Gestapo przeciw Schutzpolizei
Od tego dnia znów codziennie o szóstej rano posyłają mnie do kuchni. Przeważnie jedna z kobiet może mi towarzyszyć. Mamy dużo roboty, która trwa nieprzerwanie od wczesnego ranka aż do szóstej wieczór. Głos Hasego znów rozlega się przez cały dzień z coraz to innego kąta: - Mario!
Theo pożycza mi jedną z swoich długich, grubych szarych koszul wojskowych i wreszcie mogę zdjąć i uprać pyjamę, którą od czasu mego aresztowania noszę jako bieliznę dzienną.
Wieczorem zabieram do celi papierosy, tytoń i chleb. Dzięki temu kobiety w celi godzą się z naszą pracą w kuchni. Theo napełnił nawet słoik od marmolady smalcem i pozwala mi zabrać go ze sobą do celi. Ale nie mogę go ukryć w kieszeniach spodni ani - jak Theo - zawstydzony proponuje - “między piersiami”. Wciągamy Emila na naradę. Ten przygotowuje kosz wiklinowy, wkłada weń flaszkę wina i słoik z tłuszczem, i wyjaśnia: - Gdy pani będzie szła z powrotem do celi, proszę wyjąć słoik i postawić go w jakimś ciemnym kącie, przecież tych nie brakuje w naszym krecim labiryncie.
Ondrusch przychodzi po nas o szóstej. Wprawdzie to nie jest konieczne, ale chętnie wchodzi do kuchni i wychyla z Hasem filiżankę rumu lub mocnej wódki.
Teraz jak aktor na scenie zjawia się Emil z koszykiem w ręku. Ostrym tonem mówi: - Tu jest flaszka wina dla pana Thiemego. Niech pani mu ją doręczy, ale koszyk chciałbym na przyszły raz mieć z powrotem! - Zwracając się do Ondruscha mówi: - Słuchaj, kolego, przypilnuj, żeby ta kobieta przyniosła z powrotem koszyk.
Ondrusch na znak zgody przytakuje milcząco, z przymkniętymi oczami. Ma to oznaczać, że on, Ondrusch, pilnuje swoich więźniów i nie jest taki jak pewni panowie, u których panuje bałagan. Z koszykiem w ręku, z strażnikiem u boku, przenoszę słoik z tłuszczem do celi. W drzwiach odwracam się jeszcze raz, aby zobaczyć twarze Thea i Emila i ich radość z udanego podstępu. Emil stoi zmrużywszy jedno oko, drugie patrzy na mnie z śmiertelną powagą.
Theo skrobie się w swoją niemal zupełnie łysą głowę i szczerzy zęby w uśmiechu. W celi każda dostaje chleb ze smalcem, a po zgaszeniu światła kobiety spragnione palenia dostają tytoń do skręcenia papierosa.
- Dziś żyjemy jak odaliski w haremie - mówi Hannchen. Nieco później rozpoczyna się piekielne przedstawienie z udziałem lotników, bomb i bliskiego frontu, a odaliski przeobrażają się znów w bardzo biedne i bardzo nieszczęśliwe male więźniarki, które ze strachu włażą pod koce.
Dziś Ruth i Gisela opuszczają wielką kobiecą celę. W ostatnim czasie Gisela bardzo przycichła, wie, że jej André jest jeszcze w gmachu, ale nie ma już możności zobaczenia go, bo Francuzów umieszczono o piętro wyżej. Dziś obie miały rozprawę w sądzie i, jak słyszałam od Thiemego, zostały skazane na dwa lata więzienia. Podobno umieszczono je w oddzielnych celach, położonych w tylnym korytarzu. Na ich miejsce przyprowadzono do celi numer osiem dwie nowe kobiety. Jedna to złodziejka walizek, która w ciągu krótkiego czasu przeniosła do swego mieszkania dwadzieścia cztery walizki. Jest to młoda żona wojskowego, która prawdopodobnie żyje w dobrych warunkach materialnych, a okres wojny spędziła dość wesoło. Druga to prosta, starsza kobieta, która przyniosła sobie z ulicy kanapę. Mówi, że dwaj mężczyźni z volkssturmu pomagali jej znieść kanapę do piwnicy. Młoda kobieta szybko aklimatyzuje się w celi. Stara jeszcze nie zdaje sobie sprawy, gdzie się znajduje, lamentuje, bo zgubiła guzik od palta i musi spać na podłodze.
