Słychać już pukanie
Jeżeli osoba cywilna przywłaszczy sobie w twierdzy cokolwiek z rzeczy leżących masowo dokoła, nazywa się to plądrowaniem. Jeżeli ktoś podniesie na ulicy coś, co mu jest nieodzownie potrzebne, a w szóstym roku wojny potrzebne jest prawie wszystko - los jego jest przesądzony.
Oberscharführer Thieme i nowa załoga SD znoszą całe góry skradzionych rzeczy. Wytworne meble, pochodzące z mieszkań ludzi ewakuowanych lub wysiedlonych nakazem SS-manów z całych ulic, stoją w zajmowanej przez obu scharführerów izbie, wyłożonej białymi kaflami. Dawniej była tu sala natrysków, teraz Thieme zamienia ją w skład mebli dla swego przyszłego mieszkania i każe wyścielić ją dywanami. Thieme zamierza pozostać na razie w mieście.
Dokoła poniewierają się damskie suknie i płaszcze, na stole leży porozrzucana biżuteria, codziennie inna. Thieme przywłaszcza sobie wiele rzeczy, które odbiera nowoprzybyłym. Portmonetki, zegarki, pierścienie i karty żywnościowe znikają w jego kieszeniach, puste portfele leżą dokoła, porzucone niedbale, jest mu zupełnie obojętne, że patrzymy na to. Wykonuje swój zawód od lat.
“Pięciu młodocianych przestępców rozstrzelano za plądrowanie” - brzmi pierwsze urzędowe ogłoszenie o wykonanych wyrokach śmierci zamieszczone w gazecie wychodzącej w twierdzy; ilość dokonanych egzekucji będzie zapewne znacznie mniejsza w komunikacie, który dotrze do prasy.
Byli to właśnie ci chłopcy, których widziałam w pierwszym tygodniu podczas rozdawania jedzenia, pięciu wyrostków, z których najstarszy liczył może siedemnaście lat. Włamali się do kajuty opuszczonej barki na Odrze, znaleźli tam tytoń i wino, zabawili się w Ali Babę i czterdziestu rozbójników i z zapasów, widocznie zgromadzonych na barce przez zbiegłego właściciela, urządzili sobie prawdziwą ucztę piratów.
Porucznik policji, małomówny odludek, którego często widywałam w kuchni, przeczytał nam wówczas oficjalny komunikat o dokonanej egzekucji. Potem z oburzeniem wyrżnął pięścią w stół: - Szaleńcy. Z zewnątrz rozlega się już pukanie, a oni nie chcą tego słyszeć.
Tak, słychać już pukanie.
97
Odkąd zamknął się pierścień wokół twierdzy, nikt nie może już wejść ani wyjść, a w mieście gotuje się jak w kotle. Nowoprzybyli opowiadają, że południowe krańce miasta są już zajęte. Na zachodzie Armia Czerwona wciąż posuwa się naprzód, oddziały SS oznajmiają o konieczności ewakuacji ulic i w przeciągu pół godziny ludność musi opuścić domy. I wtedy dla tych, którzy muszą zawsze stać na baczność, rozpoczyna się rozkosz niszczenia. SS-mani wyrzucają z domów to, co w pośpiechu wpada im w ręce. Na ulicach leżą meble, materace, aparaty radiowe i sprzęt kuchenny. Ze sklepów wyciągają bele materiałów. Buduje się barykady. W poprzek ulic leżą wywrócone tramwaje, wokół nich piętrzą się wyrwane z zawiasów drzwi, garnki kuchenne, fortepiany…
Domy stają w płomieniach, ludzie biegną ulicami przepędzani bezlitośnie. Tak przedstawia się sytuacja w tych dzielnicach miasta, które leżą na krańcach wciąż zacieśniającego się pierścienia frontu. Ciągle jeszcze podtrzymuje się wersję, że wszelkie zarządzenia wydawane są tylko jako chwilowe środki zapobiegawcze. Żeby tylko prawda nie wyszła na jaw. W śródmieściu, w północnej oraz północno-wschodniej części miasta piwnice są tak natłoczone ludźmi, że daje to powód do poważnych obaw. Napięcie, lęk, zniechęcenie towarzyszą tym obcym sobie ludziom, których ten sam los przypadkiem zbratał skazując ich na wspólne spędzanie nocy.
Oficerowie SS i ich żołnierze są panami cywilnej ludności, jednak władcą miasta jest już dziś żołnierz radziecki.
Słychać już wyraźne pukanie.
Ale oni nie chcą tego słyszeć. Chleją wódkę, rabują, śpiewają i mordują, ciągle jeszcze mają nadzieję, szepczą i nasłuchują wieści, i czekają, czekają.
Także my, ludzie w lochach więziennych, czekamy i czekamy. My słyszymy pukanie. Wstrzymujemy oddech, aby usłyszeć, czy odgłos strzałów dochodzi z daleka czy z bliska. Żyjemy nadzieją, że skończy się panowanie naszych dręczycieli, oni zaś żyją nadzieją, której spełnienie oznacza dla nas śmierć. Nadejście posiłków dla twierdzy i odparcie wroga dałoby możność odtransportowania stąd więźniów. Zakłady karne, więzienia, obozy koncentracyjne czekają już na nas. Jeśli twierdza padnie, zginiemy lub będziemy wolni.
Thieme codziennie przynosi inne nowiny i opowiada je kalefaktorom albo klucznikom, a ci z kolei opowiadają je kobietom: podobno Sepp Dietrich ze swoją dywizją pancerną SS przerwał otaczający nas pierścień. Jest już w mieście, w przeciągu dwudziestu czterech godzin miasto będzie wolne. Wylądowały rzekomo nowoczesne gigantyczne samoloty, spadochroniarze zaopatrują armię broniącą miasta w cudowną broń, V-2 już działa. W końcu okazuje się, że to amerykańskie armie mają przynieść ocalenie. Zdaniem Thiemego i jego kolegów idą ramię przy ramieniu z hitlerowskimi oddziałami przeciw Armii Radzieckiej i tam, gdzie zetkną się fronty, nastąpi starcie. Wszystko, co Thieme opowiada, jest niemądre i niemożliwe, jest wytworem lęku człowieka, który ugina się pod brzemieniem wielkiej winy, miotany na przemian uczuciem nadziei, przerażenia i pychy. A mimo to nasłuchujemy trwożliwie i zastanawiamy się, czy jest jakakolwiek możliwość przyjścia z pomocą oddziałom zamkniętym w twierdzy.
Nie mając nawet pojęcia o wielkiej strategii można na palcach jednej ręki wyliczyć, że nie ma żadnej możliwości odsieczy.
Niemieckie fronty, utworzone kotły i twierdza są dziś tylko dziełem przypadku, powstają w chaotycznym zamieszaniu i bez żadnego planu. Niemiecki führer chętnie co prawda daje się fotografować i filmować w pozie wodza studiującego mapy sztabu generalnego, ale wyniki jego głębokiej wiedzy w dziedzinie strategii można ująć jednym słowem, które dziś stało się już symbolem: Stalingrad.
Wieczorami siedzi Thieme z kolegami w wartowni piwnicznej. Thieme gra na harmonijce, a śpiew pijanych głosów dociera przez ściany i drzwi: “…wnet powiewać będą proporce hitlerowskie nad barykadami, niewola potrwa tylko krótki czas”.
Dawny tekst zmienionej od lat pieśni “Horst-Wessel” rozbrzmiewa przy akompaniamencie rozrywających się ciężkich pocisków artyleryjskich. “On”, którego się tak boją, puka i puka, a oni tego nie słyszą.