Maria Langner "Ostatni bastion"

Poczta szeptana i spotkanie z brytfanną

Przez Manka otrzymałam od Hasego polecenie, abym dziś razem z kobietami przyniosła kartofle do kuchni. Codziennie o godzinie dziewiątej dwie kobiety odbywają drogę przez mały dziedziniec i zanoszą do kuchni ciężkie kubły, zawieszone na nosidle. Od nich waśnie dowiaduję się wszystkich nowin z kuchni. Hase ma przyjaciółkę, jest to jedna ze sprzątaczek w prezydium policji. Nieustannie przebywa w kuchni. Od chwili gdy Saksończyka Adolfa wysłano na front, wszystkie klozety są definitywnie i beznadziejnie zatkane. Franz poklepał Trautl po tyłku i obdarował ją papierosami. Emil flirtuje z młodymi dziewczętami, zdaje się, że tylko jeden Theo z wyciągniętym palcem wskazującym pozostał mi wierny. Wiedeńczyk Rudolf popadł znów w czarną melancholię i w ogóle nie zwraca uwagi na więźniów.

Polecenie Hasego, które otrzymałam przez Manka, można zrealizować tylko po pokonaniu wielu trudności. Co prawda stoję na czele “komanda obieraczek kartofli”, a funkcja moja polega na ocenie ilości wykonanej pracy, czystości i punktualności dostawy; muszę dbać o to, aby nie pozbawiono nas jedzenia ani nie pogorszono naszych racji żywnościowych, nie chcę tego mieć na sumieniu. Jednakże noszenie kadzi jest dla mnie zbyt uciążliwe, a nie mogę asystować kobietom, jakbym uważała się za coś ważnego, bo to zakłóciłoby nasze wzajemne przyjazne stosunki.

Paula, wierna i zaradna dziewczyna, znajduje radę. W największym pośpiechu skrobiemy marchew, której Hase rzekomo potrzebuje na jakieś niezwykle cele, taką wymówkę mamy w pogotowiu. Gdy Nickel otwiera drzwi wejściowe z podwórza, przyłączam się do kobiet z wielką emaliowaną miską.

Hase promienieje, Emil pragnie wiedzieć, kiedy wreszcie skończy się ten “teatr”, radzę mu więc zwrócić się do komendantury twierdzy. Z miną tajemniczą i zatroskaną oświadcza, że twierdza ma już trzeciego komendanta. Theo stoi przede mną z opuszczonymi ramionami i uśmiecha się radośnie i głupkowato. Franz jest zawstydzony, gdy go nazywam starym flirciarzem, a Rudolf, ten obrzydliwiec, obdarza mnie paczką dropsów. Potem opowiadają mi, że Adolf wyruszył na front jako najmłodszy z nich. Jestem do głębi wzruszona zaszczytem, który na mnie spada, zaliczają mnie mianowicie do swoich. Nazywam ich moimi kochanymi staruszkami, a oni uśmiechają się z zadowoleniem. Potem Hase zdradza swój wielki plan. Zamierza zaprosić załogę z drugiego budynku na ucztę z placków kartoflanych i mnie polecił jako specjalistkę w zakresie sporządzania tego przysmaku. - Jeśli już raz będziesz tutaj, wszystko inne jakoś się ułoży - mówi. - Jesteś nam potrzebna, w kuchni musi być kobieta. - Paula pragnie też tu zostać, a Hase pozostawia mnie wybór. On zażąda dwóch kobiet. Przepisy zabraniają wychodzić komukolwiek do pracy z budynku więziennego, ale nie są one tak ściśle przestrzegane, gdy chodzi o wymianę wina i papierosów na siły robocze. Tak czy owak, u mężczyzn nie można by tego przeprowadzić.

Hase chwali pomysł z miską marchwi, a Paula, śmiejąc się z zażenowaniem jak podlotek, bierze mnie pod rękę, bo uważa, że jako osobę pomysłową powinnam wziąć ją w rachubę przy wyborze kobiet.

