Rozkaz to rozkaz
W izbie przeznaczonej do obierania kartofli siedzimy dokoła wielkiej wanny. Raz po raz wpada w wodę kartofel, coraz to z innej strony. Musimy się uporać z sześcioma cetnarami. O szóstej wieczorem robota ma być ukończona, a rano o szóstej zaczyna się to W sąsiednim pokoju siedzi Nickel i stary Reichelt. samo od nowa. Reichelt jest emerytowanym wachmistrzem policji i wraz z Nicklem i Ondruschem pełni służbę klucznika w więzieniu Sicherheitspolizei. Przez rozsuwane okienko dobiega nas rozmowa obu mężczyzn. Reichelt, który ongi był zręcznym katem, opowiada o swych doświadczeniach i przeżyciach z okresu, kiedy ścinanie głów należało do jego zajęć codziennych i kiedy stale podróżował ze śniadaniem i toporem w teczce. O uśmiercaniu ludzi mówi jak o łapaniu komarów.
- Wtenczas prokuratorem był Siewert i mówi ci do mnie: Reichelt, mówi, z tym drabem będzie pan miał robotę. Ale ja z nim prędko zrobiłem koniec, jak się zamachnąłem, to ci głowa odleciała, sam nawet nie wiesz, gdzie.
Z jego monotonnej paplaniny, brutalnych słów, przebija przede wszystkim duma zawodowa, nas jednak to, co słyszymy, napawa zgrozą i obrzydzeniem.
Nickel, kat obecnych czasów, wykazuje wielką znajomość rzeczy i ten sam lodowaty spokój w kwestiach zawodowych co Reichelt. Opowiada o publicznych egzekucjach w Krakowie, o strasznych rzeziach ludzkich, podczas których Polacy i Żydzi musieli się wzajemnie wieszać. Opisuje spokojnie i beznamiętnie takie sceny, że słuchacz pragnie, aby istniał Bóg na niebie i nie dopuścił do tak okrutnego naigrawania się z siebie i swojego tworu, aby płonącymi błyskawicami wypalił i starł w proch wszystko, co okryło hańbą imię Niemiec i wycisnęło na nich piętno zbrodni Kainowej. Obaj kaci poczęli wyliczać w swej beznamiętnej rozmowie, jak reagują straceńcy na rozmaite rodzaje śmierci w razie użycia toporu, stryczka, broni palnej albo trującego gazu. Nickel opowiada, że gaz stosowano w wagonach śmierci, do których, po likwidacji getta w miastach polskich, ładowano żydowskie rodziny. Opowiada obławy, przeprowadzonej w pewną noc zimową, wyciągnęli z łóżka też, jak podczas kobiety z dziećmi, wtłoczyli je do wagonów i wywieźli w otwarte pole. Wszystkie zamarzły.
Reichelt żegna się z Nicklem bez specjalnej uprzejmości, bez serdeczności, tak jak się odchodzi po nudnej rozmowie, nie wzbudzającej specjalnego zainteresowania. Na szybie z wytłaczanego szkła zarysowują się niewyraźnie kontury jego grubego pijackiego brzucha.
109
- Dobranoc - rzuca za nim Nickel; nie bardzo przejęli się tą rozmową.
W nocy leżąc na naszych materacach drżymy ze zgrozy i szeptem mówimy o tym, cośmy słyszały.
-
Myślałam, że Nickel jest względnie porządnym człowiekiem - odzywa się Hilda, która zwykle łatwo przypisuje ludziom złe skłonności. - Ale to w ogóle już nie jest człowiek.
-
Obrzydzenie mnie bierze - mówi Trautl, która dotąd bardzo ubiegała się o względy Nickla - dziś wieczór nie mogę wziąć kęsa do ust. Ach, co za psy!
-
Zdaje się, że jednak prawdą jest to, co opowiadają o SS-manach - wyraża przypuszczenie młoda dziewczyna, jedna z tych, przed którymi należy się mieć na baczności w rozmowach, bo w ich mózgu pozostały ślady wirującej igły gramofonowej narodowo-socjalistycznego wychowania młodzieży.
-
Zdaje się? To jest prawda!
Hilda i Trautl pragną rozwiązać zagadkę, w jaki sposób człowiek może dopuszczać się czynów mrożących krew w żyłach, nic przy tym nie odczuwając. Uśmiechnięty Nickel jest przecież jednym z wielu. A gdyby tak wszyscy razem zawołali “nie!”? Żeby raz jeden można zajrzeć takiemu drabowi do serca marzy Hilda. Przypuszczam, że w jego sercu jest pustka i że pozbawione jest wrażliwości.
Również i następnego ranka myśli moje ciągle jeszcze krążą dookoła opowiadania Nickla.
Stary Reichelt nie jest zagadką. Jest to ograniczony, brutalny człowiek, który niegdyś był czeladnikiem masarskim; jego wrodzona bezwzględność być może już w latach młodzieńczych predystynowała go do zawodu kata. Zamiast zadawać śmiertelne ciosy wołom i świniom, odcinał głowy ludziom, którzy z kolei mieli też krew ludzką na sumieniu, a jeśli w ogóle się nad tym zastanawiał, dochodził do wniosku, że to są ludzie zasądzeni, którzy działali na szkodę ludzkiej społeczności. Katów nie ma wielu. Reichelt należy do wypadków szczególnych, ale Nickel jest jednym z tysięcy. Szybciej, niż się tego spodziewałam, mam sposobność zapytać Nickla o wyjaśnienie.