Ilekroć do celi przybywa jakaś nowa, przeważnie toczą się żywe rozmowy. Na ogół więźniarki dziwią się albo są oburzone, że wpadły właśnie w ręce tego nieokrzesanego łotra, który je przesłuchiwał, i uważają to za jakiś szczególny pech. Nie zdają sobie jeszcze sprawy, że rezultat ich przesłuchania jest wpisany do protokołu i stanowi podstawę rozprawy sądowej, a ten nieokrzesany łotr jest jednym z dwunastu referentów Gestapo, którzy postępują według ustalonego schematu. Sąd ma dzięki temu ułatwioną pracę, a ponieważ w większości wypadków rezygnuje ze świadków, najcięższe przewinienia mieszkańców tej twierdzy osądza w przeciągu dziesięciu minut.
Podczas gdy oskarżony, bezradny znękany, usiłuje naświetlić swoją sprawę, odtworzyć stan faktyczny, który został pozbawiony wszelkich istotnych podstaw, musi stwierdzić, że z całej masy wydarzeń i motywów wyłowiono i zręcznie powiązano czerwoną niteczką momenty zupełnie uboczne i najmniej istotne. Całe jego życie i warunki ekonomiczne uwzględniono tylko o tyle, o ile można było z nich wysnuć jakieś wnioski o jego antypaństwowym lub asocjalnym nastawieniu Już sam protokół zawiera niewątpliwy dowód jego winy.
W ostatnich czasach miałyśmy często okazję przysłuchiwać się badaniu i sporządzaniu protokołów, o ile odbywały się w izbie Nickla za rozsuwanym oknem. Dawały zawsze obraz świadomie skonstruowanej winy.
Pani Frost, która przeniosła kanapę do swojej piwnicy, zostanie napiętnowana jako ciężka przestępczyni z powodu wielkości przywłaszczonego przedmiotu i absolutnej nieumiejętności obronienia się. Dopuściła się uszkodzenia barykady, służącej do obrony przeciw wrogowi, sabotażu obrony, ciężkiego rabunku i zostanie skazana na śmierć.
W rzeczywistości jest to niedoświadczona, a nawet pozbawiona chciwości kobieta, która przy pomocy dwóch mężczyzn sprowadziła sobie aksamitną kanapę stojącą na ulicy. Chciała spać na niej w schronie przeciwlotniczym.
Hedel, Herta i Inga, dziewczęta z kuchni dywizji frontowej “Hitlerjugend”, wykręciły się półtorarocznym więzieniem. Nie dokonały rabunku na ulicy, jak pani Frost, ani włamania, jak tych pięciu młodocianych grabieżców.
Ponieważ obawa, że ulegniemy “niemoralnym wpływom”, nie wydaje się tak wielka jak w wypadku Ruth i Giseli, a miejsca jest mało, trzy plądrowniczki zostają w naszej celi.
Złodziejka walizek to zjawisko drugorzędne wobec przypadku obu dziewcząt, Ruth i Giseli, które obraziły napuszoną dumę “rasy panów”. Jej uda się wyjść z tego ze znacznie mniejszym szumem i tylko z karą więzienia.
Stara, biedna pani Frost nie przeczuwa nawet, że życie jej wisi na nitce pajęczej.
O moją osobę nie zatroszczył się do tej pory żaden sąd. Wydaje się, że “sprawa Heisig” utknęła gdzieś w aktach. Wszyscy więźniowie, którzy przyszli później niż ja, już dawno zostali skazani lub też - w znikomej części młody Bułgar zwolnieni. Trzy osoby i dwie kobiety niemieckie, które jako pierwsze, jeszcze przed Anneliese i Wróbelkiem, odstawiono do więzienia, zostały rozstrzelane drugiego lutego jako podejrzane o szpiegostwo. Toteż jestem teraz najstarszym więźniem.
Heini, wychowanek Domu Sierot, którego przyprowadzono po moim aresztowaniu, został przed kilku tygodniami przydzielony do volkssturmu.
Manek, którego - nie uwzględniając rozstrzelanych - należy uważać za następnego z kolei, został skazany na dwa lata więzienia.
Dalej idą Ruth i Gisela. I one przeszły niebezpieczną selekcję sądu doraźnego.