Potem musimy wracać do celi.

Po chwili przychodzi Nickel i każe nam obrać pełną wannę wielkich kartofli, których nie należy przecinać. To znak, że wszystko się uda. Dzień mija dziś szybciej, a oczekiwanie pobudza Paulę i mnie do żartów, które wyrywają i inne kobiety z monotonnego przygnębienia. Gruba, ospała blondyna, Hannchen, kieruje ostrze swego dowcipu na świeżo przybyłego SS-scharführera Fryca. Ten mruczy coś pod nosem bawarskim dialektem, dla nas zupełnie niezrozumiałym, i zdaje się jest niezłym chłopcem. Fryc otwiera drzwi, gdyż słyszał nasz śmiech. To bardzo rzadki dźwięk w tym gmachu. Hannchen spogląda na niego wyzywająco, z drwiącym uśmiechem: - O co chodzi? Proszą mnie do telefonu? - Fryc bełkocze i syczy coś niezrozumiałego, do nas dolatują tylko jakieś nieartykułowane dźwięki. Może są to słowa pocieszenia, może przekleństwa. - Panie, jeśli urządzą tu kurs języka chińskiego, zapiszę się - mówi Hannchen znudzona. Fryc zatrzaskuje drzwi.

Sposób, w jaki Hannchen coś robi lub mówi, ratuje niejedną sytuację i często wyzwala nas z brzemienia nieustannego smutku. Nie można z niej wydobyć, dlaczego jest w więzieniu. Nie chce nam również wyjawić, jaki wymiar kary otrzymała. - Prokurator zabronił mi o tym mówić - oświadcza i ogląda się bojaźliwie, jakby stał za nią i wszystko słyszał, ale w oczach jej migocą ogniki ironii. Następny dzień upływa w napięciu. Dopiero przed wieczorem Hüsgen wchodzi do izby, w której obieramy kartofle. Wszystkie kobiety spoglądają na niego wyczekująco i lękliwie. Przeważnie zjawienie się oberscharführera w celi oznacza przesłuchanie, rozprawę, a niekiedy któraś z nas zostaje wywołana i już nigdy nie wraca. O takiej wywołanej nie można się niczego dowiedzieć i nie wiadomo, czy wróciła do domu, czy poszła na śmierć.

Hüsgen wywołuje mnie, potem mówi: - Jeszcze jedna. - Na taki niepewny los zazwyczaj się nikt nie zgłasza. Tym razem Paula podnosi się odważnie i staje obok mnie. Skinieniem głowy Hüsgen daje nam znak do wyjścia i wysyła nas do drugiego budynku, do Hasego.

Theo i Franz są już zajęci tarciem kartofli, Hase sprawdza jakąś maszynę, jej części są źle złożone. - Poszukaj w skrzyni, tam musi być jeszcze coś, co należy do tej maszyny, nie mogę złożyć tego świństwa - mówi szef kuchni do mnie i wyjaśniając dodaje: - To pochodzi z jakiegoś zbombardowanego lokalu, musimy wreszcie postarać się o trochę naczynia kuchennego. Te psy ogołociły przecież całą kuchnię. - Te “psy” to wachmistrze policyjni, którzy w styczniu wycofali się z więźniami z miasta.

Wyjmuję kolejno naczynia ze skrzyni i ustawiam je na długiej płycie stołu, nagle przecieram oczy i zadaję sobie pytanie, czy nie straciłam rozumu. Trzymam bowiem w ręku moją własną, starą brytfannę.

Przed 21 laty wywędrowała ze mną z rodzicielskiego domu i przez długi czas leżała nie używana przypominając tylko swoim widokiem czasy pokojowe, Boże Narodzenie i beztroskie lata dziecięce. W okresie inflacji i w czasach powojennych brytfanny tej wielkości stały się zbyteczne. W latach powolnego otrząsania się z następstw wojny znów wróciła do łask, weteranka wśród sprzętów kuchennych, niezastąpiona i pełna uroczystej powagi w świąteczne dni roku.

