Maria Langner "Ostatni bastion"

Nowy dryl

Trzynastego lutego Gestapo przejmuje zarząd więzienia, które dotychczas było uważane za prowizoryczne pomieszczenie dla więźniów. Specjalna służba Gestapo, tzw. SD [przypis: SD Sonderdienst.] ustanawia wartowników i kluczników, organizuje kancelarię z kartotekami i listami. W budynku więziennym panuje niepokojące ożywienie. Zamiast człapania policjantów słychać teraz pośpieszne, sprężyste kroki pewnych siebie ludzi. Więzienie roi się od urzędników i z każdą godziną coraz bardziej nabiera wojskowego drylu.

Na krańcach miasta, okrążonego już od czterech dni, szaleją walki uliczne.

Dwustu więźniów, którzy dotychczas siedzieli na wszystkich piętrach w pojedynczych i wspólnych celach, przenoszą teraz do wielkich cel w piwnicy.

Na dole jest ponuro i duszno. Piwnica jest bardzo głęboka. Małe zakratowane okienka znajdują się tuż pod sufitem i wychodzą na dziedziniec. Szyby są wybite, a otwory zatkane brudnymi kawałkami materaców. Ściany, prawie czarne, przesiąkły zimnem i wilgocią Miski klozetowe w kątach cel są zatkane, zgniły zapach kloaczny sprawia, że oddycha się ze wstrętem. Na podłodze leżą stare, bardzo brudne materace z waty drzewnej, na prycze bowiem nie ma miejsca. W pomieszczeniu o przestrzeni osiemnastu metrów kwadratowych jest nas dwadzieścia kobiet. Deski podłogi wokół klozetu zgniły i rozpadają się, miejsce to nigdy nie wysycha i musi pozostać nie zajęte. Każda z nas dostaje tylko jeden koc. W nocy często otwierają się drzwi i nowoprzybyła potyka się o kobiety leżące tuż przy progu. Nowoprzybyłe są już zwykle po pierwszym przesłuchaniu; poznać to po ich pokiereszowanych twarzach.

Theo zostawił mi latarkę elektryczną, której wąski promyk światła pomaga nowoprzybyłej znaleźć sobie miejsce.

Nikomu nie wolno wychodzić z budynku do pracy; dwie kobiety zanoszą kadzie pełne obranych, pokrajanych w kawałki, umytych kartofli przez dziedziniec do kuchni.

Kobiety przydzielone do obierania kartofli siedzą w przedsionku łazienki dla więźniów. Łazienka jest nieczynna, prawie nie ma w niej wody, tylko cieniutki strumyczek płynie z kranów. W przedsionku stoją długie drewniane ławki. W jednej ścianie znajduje się rozsuwane okienko, które wychodzi do przyległej komory dezynfekcyjnej. W komorze siedzą dwaj scharführerzy. Więźniów nie prowadzi się jednak do kąpieli, nie poddaje się ich dezynfekcji, nie rozdziela się między nich odzieży, wystarczy, że “siedzą”. Każdy z nas ma własną odzież na sobie. Po odejściu wielkiego transportu w styczniu zostawiono w więzieniu tylko gołe mury, urzędnicy więzienni zabrali nawet zapasy odzieży i bielizny. Jest to powodem wielkiego oburzenia obydwu scharführerów, którzy pełnią służbę wartowników i kluczników na przemian z trzema starymi, spensjonowanymi już dozorcami więziennymi. Policjanci, którzy kierowali naszą przeprowadzką do piwnicy wydając dyspozycje głosem nawykłym do rozkazywania, stwierdzili, że wyglądamy w naszej własnej odzieży jak banda Cyganów.

Przydzielanie do pracy nie odbywa się już przypadkowo, lecz według grup i cel. Przy porannym apelu ustanawia się komanda pracy: sprzątanie w celach, obieranie kartofli, porządkowanie izb wartowników.

Całe to życie rozgrywa się w rozległych, biegnących we wszystkich kierunkach korytarzach i celach w piwnicy. Nad nami na parterze znajdują się jeszcze tylko obcokrajowcy i ci, którzy są skazani na śmierć. Wszędzie wiszą kopcące latarnie bunkrowe, gdyż elektryczne światło często zawodzi. Rano i wieczorem żarzą się w celach przez godzinę stare, węglowe żarówki, poza tym stale jest prawie tak ciemno jak w nocy. W dzień uchylamy nieznacznie rożek materaca, który tkwi w oknie w miejscu wybitej szyby, wtedy do celi wpada z podwórza odrobina szarego, zimowego światła. Ale gdy przez cały tydzień wzrok pada niezmiennie na nogi rozstrzelanego angielskiego żołnierza, który leży na dziedzińcu w rozmokłym śniegu tuż przed naszym oknem, nie próbujemy już więcej korzystać z światła dziennego.

Spotkałam go w ostatniej godzinie jego młodego życia, gdy odwrócony twarzą do ściany stał na korytarzu z rękami skrępowanymi na plecach. Miał może dwadzieścia trzy lata, piękną rosłą postać, szlachetny profil i dobrze utrzymane ciemne włosy. Gdy się odwrócił i oczy nasze się spotkały, w jego wzroku malowało się przerażenie, jakby niczego już nie potrafił pojąć. O szóstej godzinie następnego ranka rozległy się na podwórzu strzały rewolwerowe. SD ma swoje własne metody wykonywania egzekucji: strzał w tył głowy. Od tej chwili na dziedzińcu więziennym leży sztywny długi trup w brązowym mundurze. Może tęsknotę do wolności przypłacił życiem? Może uciekł z transportu jeńców. W śmierci tego młodego chłopca kryje się cala tragedia żołnierza, który zostaje wzięty do niewoli.

Ow wyborowy strzelec to oberscharführer Thieme; o tej wczesnej rannej godzinie jest on jeszcze albo już pijany. Po wypełnieniu porannego zadania, po wykonaniu naznaczonej na ten dzień liczby egzekucji, zjada śniadanie, potem dalej chleje wódkę, aż wreszcie zasypia w fotelu - wielkim, klubowym fotelu, Bóg wie komu i gdzie skradzionym.

Thieme jest doskonale obeznany z wszystkimi problemami organizacji gestapowskiego więzienia. Z cel męskich wybiera kalefaktorów, przeważnie nieco ograniczonych, usłużnych chłopców. Stara się, aby wyżywienie było gorsze niż dotąd, ale o to, aby było wydawane punktualnie. Kontroluje kluczników, odbiera więźniom kosztowności i dokumenty, rekwiruje zapasy zamkniętych lokali rzekomo dla wyżywienia więźniów i uprawia nimi handel lub zaprasza gości na przyjęcia. Więźniowie jednak w dalszym ciągu dostają jedzenie z kuchni dla załogi. Kalefaktor Manek opowiada, że teraz gotuje się w kuchni oddzielny kocioł kartofli, Hase musi rozwadniać przeznaczone dla nas resztki gęstych zup. Ten sam Manek znalazł na podwórzu wśród śmieci i gruzów popękany ze starości materac z wełny drzewnej i okrywa nim martwego żołnierza angielskiego.

Manek jest łącznikiem między nami a kuchnią. Hase posyła mi przez niego poufną wiadomość. że robi starania, abym znowu dostała pracę u niego. Nie mam wielkiej nadziei, aby coś z tego wyszło. Tą samą drogą dowiaduję się, że Greta dzwoniła do Hasego. Nasz dom spłonął. Matka przesyła mi pozdrowienia.

96