Sonderdienst
Nowa załoga wartownicza więzienia składa się z szefa i zgranej z sobą grupy mężczyzn. Przybyli z Krakowa, ewakuowani do twierdzy, która stała się przystanią dla oddziałów wojsk policji, urzędników administracyjnych, komisarzy wschodnich i kierowników partyjnych. Ludzie z SD zostali początkowo wcieleni do walczących oddziałów SS, ale jeden z nich, Thieme, jest wyjątkowo pomysłowy i okazuje się, że jego kombinacje były słuszne: - Przecież musi być tu jakieś więzienie, gdzie przydaliby się zdolni ludzie.
Nie tylko się przydali, ale spadli jakby z nieba, zesłani przez boga. Oczywiście nie tego dobrego i sprawiedliwego Boga, przed którego obliczem wszyscy ludzie są równi, ale przez boga Gestapo, który stworzył z żelaza potęgę, wcisnął swoim ludziom w rękę szablę, miecz i dzidę i sprawił, że wolna ich mowa tchnie gniewem.
Lata okupacji Polski Thieme i jego przyjaciele spędzili w krakowskim więzieniu, w którym przebywało kilka tysięcy ludzi. Oddział żydowski był ich rewirem służbowym. Widzieli, jak umierało wiele ludzi, i wielu sami posłali na śmierć.
Thieme w dziwny i niezwykły sposób trzyma ręce przed sobą, jak gdyby przykleiło się do nich coś lepkiego i brudnego i jakby właśnie miał zamiar zabrać się do ich umycia. Mimo woli nasuwa się przypuszczenie, że Thieme czuje wstręt do własnych rąk, ale przy bliższym poznaniu okazuje się, że to tylko przyzwyczajenie, którego nie może się już wyzbyć. Pochodzi to pewnie z czasów, kiedy wykonywał pierwsze egzekucje.
Oberscharführer Thieme i jego kolega Hüsgen uważają swój pobyt w tym miejscu tylko za etap przejściowy. Chcą na wiosnę wrócić do Generalnej Guberni - GG, jak mówią krótko - chcą wrócić do Krakowa. Hase ze swoimi ludźmi przybył też z Krakowa. Opowiadali, w jakich warunkach odbywała się ich ucieczka stamtąd. Wyruszyli za późno i w popłochu brnęli przez wodę, czołgali się, zgubili swoje rzeczy, goniono ich i ostrzeliwano, przez wiele kilometrów pędzili jak nieprzytomni. Kilku z nich zostało w drodze.
Hüsgen, SS-man, ma podobne wspomnienia, związane z ewakuacją Krakowa, ale jednocześnie przepojony jest myślą o zemście, nadzieją powrotu i zwycięstwa. Hase i jego ludzie żałują najbardziej straconych ton mięsa peklowanego, beczek masła, wełnianych skarpet i kamizelek futrzanych, które musieli zostawić. Żal im wszystkich tych rzeczy, które przygotowali na następny urlop, aby sprawić radosną niespodziankę swoim żonom i dzieciom.
100
Odkąd przeniesiono nas z cel górnego piętra do piwnic, myślę prawie z tęsknotą o małej szarej celi, tęsknię za ohydną norą numer trzydzieści jeden, za pryczą i tym skrawkiem nieba, które zaglądało przez okratowane okienko w ścianie.
To tak jakby się z biedy spadło na samo dno nieszczęścia. Słowo “podziemny” nasuwa myśl o piekle, stwarza poczucie czegoś nierealnego. I człowiek, stojący niemal na granicy rzeczywistości i obcy już samemu sobie, pyta: - Czy żyję jeszcze, czy to, co jest teraz, to już piekło, bytowanie pośmiertne pod powierzchnią rzeczywistości i życia?
Wąskie, pełne zakamarków korytarze piwnicy w czerwonym ponurym świetle wiszących lamp, tłoczna ciasnota celi, liczne obce twarze niecodziennych ludzi, upiornie malownicza a zarazem naga prawda niedoli, brud, ustawiczny lęk, całe to zakulisowe życie gestapowskiej piwnicy jest jakby jakimś straszliwym bytowaniem “z dala od życia”.