Gdy Hitler przyrzekł armaty zamiast masła, poszła znów w zapomnienie i służyła do przechowywania nieużytecznych przedmiotów, jak korki, połamane noże i różne “cudowne wynalazki”, nabywane u ulicznych sprzedawców, które psuły się natychmiast. Potem, gdy wojna stała się totalna, brytfannę wydobyło z jej zakurzonego bytowania i obudzono z zaklętego snu “Śnieżki”. Pani Griebsch - od niej pochodziła ostatnia butelka wina, które Heisig pił u mnie - jako praktyczna kobieta przestawiła elegancki, wykwintny bar na lokal restauracyjny i poszukiwała rondli i patelni. W tym miejscu zamyka się pierścień. Pani Griebsch uciekła, lokal zamknięto, dom został zbombardowany, cały inwentarz skonfiskowała policja, a brytfanna wpadła ostatecznie w ręce pana Hasego, będącego w poszukiwaniu rondli i wielkiej brytfanny; a teraz zjawia się przede mną, oddaje mi najmilsze ukłony i przypomina, że więzienie Sicherheitspolizei nie jest całym światem… moja poczciwa, stara brytfanna. Ma rację, nie wolno się zasklepiać i ulegać nastrojowi smutku czy radości, na świecie rozgrywają się, o wiele ważniejsze rzeczy.

  • Dlaczego patrzysz tak nieprzytomnie? - pyta Hase. - Czy znalazłaś w skrzyni upiora?

  • Nie, panie Hase, to tylko duch, stary, wierny pies, moja brytfanna z domu!

  • Zostaw to - mówi Paula - w przyszłym tygodniu, gdy wyjdziemy, zabierzesz ją sobie.

  • Czy jesteście zwolnione? - pyta Emil i szeroko otwiera oczy. W odpowiedzi potrząsam smutnie głową, bo to, co się ze mną ma stać, otoczone jest jeszcze mrokiem tajemnicy.

  • Zostaw kobiety w spokoju - wtrąca Rudolf - przyszły tu do pracy, a nie na pogawędkę. - Teraz znam go już dobrze i wiem, iż współczuje nam. Gdy razu pewnego opowiadałam mu o moim synu i jak na niego czekałam w styczniu, miał łzy w oczach, potem wstał, podszedł do kotła i jął krzątać się hałaśliwie przy palenisku.

Paula i ja stoimy przy rozżarzonej płycie kuchennej i na wyścigi smażymy, potrząsamy patelniami, a płaskie, kruche placki same obracają się w powietrzu.

Hase i spryciarz Emil, Theo i Franz, “niemieckie dęby”, i goście siedzą w izdebce Hasego obok kuchni przy wyszorowanym, drewnianym stole. Rudolf pozostał w kuchni. Ma pieczę nad kotłami, kręci się tam i z powrotem pomrukując niechętnie i bez przerwy przenosi coś z miejsca na miejsce.

Poprzez otwarte drzwi widać grubego gospodarza Menzla z kantyny prezydium, wielkiego przyjaciela kobiet, który przeszedł przez kuchnię prowadząc pod ramię - jak królowę - elegancką dziewczynę o czarnych lokach spiętrzonych nad czołem. Widać też Hasego jego ludzi, jak również mordercę Thiemego i Ondruscha - naszego klucznika. Piją wino reńskie z filiżanek i jedzą świeże, gorące placki. Biegamy tam i z powrotem i ciągle od nowa nakładamy placki na talerze.

Thieme jest już pijany, podaje mi swoją filiżankę z winem i zaprasza mnie do tańca. Jak dobrze, że nie mam czarnych loków i że Hase staje w mojej obronie. Thieme rzuca filiżankę o ścianę i oznajmia, że wobec tego położy się spać samotnie, wie, że jest kompletnie zalany i niech Hase wyciągnie wreszcie wódkę. Male pomieszczenie jest pełne ludzi. Bezładne głosy przekrzykują się hałaśliwie, radio rzępoli taneczne melodie, zaduch z papierosów zapiera oddech. Paula i ja zmywamy w kuchni tłuste talerze.