Stary Merckert, którego syn nie żyje już od czterech tygodni, został skazany na długoletnie więzienie.
Hedel, Herta, Inga i wiele innych stanęły przed sądem najpóźniej po ośmiu dniach od chwili aresztowania.
Dla mnie i Anneliese termin w sądzie wyznaczony był na dwudziestego lutego. Z powodu zwolnienia Anneliese rozprawa się nie odbyła. Hüsgen nie posiada również zaświadczenia mego przybycia do więzienia. Jestem po prostu tutaj, a jak się dostałam do więzienia, nikt nie wie, ale też nikt mi nie może powiedzieć, jak się stąd wydostanę. Zastanawiam się bez przerwy, czy przez jakiś urząd nie powinnam ruszyć z miejsca sprawy Heisiga. Ale nie bardzo wierzę w zwolnienie bez kary, mało też nadziei pokładam w ich życzliwości. Wszystko więc musi pozostać tak, jak jest. Być może, że z dwojga złego mniejszym jest pozostawanie w więzieniu śledczym.
W każdym razie pracę w kuchni mam teraz zapewnioną, bo więźniowie w śledztwie cieszą się większym poważaniem niż skazani.
Od trzech dni już znowu podlegam władzy Hasego. Emil otrzymał z powrotem swój wiklinowy koszyk, a Theo podziękowania i pozdrowienia od dwudziestu kobiet.
Wczoraj po południu był tu Heini. Otrzymał dwugodzinny urlop i odwiedził jedynych ludzi, z którymi w tym mieście coś go łączy, to jest Manka i mnie. Z Mankiem spał w tej samej celi, a ode mnie otrzymał pierwsze w swym życiu podarunki.
Nędzny, mały, czternastoletni chłopak o bladej, dużej twarzy przedstawia raczej pożałowania godny niż śmieszny widok. Wygląda jak karykatura żołnierza. Krótkie nogi toną w olbrzymich butach, bluza wojskowa sięga niemal kolan. Ogromnych rozmiarów hełm stalowy siedzi na jego głowie jak olbrzymi żółw, u pasa zwisa ręczny granat ćwiczebny.
Heini trzasnął obcasami przed Hüsgenem, oberscharführer pochwalił go z uznaniem: - A widzisz! - i podarował mu papierosa, na pewno przekonany, że były wychowanek domu sierot w ojcowskich objęciach militaryzmu wyrośnie na pożytecznego członka ludzkiego społeczeństwa. Tymczasem można było podejrzewać coś wręcz przeciwnego - Heini obracał się w towarzystwie kobiet. Wiele prostytutek wałęsa się teraz po wszystkich piwnicach miasta.
Z powodu Heini’ego miałam poważny zatarg z Hasem. Hase uważa, że wszystko, co dotyczy chłopca, jest tylko śmieszne, a mnie oburza fakt, że Hase nie dostrzega olbrzymiej tragedii tego wykolejonego i zepsutego dziecka.
Wprawdzie Hase nie chce uznać, że mam rację, ale nie może pogodzić się z myślą, że gniewam się na niego. Dlatego ulega, mojej prośbie, aby w niedzielę, zamiast monotonnego jedzenia z kotła, wreszcie raz podać policjantom knedle. Będzie to wprawdzie olbrzymia praca, ale liczba ludzi w stanie spoczynku zmalała prawie o połowę. Policja ma wielkie straty.
122
W ostatnich czasach Hase często jest nie do zniesienia. Dopiero o dziewiątej wychodzi zza swego przepierzenia, a jego ludzie poczynają wyrażać niezadowolenie z szefa kuchni. Marta, kobieta wykolejona, dzieli go od wiernych kumpli. Drzwi do izdebki Hasego, dawniej zawsze otwarte, teraz i w ciągu dnia są często zamknięte, a potem na stole w pokoju stoją próżne słoje kompotowe, talerze po ciastkach i filiżanki po kawie. Hase coraz szybciej stacza się w moralną przepaść, a koleżeńskie stosunki psują się coraz bardziej. Tym bardziej niezłomna jest tamta czwórka w swojej platonicznej miłości, a jej przedmiotem jestem ja. Hase wybrał miłość ziemską, aczkolwiek w swoim zakresie władzy daje mi swobodę, która równa się niemal prawom pani domu.