Kolumna pracujących kobiet wczesnym rankiem wychodzi z celi. Trzeba wytrzeć korytarze piwniczne, gdyż odłamki pocisków baterii przeciwlotniczej rozbiły szklany dach nad klatką schodową i na skutek deszczu i topniejącego śniegu utworzyły się przed głównym wejściem pod schodami kałuże, głębokie na kilka centymetrów, Hilda i Trautl z kilkoma innymi kobietami piorą bieliznę. Obieraczki kartofli siedzą znów na drewnianych ławkach dokoła wanny. Dwie kobiety są potrzebne do kuchni. Hase robi interesy z Thiemem i za wódkę otrzymuje siły robocze.
Mnie przeznacza Nickel do sprzątania izby, w której mieszka z Ondruschem. Ondrusch miał nocną służbę. Teraz leży na swoim łóżku polowym i chrapie. Nickel dłubie scyzorykiem w swojej fajce jak pierwszy lepszy, spokojny człowiek. Siedzi na łóżku. Wełniana koszula, spodnie, szare skarpetki, domowe pantofle pozbawiają go wyrazu władzy - którą uosabia teraz wiszący na ścianie mundur z odznaczeniami i orderami.
- Gdy pani skończy robotę - mówi Nickel - wyprasuje mi pani garnitur. Powie pani Thiememu, że ja panią posłałem.
Jedną nogą wyławia spod łóżka plecak. Nie okazując żadnego zdziwienia wyjmuję cywilne ubranie. Tego nie przywiózł sobie Nickel z Krakowa, myślę. Także plecak jest nowym nabytkiem i jak się zdaje “środkiem zabezpieczającym” tak samo jak cywilne ubranie, czerwony krawat i para sznurowanych bucików.
Stoję pod lampą, obracam ubranie na wszystkie strony i zastanawiam się, jak wszcząć rozmowę, która by od ubrania przeszła do wieszania ludzi. - Ładne ubranie - mówię - należało powiesić je w szafie. - Nie wiem już, co mówić dalej, ale Nickel sam bezwiednie mi pomaga. Wybucha śmiechem. Słowo “wieszać” wywołuje w nim skojarzenie myśli, wspomnienie, które wypowiada słowami: - Wieszamy tylko Żydów. - Śmieję się trochę nieszczerze, ale Nickel tego nie dostrzega, dumny, że udał mu się dowcip.
-
Panie Nickel - mówię, przy czym usiłuję zachować wyraz niewinnej ciekawości, jest to pewnego rodzaju dyplomacja, której nauczyłam się w więzieniu. - Przecież wieszanie musi być wstrętne; na pewno łatwo panu nie przychodzi robić coś takiego. Wyobrażam sobie, że to musi być potworne.
-
Potworne? - pyta Nickel i uważnie dłubie scyzorykiem w fajce. - Dlaczego?
Widzi pani - ciągnie dalej - znam panią już kawał czasu i nic złego pani nie robię. Ale gdyby mi rozkazano przegryźć pani gardło, bez namysłu przegryzłbym pani gardło. Rozkaz to rozkaz!
111
Taki jest Nickel od wewnątrz. Siedzi tu, uśmiecha się przyjaźnie, a uśmiech ten jest okropniejszy niż pejcz Ondruscha wystający z buta.
-
Przegryzłby pan mi gardło? - Gestem obronnym bezwiednie podnoszę rękę do szyi chroniąc ją przed jego wzrokiem i obnażonymi białymi zębami.
-
Tak!… jeśli otrzymam taki rozkaz.
Rzuca fajkę na głowę pogrążonego we śnie Ondruscha. Ondrusch zrywa się wściekły i wrzeszczy: - Pieronie! Ty ścierwo! Zwariowałeś?
Kłócą się ze śmiechem i wymyślają sobie ordynarnymi słowami od rozmaitych zwierząt, ma to być wyraz przyjaźni, która łączy towarzyszy broni spod szubienicy. Ondrusch siedzi na brzegu łóżka w spodniach i koszuli jak Nickel. Jego rzadkie, jasne włosy są zmierzwione, znad grubego, krzywego nosa patrzą na mnie jego małe, pozbawione wyrazu oczy. Gdyby otrzymał rozkaz, myślę, że nurzałby się we krwi.
Podobnie jak w gabinecie Kesslera ogarnia mnie uczucie, że wtargnęłam do jednej z tajemnych komór rządu Trzeciej Rzeszy. Doznaję wrażenia, jakby tam za kratami leżał nieświadomy niczego świat, pogrążony w stanie jakiegoś zamroczenia i snu, a to zamknięte, oświetlone miejsce, położone głęboko w piwnicy, jest jego ukrytą osią. Przez chwilę wydaje mi się, że wszystko, co żyje, zostało wydane bezapelacyjnie na pastwę zbrodni, żądzy krwi, że to już jest niemal kres wytrzymałości, zanik wszelkiej nadziei.
Światło kilkakrotnie zamigotało i zgasło. Nickel i Ondrusch wyskakują na korytarz, wybiegam za nimi, niemal w tej samej chwili rozlega się szum głośno warczących motorów, szaleńczym rytmem gra broń pokładowa, a moja bolesna tęsknota za wolnością zmienia się w pewność: godzina wyzwolenia już nadeszła, brak tylko uderzenia zegara, ale każdej sekundy zegar może wybić tę godzinę, każda chwila nas do tego zbliża.
Także tacy Kesslerowie, Thiemowie, Nicklowie i Ondruschowie, ślepi wykonawcy coraz to innego rozkazu, na których spoczywa klątwa zbrodni, przeżywają punkt zwrotny wydarzeń. Nie ma dla nich ratunku, a gdy wybije godzina, ich może wyzwolić tylko dobrowolna śmierć. Ale i ona oznacza spełnienie wyroku.
112