Dwustu ludzi siedzi tu na dole, jak dwieście parszywych pochwyconych psów; leżą w piwnicy na słomie, jedzą z blaszanych misek i gdy Gestapo zamyka ich akty, przewracają się jak trafione celnie tarcze na strzelnicy.
A ludzie z SD poruszają się z zupełną swobodą w tym świecie, z którym zżyli się od lat.
Z czujnością, którą każdy więzień tak szybko sobie przyswaja, staramy się podpatrzyć wszystkie ich słabostki, oceniając je według stopnia, w jaki nam mogą pomóc lub zaszkodzić, i dzielimy się spostrzeżeniami między sobą.
Więzień może zdobyć duże doświadczenie i nauczyć się obserwowania. Oko przyzwyczaja się patrzeć wszędzie. Ucho nie przepuszcza żadnego dźwięku bez kontroli. Porozumiewamy się w przejściu streszczając w trzech słowach to, na co normalnie potrzeba dziesięciominutowej rozmowy. Człowiek staje się pomysłowy jak złodziej i kombinuje jak detektyw. Oddziały mężczyzn, którzy przynoszą wodę ze studni na ulicy, muszą przechodzić przez izbę, w której kobiety obierają kartofle. To daje okazję do wymiany kilku słów wypowiadanych szeptem. Kobiety zanoszą wielkie kadzie z obranymi i krajanymi kartoflami przez podwórze do kuchni i za każdym razem wracają z jakimiś wiadomościami: mrożone jarzyny już się skończyły, żołnierze dostają już tylko osiemdziesiąt gramów zamiast dwustu, otrzymywanych początkowo. Spalił się wielki dom towarowy Wertheima, położony w pobliżu prezydium policji, bomba upadla na gmach Gestapo i biura zostały przeniesione do piwnicy, na placu Hindenburga są już wojska radzieckie, cała południowa część miasta jest zajęta. W budynku więziennym lub w mieście nie może się zdarzyć nic, o czym nie dowiedzielibyśmy się my, byli ludzie, żyjący w głębokich lochach. W krótkim czasie poznajemy nazwiska wszystkich żołnierzy SD i wszystko o nich wiemy.
Elegancki jasnowłosy mężczyzna, który od czasu do czasu, wyperfumowany, elastycznym krokiem przebiega korytarze - to sturmbannführer Jaross, szef. Czasami otwiera na moment drzwi jakiejś celi i zagląda do niej, zawsze jednak szybko cofa głowę, aby nie owionęło go powietrze, które się z niej wydobywa.
Jaross jest bardzo powściągliwy. Nigdy nie krzyczy ani nie wymyśla. Nie interesują go więźniowie, raczej czuje do nich obrzydzenie i nic się nie zmienia na lepsze w naszym położeniu. Jaross wie, że jesteśmy wydani Thiememu. Thieme ma prawo męczyć nas, szydzić z nas, torturować, okradać i zabijać.
Oberscharführer Thieme to nasz żywiciel, dozorca i kat. Jest to wątły, nieco zezowaty człowiek o brzydkich nerwowych rysach i wyjątkowo pospolitym, ba, nawet prostackim wyrazie twarzy. Jest stale pijany, czapkę ma wytartą, kołnierz munduru brudny, a palce żółte od nikotyny. Thieme uwielbia głowy o czarnych lokach i od czasu do czasu miewa sukcesy. Między nami są i prostytutki, które ukrywały zrabowane i skradzione mienie.
Thieme przeważnie asystuje przy sporządzaniu protokołów przyjęć, które teraz odbywają się w wartowni naszej piwnicy, zamiast w budynku Gestapo. Wali wtedy aresztowanych kijem golfowym, który zawsze ma pod ręką. W ten sposób przesłuchania odbywają się w znacznie szybszym tempie, a ludzie w lot pojmują, że szeptana propaganda na temat Gestapo nie jest tylko bajką.
Niemniej i tu, wśród aresztowanych, można również znaleźć narodowych socjalistów.