W sobotę wieczorem ugotowałyśmy kartofle w pięćsetlitrowym kotle, a Theo raz po raz potrząsał głową. Nazajutrz rano stoję niecierpliwie przed zamkniętymi drzwiami, które prowadzą na podwórze. Hüsgen powinien nadejść lada chwila i otworzyć je. Dwieście pięćdziesiąt razy osiem wynosi dwa tysiące - to niemożliwe - razy sześć wynosi tysiąc pięćset… ciągle jeszcze za dużo. Powiedzmy pięć knedli na osobę. Nadchodzi Hüsgen i otwiera drzwi… Tysiąc dwieście pięćdziesiąt… powiedzmy okrągło tysiąc trzysta, trudno, to musi wystarczyć. Hüsgen zamknął za mną drzwi. Pilno mu wrócić do łóżka po rannym apelu i poleca mi pójść samej do Hasego. Od drzwi piwnicznych z jednej strony budynku prowadzi dwanaście stopni na podwórze, a na wysokości ostatniego stopnia znajduje się okno naszej celi. Myślami ciągle jeszcze jestem przy moich knedlach i z całą powagą targuję się sama z sobą, czy jednak nie da się zrobić po sześć knedli na głowę, gdy nagle w moje pełne troski obliczenia wpada szept kobiecy: - Hallo! Masz zapałki? - Ktoś podniósł w górę Trautl, która trzymając się kraty okiennej zagadnęła mnie. Zatrzymuję się i wyjmuję zapałki z kieszeni. Emil na pewno da mi inne.
- Bądźcie grzeczne - mówię - do czasu, aż mateczka znów wróci do domu. Nie wpuszczajcie złego wilka i nie bawcie się ogniem.
Trautl potakuje, ale nagle twarz jej przybiera wyraz przerażenia i lęku, jej ręce puszczają kratę i jak nurek osuwa się w dół. Gdy podnoszę głowę, ze strachu uginają się pode mną kolana. Na ostatnim stopniu stoi oficer policji, niby bóg zemsty, który wstał przed świtem.
123
Z rękoma opartymi na biodrach, z zaciśniętymi ustami, z czerwonego zaś nosa, parskającego wściekle, wydobywają się smugi pary… Czuję przysłowiową lodowatą dłoń na sercu.
Zielony mundur nic jeszcze nie mówi, zastępuje mi tylko drogę. Stoję cztery stopnie niżej od niego, biedny, przekłuty chrząszcz, i czekam. Patrzy na mnie, a ja na niego; nieco za mały wzrost, kiepska postawa, skóra o wielkich porach, typowe rumieńce pijaka, ot małe ścierwo - lis czy szakal.
-
Przed chwilą podała pani coś więźniarce przez kratę. Kim pani jest?
-
Jestem więźniem w śledztwie.
-
Ach tak!… i wobec tego lata pani zupełnie sama po dziedzińcu.
Ostra woń alkoholu dolatuje mnie w zimowym chłodzie poranka… ach, myślałam, że wstał tak rano, tymczasem nie kładł się jeszcze spać.
-
Co pani podała przez okno do celi?
-
Zapałki. - W celi siedzi dziewiętnaście kobiet, tak czy owak jedna z nich by wypaplała. Teraz spadają na mnie gromy oburzenia i szyderstwa.
-
Zapałki! - wrzeszczy - coś podobnego! Lata tu i rozdaje zapałki. Potem zbiega tak szybko po schodach, że ogarnia mnie obawa, iż chce rzucić się na mnie, chwyta mnie za przegub ręki i wali obcasami w drzwi. Hüsgen otwiera i robi wielkie oczy.
-
Proszę bardzo - krzyczy stary - ta dama spaceruje po podwórzu i rozdaje zapałki… przez okna celi… więźniom. - Dlaczego od razu nie mówi, że rozdawałam płonące pochodnie. Hüsgen zwracając się do niego mówi “panie pułkowniku” i informuje go, że zostałam przydzielona do pracy w kuchni policji.
Pułkownik “kategorycznie” wyprasza sobie coś podobnego, ta osoba nie śmie więcej przekroczyć progu kuchni. - Niech pan zamknie więźniarkę. I to natychmiast. To niesłychane, jakie stosunki u was panują!
Hüsgen idzie ociągając się, coś mu się widocznie nie podoba. Robi w moją stronę swój zwykły ruch głową, pułkownik stąpa obok mnie długimi krokami, niesie niewidoczny sztandar.
