Trzy sprawiedliwości
Droga, prowadząca przez podwórza i bramy aż do schronu szefa, wynosi około trzystu kroków.
Najpierw wchodzi się na dziedziniec więzienny, z którego widać okna kuchni i cel więziennych, znajdujących się na parterze. Okna te są większe niż liczne, zakratowane czworokątne szparki w trzypiętrowych ścianach, stojących w ciasnym czworoboku. Okna kuchenne zostały niedawno zamurowane, poza jednym, które znajduje się tuż obok schodów piwnicznych i ocienione jest małym daszkiem. W zamurowanych oknach wywiercono małe otwory strzelnicze, jednak raczej potrafię wyobrazić sobie dobrodusznego, ale nie odznaczającego się bynajmniej lwią odwagą Hasego pod stołem kuchennym niż broniącego z karabinem w ręku, przy otworze strzelniczym, życia swego führera.
W parterowych oknach bez szyb cisną się do krat nieostrzyżone głowy męskie. Francuzom włosy sięgają już po szyję. Ruchom ich rąk nie brak żywości, ale nie posiadają oni dawnej pewności siebie.
Polacy patrzą niemi i apatyczni. Tylko piętnastoletni wyrostek, którego rodziców i braci rozstrzelano podczas kampanii polskiej, zdecydowany wróg hitlerowców, wyciąga z kieszeni symbol naszego pojednania: grzebień, który podarowałam mu z samego początku podczas obierania kartofli. Unosi go w górę jak dyrygent pałeczkę przed pierwszym taktem i trzyma tak długo, póki nie minę jego okna.
Skazani na śmierć nie pokazują się nigdy w oknie.
Czasami na schodach kuchennych stoją Theo i Emil, z rękami ukrytymi pod fartuchem na brzuchu. W przejściu zawsze zamieniamy z sobą parę słów.
Przez pierwszą bramę, w której wciąż jeszcze stoi policyjny wóz z megafonem, przechodzi się na drugie podwórze, na główny, wielki dziedziniec prezydium policji. Odłamki trafiły wóz, z chłodnicy wylała się woda i oliwa. Na wielkim dziedzińcu leżą tysiące pustych butelek po winie. Piętrzą się pod oknem izby, w której obieramy kartofle.
134
Z tego powodu kobiety żyją w stałym lęku. Gdyby tu wpadła bomba, posypałby się niesamowity grad odłamków szkła - a bomby od długiego już czasu spadają znienacka, w twierdzy nie ma już alarmów. I ten dziedziniec otoczony jest czworobokiem domów. Na krawędzi dachu i na górnych piętrach widać szkody, wyrządzone przez pociski artyleryjskie. Kilka wojskowych pojazdów, szaro lakierowane samochody ciężarowe, małe samochody, powleczone farbą ochronną, i tak zwane “Kradsy”, motocykle, stoją tu w stałym pogotowiu wraz z kierowcami w hełmach, którzy czekają w małych przyczepkach. Mężczyźni w mundurach przebiegają podwórze w stałym pośpiechu i wskakując na pojazdy odjeżdżają pędem albo niosąc akta w ręku z miną urzędową biegną na wszystkie strony. Przez wielką bramę wjazdową, której strzeże podwójny posterunek, widać w przejściu mały wycinek przeciwległej strony ulicy, dom rozwalony przez bomby.
Przez trzecią bramę przechodzę na ostatnie podwórze. Jest małe, ciasne i ponure. Od tylnych drzwi prowadzą do piwnicy budynku schody. Stojąc na schodach można stwierdzić, że cały gmach opanowany jest duchem niepokoju i pośpiechu. Nieustannie rozlegają się pośpieszne kroki przychodzących i odchodzących, wciąż ktoś biegnie po schodach. Nikt nie ma czasu, każdy przyobleka twarz w bezosobową maskę służbistości. Widocznie powodem tego niepokoju jest powołanie do służby wojskowej sztabu policji, nie można jednak dowiedzieć się nic pewnego.