Teraz, kiedy więźniowie żyją w wielkich gromadach, łatwo ich można obserwować i porównywać z sobą. Dzielą się na trzy rodzaje. Do pierwszego należą zdecydowani antyfaszyści, którzy nie mają żadnych złudzeń, jeśli chodzi o Hitlera, wojnę i więzienie z panem Thiemem na czele.
102
Drugi rodzaj to ci, którzy zupełnie nie interesują się polityką, stare kobiety, które narzekały na Hitlera, ponieważ wojny mają już powyżej uszu, prostytutki, plądrownicy i tacy, którzy z głupoty coś powiedzieli lub zrobili. Nie zastanawiają się nad wojną i więzieniem, nad Gestapo czy Thiemem. Dla nich Thieme jest urzędnikiem, który musi wykonywać swój obowiązek.
Trzeci rodzaj to naziści, jeśli nie stuprocentowi, to przynajmniej z nastawieniem prohitlerowskim. Zostali przyłapani na słuchaniu audycji zagranicznych lub na przedwczesnym zniszczeniu legitymacji partyjnych. Mają przeświadczenie swojej winy i wierzą, że aresztowanie ich jest słuszną karą. Dla nich wojna i więzienie to konieczność narodowa, a ich obecna niewygodna sytuacja wywołana została ich własną niezręcznością. Thieme zaś to tylko okoliczność towarzysząca tej sytuacji, człowiek w mundurze, a zatem godna zaufania podpora ich państwa.
Oberscharführer sam zdejmuje maskę i zimny lęk przenika ich do głębi serca.
Ci, którzy uważają, że to wszystko nie jest takie straszne, którzy nie znają jeszcze dokładnie metod tu stosowanych, są świadkami sceny, która wreszcie daje im przerażającą pewność, dokąd się dostali.
Pewnego wieczora, po ostatnim apelu, wszyscy jak zwykle znaleźli się w swoich celach. Grupy wychodzące do pracy opowiadają pozostającym przez cały dzień w celach o swoich przeżyciach. Kobiety siedzą na materacach, rozmawiają ze sobą i wykonują szereg drobnych czynności korzystając z tego, że jeszcze pali się światło. Grzebią w kieszeniach, czeszą się, splatają warkocze, owijają coś w papier i chowają swoje skarby pod materace. Ciągle dzieje się to samo, nawet rozmowy są zawsze te same. Wojna, lotnicy, bomby, twierdza, mężczyźni…
Obok w męskiej celi wybucha kłótnia i szybko przybiera gwałtowne rozmiary. Jedni przekrzykują drugich starając się dowieść swojej racji, krzyki stają się coraz głośniejsze. Milczymy wylęknione, niektóre nawet trochę zawstydzone, poznać to po twarzach. Są więźniowie, którzy nie mogą znieść złego zachowania innych więźniów. Obok wciąż trwają krzyki i zdaje się, że doszło nawet do bójki. Słychać każdy dźwięk. Mury, żelazo i długie korytarze głuchym echem odbijają każdy szmer. Zbliżają się szybkie kroki strażnika.
103
Otwierają się drzwi męskiej celi. Hałas milknie, nastaje kłopotliwe milczenie.
Pada groźne pytanie: - Co się tu dzieje?
Żadna z kobiet nie porusza się. Wszystkie nasłuchują.
Znów rozlegają się podniesione głosy mężczyzn, oskarżające i uniżone jak głosy sztubaków: Jeden z nich zanadto się rozpierał, a przecież mają tak mało miejsca. Gniewne głosy skwapliwie biorą zaatakowanego w obronę, niektórzy usiłują zachować neutralność.
Scharführer Ondrusch, człowiek tępy i brutalny, wyciąga z celi winnego, który zajął parę centymetrów miejsca więcej, i drzwi zatrzaskują się z hukiem.
Z poruszeń za drzwiami można się domyślać, że stoją naprzeciw siebie; więzień oparł się plecami o nasze drzwi. W tej chwili jeden rzuca się na drugiego. Ondrusch prawdopodobnie chwycił więźnia i uderza nim kilkakrotnie o drzwi. Wymyśla mu od podłych ukraińskich psów.