124
Hüsgen otwiera jedną z pojedynczych cel na bocznym korytarzu, wykonuje swój typowy ruch głową i zostaję sama.
Do obiadu mam czas rozmyślać o mojej wielkiej, niewybaczalnej nieostrożności. Ten drab musiał stać za samochodem policyjnym, zaopatrzonym w megafon wozem, który stoi w przejściu do drugiego podwórza, o kilka kroków od schodów. Na podwórzu nie było przecież żywej duszy. W południe Nickel otwiera drzwi celi. Kalefaktorzy stoją w korytarzu, dźwigają kubły z jedzeniem. Manek wytrzeszcza oczy. - No, coś podobnego! A Hase szaleje z powodu knedli.
Nickel mówi: - Nie uważałem pani za taką idiotkę!
Nadchodzi Hüsgen, przyłącza się do grupy, milcząco potrząsając głową. To szczególne potwierdzenie mojej głupoty doprowadza mnie do wściekłości. Jestem dostatecznie ukarana. Niech mnie raczej zwymyślają; to potrząsanie głowami i psychiczne łamanie rąk nade mną jest dla mnie okropne. Nigdy nic nie zrobiłam, aby sobie zjednać sympatię tych ludzi, i nie chcę, aby stwarzali złudzenie, że mają ludzki sposób myślenia, i aby przychodzili tutaj, gdy leżę na ziemi powalona na obie łopatki, i wkradali się w moje zaufanie. - Dlaczego nie wrzeszczy pan na mnie? - krzyczę w końcu z wściekłością na Hüsgena. Hüsgen parska śmiechem. Nickel mu wtóruje. Widocznie obaj zwariowali. Ale pani się zdziwi - mówi Nickel i zamyka drzwi.
Nie wiem, czemu się mam dziwić, siedzę w areszcie, a za kratami historia z zapałkami zatacza fatalistyczne kręgi.
Wieczorem Thieme otwiera drzwi mojej celi. Gdy człowiek nagle staje naprzeciw niego, mimo woli kuli się. Czuję swoją bezsilność i robi mi się słabo ze strachu. Thieme przygląda mi się badawczo spod przymrużonych powiek, pociera brodę wskazującym palcem i kciukiem, i zastanawia się. Wreszcie mówi: - Niech pani wyjdzie. - Czy przestępstwo moje było aż tak wielkie, że muszę teraz pójść za Thiemem… przecież zwykle robi to rano, tuż przed szóstą… nie, to jest niemożliwe! Przecież w związku z sprawą Heisiga nic mi się nie stało, a z powodu dwóch zapałek mam być rozstrzelana?
Po upływie pięciu minut kroczę obok Ondruscha przez trzy podwórza, z tacą w ręku. Ondrusch prowadzi mnie przez tylne wyjście jednego z budynków. Schodzimy jakimiś schodami w dół do schronu przeciwlotniczego. Tutaj na dole sturmbannführer Jaross, naczelnik więzienia, spożywa swoje posiłki. Od dnia dzisiejszego wyznaczył mnie do swoich osobistych posług.
Pułkownik Schutzpolizei może zabronić, aby więzień Sicherheitsdienstu pracował w jego kuchni, może nawet pełniącemu służbę wartownikowi wydać rozkaz zamknięcia więźnia, ale sturmbannführer, naczelnik szturmowców i więzienia, może mu pokazać, że ze swoimi więźniami może robić, co jemu się podoba. Pułkownik może mieć zastrzeżenia, że więźniarka spaceruje po podwórzu, sturmbannführer może jej polecić, aby latała po podwórzu dziesięć razy dziennie bez eskorty, a zresztą pan Jaross musi mieć swoją usługę. Tak więc się dzieje, że ja, padając z powodu pudełka zapałek, potknęłam się o główny problem - kwestię kompetencji i władzy.
Hüsgen jest zadowolony z przebiegu sprawy, bo i on popełnił błędy. Stąd więc ta łaska. Thieme całą sprawę jakoś wykręcił, a Jaross okazał się mężczyzną o silnym charakterze. Ondrusch tylko raz odbył ze mną tę drogę, odtąd chodzę sama, wędrujący kamień umyślnej obrazy pułkownika, zatruty gołąb dla rzucającego się na swą zdobycz jastrzębia, marionetka w walce Gestapo z Schutzpolizei.