Niejednokrotnie już próbowałam nawiązać rozmowę z ludźmi z policji, ale uporczywie wracają do swego tematu, nieśmiertelnego tematu wszystkich mężczyzn wszystkich epok. Co prawda jest kilka kobiet na miejscu, wystrojone dziewczęta w mundurach i parę wiernych, niewzruszonych sprzątaczek, zatrudnionych w prezydium policji, ale te pierwsze to kochanki oficerów, nazwane przez prostych ludzi “świniami etapowymi”, a sprzątaczki, jeżeli są przystępne, od dawna już kogoś wybrały. Zjawienie się nowej kobiety to zawsze sensacja. Jeśli jeszcze nie chodzi o lasce, nie cieknie jej z nosa i nie ma wnuka na ramieniu, natychmiast zostaje wciągnięta w krąg możliwości, obiecujących mężczyźnie radość i zapomnienie. Jesteśmy w zamkniętym mieście, ostrzeliwanym od pięciu tygodni, i stopniowo przywykłyśmy do błyskawicznie taksujących, wygłodniałych spojrzeń mężczyzn. Ci, którzy są wolni od służby i siedzą w przeludnionym schronie, usiłują namówić mnie na wieczorną schadzkę na podwórzu. Dotychczas łatwo mi się udawało zachować w tajemnicy fakt, że jestem więźniem Gestapo. Nikt nie wie, skąd przybywam, gdy wchodzę od podwórza z tacą, a docinki, których nie szczędzę podczas krótkich rozmów, odnoszą tym lepszy skutek.
Pewnego popołudnia, gdy na dworze szaleje gwałtowna walka powietrzna i przejście przez podwórze jest zupełnie niemożliwe, siadam na jednej z ławek stojących przed drzwiami specjalnie zabezpieczonego schronu pana i władcy. Po obu stronach siedzą policjanci. Jeden z nich z zabawną galanterią wyjmuje mi z rąk kosz i pustą tacę, inni żartują: - Nie zadawaj sobie trudu, Otto, prócz kosza i tak nic nie dostaniesz.
Otto siada koło mnie. - Czy pani się nie boi? - pyta.
Na dworze trzaska broń pokładowa, wokół domu wyją motory nurkowców.
-
O której idzie pani do domu? - dopytuje się Otto. Może dostać godzinę urlopu i chciałby mnie odprowadzić.
-
Mieszkam w prezydium - odpowiadam.
-
To się cudownie składa - mówi mój nowy wielbiciel i przysuwa się bliżej.
-
Jestem tutaj więźniem.
Mija chwila, zanim to pojmują. Jeden twierdzi, że w więzieniu śledczym jest tylko kilku obcokrajowców, drugi uważa, że kłamię, bo widział mnie już kiedyś w kuchni, a wreszcie przecież pojmują i potrząsają głowami. - Że też coś takiego istnieje w mieście, które jest twierdzą?
-
A co pani zrobiła? - pada pytanie. - Czy jest was tam więcej?
-
Ach, cala masa, dwieście osób!
-
Dwustu więźniów? Tu, w prezydium? Nie mieliśmy o tym pojęcia.
Tak, dwustu… i każdego dnia parę osób przybywa, ale właściwie liczba ta się nigdy nie zwiększa, bo każdego dnia rozstrzeliwuje się kilka osób.
Oczy otwierają się szeroko ze zdziwienia, a brwi podnoszą się niemal aż do nasady włosów.
Nikt już nie mówi, że to nieprawda, na twarzach moich słucha czy, których krąg szybko wzrasta, maluje się pełna przerażenia ciekawość. - Kogo rozstrzeliwują? Dlaczego? Kobiety też? Czy to prawda? - Zasypują mnie pytaniami i w jednej chwili ogarnia ich gorączkowa chęć dowiedzenia się prawdy.
Tak - powiadam - to prawda, to nie są fałszywe pogłoski, rozstrzeliwuje się nie tylko mężczyzn, ale i kobiety, a może i wiesza, nie wiadomo. A przecież nie jesteśmy zbrodniarzami. Po prostu przyłapano nas tak jak wśród was można przyłapać na stu jednego, który głośno powiedział, że już ma dość wszystkiego.
- A co pani właściwie zawiniła? Przecież pani nie rozstrzelano?
Ja… ja zdjęłam ze ściany obraz, który mi się nie podobał, i dlatego mnie zamknięto.
-
A właściwie kogo rozstrzeliwują?