Kobiety wstrzymują oddech, z przerażeniem otwierają oczy, podnoszą ręce i zaciskają pięści - nawet ja też. Ukrainiec się broni.
Ondrusch ryczy, nadbiega Thieme wołając już z daleka - ho! ho! ho! Ondrusch wrzeszczy: - Wyciągnął mi pejcz z buta.
Nieboraku, myślę, za chwilę podniesiesz tę rękę z pejczem, a Thieme cię zastrzeli…
Pada strzał, potem drugi i trzeci, jakieś ciało uderza o podłogę. Thieme nie odezwał się słowem, strzelał tylko.
Potem wynoszą coś ciężkiego, domyślamy się tego z urywanych, wlokących się kroków.
Czech Manek otrzymuje rozkaz zmycia kałuży ciepłej krwi.
- Thieme strzelił prosto w twarz więźnia zupełnie z bliska, twarz była całkiem zmasakrowana - opowiada Manek i wkrótce wie o tym całe więzienie.
Cela numer trzynaście, do której zawleczono umierającego, służy od tej chwili do zakonspirowanych i nagłych egzekucji. Do obowiązków Manka należy potem zmywanie krwi.
Tego wieczoru przyprowadzono do celi trzy młode kobiety; zaledwie pół godziny upłynęło od chwili gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi celi więziennej; a już rozegrała się w korytarzu owa niewidoczna, pełna zgrozy scena. Inga, osiemnastoletnia dziewczyna, drży na całym ciele, pozostałe dwie, nie panując nad sobą, popłakują cicho.
104
Inga pyta: - Czy tu - zawsze tak jest - tak. - Szuka odpowiedniego słowa, lecz nie może go znaleźć.
Później wszystkie trzy opowiadają dzieje swego aresztowania. Tej nocy nikt nie może zmrużyć oka, a nowoprzybyłe pragną się dowiedzieć, czy na podstawie naszych doświadczeń uważamy, że ich sprawa źle stoi. Inga, Herta i Hedel, powołane do Służby Pracy, były zatrudnione w kuchni dywizji frontowej Hitlerjugend. Na górnych piętrach tego samego domu znajduje się magazyn jakiegoś sklepu z bielizną. Drzwi stoją otworem, a dokoła poniewierają się bezpańskie skrzynie i kartony, z których wystaje pognieciona zawartość.
Jeden z chłopców z Hitlerjugend skierował uwagę dziewcząt na magazyn i doradził, aby się zaopatrzyły w potrzebne rzeczy. Po ukończeniu pracy udają się na górę i stają oniemiałe z podziwu. Bielizna, zwoje wstążek, pończochy, koronki, kosztowności nie widziane od lat i nigdy nie posiadane, walają się w nieładzie po podłodze. Przez rozbity dach przeciekają krople topniejącego śniegu, a jutro i to wszystko może paść pastwą płomieni. Dziewczęta bez namysłu napełniają swoje torby.
Na ulicy jest rewizja. W rezultacie zostają odprowadzone na Gestapo, następuje przesłuchanie, spisanie protokołu, a wszystko odbywa się w błyskawicznym tempie. Teraz siedzą wśród nas i nie mogą pojąć, jakiego przestępstwa się dopuściły. Nie chciały zdradzić nazwiska chłopca, który skierował ich uwagę na magazyn, i za to dostały po twarzy.
Thieme był obecny przy przesłuchaniu. Wymachiwał pałką gumową, którą trzymał w ręku, a zawartość toreb, jedwabną bieliznę, przywłaszczył sobie.
Tego wieczoru do późnej nocy rozlegają się fałszywe, przeciągłe tony harmonijki Thiemego, jego blaszany głos i tremolo barytonu Nadreńczyka Hüsgena.