Potem nagle ktoś pchnął drzwi z podwórza i dwie znużone, objuczone postacie wchodzą do kuchni; są to dwaj żołnierze z frontu. Rudolf robi dwa kroki w stronę pokoju Hasego i jedną ręką sięga do drzwi, za którymi pan Menzel tańczy ze swoją przyjaciółką, a siedzący przy stole mężczyźni wznoszą filiżanki w górę z okrzykiem: - Zdrowie! - Drzwi zamykają się z trzaskiem.

  • Co za bezgraniczne świństwo - mówi jeden z żołnierzy, całkiem wytrącony z równowagi.

Rudolf pyta szybko, czego się napiją, kawy czy zupy; radzi, aby zdjęli karabiny i maski gazowe. Przysuwa do stołu drewniane stołki i żołnierze siadają ciężko. - Skąd wracacie? - pyta Paula.

  • Wracamy z pijatyki i hulanki - odpowiada młodszy. Drugi, starszy mężczyzna z siwą szczeciną na wychudłej twarzy, milczy.

  • Święcimy małą uroczystość urodzinową - mówi Rudolf usprawiedliwiając się. Nagle Thieme pchnął drzwi i staje na progu z filiżanką w ręku, wzrok jego pada na żołnierzy.

  • Zdrowie, towarzysze - bełkocze zmęczony.

  • Czego chce ten bałwan? - mówi młody żołnierz do Rudolfa mrużąc oczy.

  • Gestapo! - szepcze cicho Rudolf.

Za Thiemem wchodzi Hase, bierze go pod ramię i wyprowadza na dziedziniec. Po krótkiej chwili wracają. Thieme wyciera grzbietem ręki usta. Ponownie dostrzega żołnierzy i pozdrawia ich: - Heil Hitler, towarzysze!

  • Heil dupa! - mówi starszy otwierając po raz pierwszy usta. Potem obaj zabierają swoje rzeczy i wychodzą w milczeniu. Paula trąca mnie w bok i mruga do mnie okiem. - Kobito, ależ dzisiaj mamy widowisko!

Teraz zjawia się Marta, przyjaciółka Hasego, której mąż jest żołnierzem. Staje obok jego krzesła i tuli się do niego. Hase zerka na mnie, jest zażenowany i bez powodu wrzeszczy na Martę. Potem na chwilę podchodzi do mnie, przystaje przy zlewie i mówi: To dlatego, że przecież mężczyzna od czasu do czasu potrzebuje kobiety. Może jutro wszyscy zginiemy.

Hase jest niezdecydowany, czy pozostać przy miłości ziemskiej, czy platonicznej.

O godzinie dziewiątej oberscharführer Hüsgen otwiera gwałtownie drzwi z podwórza i staje na progu kuchni, patrzy zimno i z nienawiścią na kompletnie pijanego Thiemego, ruchem głowy wskazuje mnie i Pauli schody piwniczne i podąża tuż za nami. - Thieme, to bydlę, znów jest kompletnie zalany - mówi do mnie nie krępując się zupełnie. - A może pani też piła? Wówczas oddam tego hultaja, gdzie należy.

  • Ani kropli - mówi Paula. Ale to nieprawda. Theo wyniósł nam obu filiżankę wina, ponieważ jednak spadł mu popiół z cygara do filiżanki, Paula wypiła wino sama.

Szkoda, nie możemy tego powiedzieć, ale Hüsgen na pewno zrobiłby z tego całą aferę, która w rezultacie pociągnęłaby za sobą zaostrzenie regulaminu dla wszystkich więźniów, a poczciwego, starego Thea naraziłaby na zarzut faworyzowania więźniów.