-
Przeważnie żony żołnierzy!!
To, co opowiadam, nie jest kłamstwem, a strzała utkwiła głęboko.
Wiem, że wszyscy pragną wrócić do domu, do swych żon, i zdają sobie sprawę, że żony ich są niecierpliwe i mają za długie języki. Wojna trwa już długo, a jedyne, co czyniło ją znośniejszą, to nadzieja w pełne chwały zwycięstwo. Dziś ta nadzieja przepadła. Mężczyźni wiedzą, że dziś narażają tylko swoje głowy na szwank. Jedyne, co im pozostało, nawet tym, którzy dziś uważają wojnę za zbrodnię, to myśl o żonach!
Zasypują mnie pytaniami, w których przebija się troska, ale to nie czas ani miejsce, aby odpowiadać na wszystkie pytania. Jesteśmy tuż obok drzwi, które prowadzą do schronu sturmbannführera, a mój czas jest ograniczony. Muszę odejść.
-
Jeszcze jedno tylko pytanie - próbują mnie zatrzymać - właściwie ile jest prawdy w tym, co opowiadają o Gestapo, czy to naprawdę jest tak okropne?
-
Sam pan przecież wie, że jest okropne. Po co pan mnie pyta? Czy sądzi pan, że opowiem panu coś innego, niż pan sam wie? Czy słyszał pan już o Oświęcimiu? Tak? A dlaczego pan się boi otworzyć usta? Bo pan się boi Gestapo… prawda?
Policjanci są skonfundowani i zarazem niespokojni. Nikt ani słowem nie staje w obronie strasznego, znanego w całej Rzeszy, samowolnego wymiaru sprawiedliwości, nieograniczonej władzy Gestapo (przypis: Ge-sta-po (skrót) Geheime Staatspolizei. Tajna policja państwowa.), w której tajne jest tylko jedno: zanik ludzkości do ostatecznych granic, przeistoczenie się sumienia ludzkiego w zimny kamień. Tymczasem na dworze uspokoiło się nieco. Wstaję i zbieram się do wyjścia.
- Jak to się właściwie skończy - przerywa ciszę jeden z policjantów.
Teraz nikt mnie już nie zatrzymuje. Wracam do naszej piwnicy. Otwiera mi Ondrusch. Z salonu Thiemego dolatuje salwa śmiechu.
Urządzają uczty, pijatyki, zanoszą się od śmiechu i wrzeszczą, chcą zdławić śmiertelny lęk aktami gwałtu i stłumić go puszczając wodze pełnym fantazji krwiożerczym marzeniom, używając życia i trwoniąc je. W odległości kilku kroków od tej niepohamowanej wrzawy, tych uczt i biesiad, tych przejawów samowoli, siedzą w celach więźniowie wydani na łup ich fantazji. Podają im kawałek chleba, miskę zupy, bez cienia współczucia czy dobroci. Więźniowie Gestapo są traktowani jak przedmioty, są zamagazynowani w piwnicy jak węgiel lub kartofle. Nie są niczym, nie posiadają niczego, nie mają żadnych praw, nie wolno im niczego chcieć ani pragnąć, mogą tylko siedzieć w piwnicy, dwieście ciał wypełniających więzienie - nic poza tym.
Gdy Nickel wywołuje nazwiska kobiet, o których los drżymy, i gdy te już nigdy nie wracają, wtedy ogarnia nas uczucie bólu zgrozy: - To jest nieludzkie!
Gdy nad ranem rozlegają się na podwórzu strzały rewolwerowe, znów budzi się myśl: - To jest nieludzkie!
Gdy więźniowie wracają z przesłuchania, z krwawymi pręgami na twarzy, myślimy: - To jest nieludzkie!
Gdy Hüsgen stoi przy telefonie i krzyczy w słuchawkę: - Nie możecie mi przecież zostawić trupów przez osiem dni na dziedzińcu - znów czujemy: - To jest nieludzkie!
Obojętność dla naszej niedoli, dla naszego odczuwania, ta zimna machina, kierująca ich postępowaniem i sposobem myślenia, jest nieludzka.