O ile Thieme jest w tym gmachu elementem nieustannego ruchu i niepokoju, o tyle Hüsgen jest symbolem aktów i porządku, regulaminu służbowego, pieczęci i rozkazów. Hüsgen właśnie przeprowadza kontrole cel i apele. Czatuje w ciemnych kątach i zakamarkach, w korytarzach, podsłuchuje rozmowy więźniów, wygrywa jednego przeciw drugiemu i pisze sprawozdania. Prowadzi ewidencję więźniów przybywających i wychodzących z więzienia, odnotowuje więźniów, których zabierają na przesłuchanie do sądu specjalnego lub na rozkaz dowództwa wojskowego do sądu doraźnego, skreśla z swojej listy skazanych na śmierć, po których przychodzi pluton SS-manów w stalowych hełmach z karabinami na ramieniu, i eskortuje ich na ostatniej ich drodze.
Hüsgen jest śpiewakiem, ale nie z Bożej łaski. Jest to piękny SS-man, wysoki blondyn, bezdennie głupi. W jego ziejącej beznadziejną pustką głowie nie ma nic poza wizerunkiem führera. Podobnie jak Thieme nienawidzi cudzoziemców.
Przed jego i Thiemego celą, która służy jednocześnie za biuro, stoi na końcu korytarza piec, z którego przez zamurowane okno piwniczne prowadzi rura ku górze. Na jeden z licznych, małych i wielkich dziedzińców prezydium policji i byłego więzienia śledczego spadła bomba. Dom zatrząsł się cały, ale przywykliśmy już do tego. Ciśnienie powietrza naniosło masę sadzy do biura. Edith Schmidt, śliczna młoda kobieta, i ja nie wiem czemu mam przypisać ten “zaszczyt”, nie jestem bowiem młoda ani ładna zostajemy skierowane do uprzątnięcia biura.
Podczas gdy to robimy, dzwoni telefon:
- Tu więzienie Sicherheitspolizei. Mówi oberscharführer Hüsgen.
… … … … … … … … . .
- Tak, naturalnie, dużo, nawet cale masy.
Mówi to chełpliwie, a potem pyta:
- A kto tam mówi?… Hallo… Hallo…!
Ale nie otrzymuje odpowiedzi. Jeszcze kilka razy woła “hallo”, po czym zmieszany kładzie słuchawkę.
Jesteśmy bardzo zaciekawione. Właśnie nadchodzi Thieme: - Co się stało?
- Ach - mówi ze złością Hüsgen. - Dzwoni jakiś idiota i pyta, czy tu siedzą też polityczni. A potem się nie odzywa.
Thieme i Hüsgen rozwijają swoje teorie na temat telefonujących idiotów. Edith i ja szybko zamieniamy spojrzenia. - Rosjanie - szepczę. Edith przytakuje tylko oczami. - Są już w urzędzie pocztowym numer osiemnaście - odpowiada mi niemal tchnieniem.
Dziesięć minut upłynęło od chwili, gdy na kompleks budynków prezydium policji zrzucono bomby. Tajemniczy rozmówca zostaje rozpoznany.
106
Po Thiemem i Hüsgenie najważniejszymi osobami są Nickel i Ondrusch. Są to ludzie brutalni i pozbawieni wszelkich uczuć, krzykacze i mordercy, żarłoki i opoje. W chwilach wolnych od pracy leżą na łóżkach polowych w wełnianych, szarych koszulach, w spodniach wojskowych i pantoflach domowych i śpią albo wsunąwszy ręce w kieszenie siedzą na krzesłach z nogami wyciągniętymi przed siebie i drzemią. Ondrusch jest właśnie tym oprawcą z pejczem w bucie. Nickel, w chwili gdy więźniowie po napełnieniu swoich misek odwracają się, by wejść do celi, daje im tak silnego kopniaka w tyłek, że całe jedzenie się wylewa. Więźniowie, którzy już o tym wiedzą, uchylają się i szybko przeskakują próg. W ten sposób ratują swoją zupę.
Nickel jest również tym, który pewnego dnia nowoprzybyłemu więźniowi, rannemu w nogę, wyrywa laskę i wściekle wrzeszczy: Wkrótce panowie więźniowie zawieszą sobie u pasa pistolety, a nam każą stawać na baczność! Chłopie, szkoda, że cię nie było w Krakowie! - Kraków to jego ideał, utracony raj.
