałszywe zęby tak szeroko, że można je policzyć od ucha do ucha.
-
Są tylko zmęczeni - mówi Hase. Spróbuj ty pójść na front, to się przekonasz.
-
Ja? - mówi Emil bardzo zdziwiony i oburzony, i palcem wskazującym dotyka swej piersi. - Idź ty, jeszcze zdążysz migiem zdobyć order. Gębą i tak już od dawna na to zasłużyłeś.
Sprzeczają się przez chwilę, ale potem znów wszystko mija.
Życie byłoby więc od biedy znośne. Ale dręczy ciągle myśl o matce, o dzieciach, męczy nieustanny niepokój. Nie wiemy, co nas czeka za godzinę. Nocami siedzi się na brzegu pryczy, podczas gdy na dworze szaleje walka powietrzna, jęczy ziemia od detonacji wybuchających bomb. Już we wczesnych godzinach porannych rozpoczyna się szczekanie i wycie artylerii, której odgłosów nie mogą już teraz osłabić oddzielające nas od świata zewnętrznego grube mury więzienne mieszczącego się w samym środku olbrzymiego kompleksu budynków. Na długich korytarzach ciągną się w nieskończoność cele, a w nich siedzą ludzie zrozpaczeni, przerażeni, z widmem śmierci przed oczami.
Dziesiątego lutego woźny sądowy wywołuje z naszego grona “Wróbelka”. Nadprokurator ją wzywa. Po godzinie wraca rozpromieniona. Postępowanie sądowe zostaje umorzone. Obydwu Bułgarów zwolniono jeszcze przed kilku dniami. Nadprokurator jest czarującym, młodym człowiekiem. Natchnął ją nową nadzieją.
To wprost nie do wiary, że Kessler po prostu przestał zajmować się całą tą sprawą. Następnego dnia nadchodzi z prokuratury zarządzenie: Greta i “Wróbelek” są zwolnione. Nagle podczas pracy dostają przez woźnego sądowego wiadomość, że mogą iść do domu. Szaleją z radości i zapewniają nas, że na pewno i my wkrótce zostaniemy zwolnieni. Potem nagle “Wróbelek” rzuca mi się z płaczem na szyję: - Ach, mateczko, tak bardzo się lękam o ciebie.
Pozostajemy w trójkę, Harry, Anneliese i ja. Jesteśmy bardzo przygnębieni. Staniemy przed sądem. Nadzieja, że proces Heisiga zostanie odłożony i rozpatrzony dopiero wtedy, gdy miasto przestanie być twierdzą, spełzła na niczym.
Po upływie jeszcze dwóch dni wołają nas po południu, w wielkim pośpiechu, do izby wartowników. Stoimy przed barierą bardzo zaniepokojeni. Z przyległego pokoju słychać przy telefonie głos męski, na dźwięk którego serce zamiera na sekundę: Kessler.
Głos mówi: Panie generale i kilkakrotnie: - tak jest. Potem wprowadzają do Kesslera Anneliese. Po dwóch minutach wychodzi z pokoju. Jest zwolniona, może natychmiast zabrać swój płaszcz z piwnicy, w której pracowała, i może odjechać samochodem z Kesslerem. Po trzech dniach urlopu ma znowu stawić się do służby w lazarecie.
Potem wchodzi Harry do Kesslera. On również wychodzi z pokoju z wiadomością, że jest zwolniony. Nie jest oczywiście tak pełen radości jak Anneliese, Kessler bowiem dał mu rozkaz natychmiastowego stawienia się do volkssturmu.
Teraz powinien mnie zawołać. Ale Kessler wychodzi z pokoju, mija mnie, nieczuły na moje pytające spojrzenie. Stoję jeszcze przez chwilę sama w pokoju, potem nie zatrzymana przez nikogo wychodzę na pusty korytarz i powoli schodzę na dziedziniec. Droga, na której tyle mam do przemyślenia, wydaje się bez końca. Gdy otwieram drzwi do kuchni, wszyscy patrzą na mnie z przerażeniem. Wiadomość o naszym zwolnieniu rozniosła się już wszędzie. Moi przyjaciele w kuchni okazują mi ciche, dyskretne współczucie.