Widok bezradnego człowieka, z obandażowaną i ujętą w szyny nogą, skaczącego potem z trudem na jednej nodze, wystarcza, aby na całe życie znienawidzić ten system i jego zwolenników.
Nickel jest przystojnym chłopcem o świeżej twarzy i bardzo błękitnych oczach. Początkowo niejedna kobieta snuje o nim marzenia. Gdy go spotykam, często zadaje mi pytanie: - No, jak się pani powodzi? - Za każdym razem zapewniam, że powodzi mi się doskonale, w co niewątpliwie wierzy.
Wnioskując z wielu drobnostek, dostąpiłam tego wątpliwego zaszczytu, iż wyróżniono mnie jako więziennego totumfackiego. Powierzają mi najrozmaitsze prace: Raz wzywają mnie, abym wystukała na maszynie jakąś listę, innym razem Thieme daje mi spodnie do prasowania, to znów każą mi założyć opatrunek jakiemuś mężczyźnie, który ma wrzód na głowie, czasem ceruję skarpetki Nickla, a Thiememu smażę naleśniki. Również Manka, który prócz mnie najdłużej przebywa w więzieniu, wciągają do różnych robót. Jest to zręczny chłopak, czeladnik piekarski, na którego majster zrobił doniesienie, bo wyrażał się pogardliwie o Wehrmachcie. W celi młodsze kobiety nazywają mnie “mateczką”, ale i Czech Manek darzy mnie tym zaszczytnym tytułem. Nie wiem, dlaczego wyróżnili mnie SD-mani, do tej pory nie zgłębiłam jeszcze tej tajemnicy. Może genezy tego należy szukać w kuchni Hasego.
Pewnego dnia Hüsgen dostrzega, że w aktach swoich nie ma dokumentu stwierdzającego moje przybycie do więzienia. Wzywa mnie przez Nickla. Oświadczam mu, że od pierwszego lutego przebywam w więzieniu śledczym. Od tego czasu ponad dwieście osób zasądzono, niektóre wypuszczono na wolność.
Osoby, skazane na karę więzienia krótszą niż pół roku, ze względu na brak miejsca odesłano po pewnym czasie do domu, z zawieszeniem kary.
Hüsgen pragnie wiedzieć, dlaczego moja sprawa utknęła na martwym punkcie. Dziwne, że zawsze zwraca się pod niewłaściwym adresem. Myśli przeskokami, robi fałszywe posunięcia i przegrywa każdą partię.
Po bezowocnym przesłuchaniu Nickel odprowadza mnie z powrotem. Pyta, co w ogóle przeskrobałam. Każe mi usiąść i przyszyć mu guzik, przy czym opowiadam mu o sztabowym lekarzu, który spał w moim pokoju za szafą i rzekomo był dezerterem…
Jeśli spał za szafą - mówił Nickel - na pewno zwiał, a pani grozi rozstrzelanie.
Nickel jest jednym z tych, którzy wprawdzie zatracili moralność, ale przecież muszą posiadać coś jeszcze, jakąś wolę, jakiś impuls. Chciałabym zobaczyć, co tkwi w mózgu takich ludzi. Każdemu, kto nie ma możności zobaczyć, jak zachowuje się on wobec więźniów, mógłby się wydać spokojnym, miłym człowiekiem. Należy do tych, którzy już więźniów wieszali, rozstrzeliwali, katowali i doprowadzali do największej rozpaczy. Chciałabym tylko zgłębić, dlaczego, dlaczego i jak się to wszystko zaczęło. Nie można tak po prostu rozstrzygnąć tego pytania twierdzeniem, że ludzie źli są członkami partii hitlerowskiej, a inni są przyzwoici. Nie można tego problemu wyczerpać słowem “sadyzm”. Przyczyny tego tkwią o wiele głębiej i znacznie trudniej je wykryć.
Nickel sam rozwiązał zagadkę swojej osoby.