Gdy więźniowie opowiadają swoje dzieje, zdarza się niejednokrotnie, że w swej nieświadomej naiwności lub po prostu z głupoty dodają to i owo; ale rychło wyczuwa się każdą przesadę. Poznaje się też natychmiast takich, którzy stoczyli się na dno moralnej nędzy, nie mogąc się oprzeć kuszącym możliwościom, powstałym z powodu rozprzężenia moralnego porządku społecznego.
Ale także prawdziwą nędzę, trwogę, miłość, głód, opór, gniew i odważne przyznanie się do swoich poglądów osądza się jako zbrodnię, gwałcąc w ten sposób wszelkie ludzkie prawa, a sędziowie stają się zbrodniarzami i osądzają ludzi uczciwych.
Nawet wtedy gdy dowody odciążające nie dadzą się obalić i zwolnienie z więzienia Sicherheitspolizei zostaje podpisane - odsłaniają się wstrząsające obrazy ludzkiej niedoli.
W czasie tych nie kończących się godzin, dni, tygodni, w kręgu kobiet obierających kartofle siedzi wśród nas pani Berta, w palcie zapiętym na wszystkie guziki, jakby każdej chwili miała wstać i odejść. Mąż jej, ojciec siedmiorga dzieci, walczy w szeregach volkssturmu. Wracając na front z punktu opatrunkowego, który znajdował się w pobliżu jego mieszkania, odważył się wstąpić na pół godziny do domu, aby zobaczyć swą rodzinę. “Nieprzychylna” sąsiadka zauważyła to i zrobiła doniesienie. Gdy po panią Bertę przyszło Gestapo, męża jej już nie było. Nie uwierzono jej, że wrócił na front, natomiast oświadczono jej, że wśród powodzi podobnych wypadków sprawa ta też zostanie zbadana. Podczas gdy panią Bertę zatrzymują w więzieniu, powołany zostaje do wojska najstarszy, piętnastoletni syn. Od niego dowiaduje się przez kolegów mąż pani Berty, że żona jest aresztowana. Wyrozumiały dowódca udziela mu dwugodzinnego urlopu i mąż pani Berty staje przed urzędnikami Gestapo.
Jednak materiał śledztwa znajduje się już w sądzie specjalnym i zwolnienie jest niemożliwe. Oburzony mąż, walczący o swe słuszne prawa, dociera do kierownictwa okręgu i stamtąd wychodzi zarządzenie, aby zwolnić panią Bertę.
Zwolnienie związane jest z całym szeregiem formalności, z zamknięciem aktów, zaświadczeniem sadu specjalnego, świadectwem zwolnienia i różnymi stemplami. Tak mija dalszych osiem dni, zanim pani Berta może wrócić do swoich dzieci, pozostawionych w mieście, które jest terenem wojennym.
Przechodząc dziedzińcem więziennym można zobaczyć przy oknie za rozbitymi szybami i kratą żelazną zamyślonego więźnia, który, z rękami w kieszeniach kurtki, patrzy nieruchomo na wąski czworobok dziedzińca, otoczony wysokimi murami.
Manek, który przy rozdzielaniu jedzenia nie omija żadnej sposobności, aby dowiedzieć się czegoś o więźniach z górnego piętra, podaje mi nazwisko nieznajomego, który, ze względu na panujące tutaj kompletne zawszawienie, spędza okres więzienia śledczego w pojedynczej celi. Jest to znany i ogólnie lubiany lekarz wrocławski, który z płonącego domu wyratował swoje narzędzia zgarniając je pośpiesznie do jakiegoś kartonu. Z leżącego na ulicy spadochronu odciął kawałek sznura, aby owinąć nim swoje pudło. Spadochronów nie wolno dotykać.
Podczas gdy żołnierze i cywile z przestrzelonymi i pogruchotanymi członkami, z oparzelinami i ranami miażdżonymi czekają na pomoc lekarza i wyzwolenie z cierpień, protokół Gestapo dociera wreszcie do sądu specjalnego, który przygotowuje termin rozprawy; tymczasem zaciśnięte pięści gotowego do udzielenia pomocy spoczywają w kieszeniach kurtki, a on sam patrzy przez okno celi na mały ponury dziedziniec więzienny i rozmyśla nad ludzkością.
Rozprawa sądowa kończy się zwolnieniem. Prokurator częstuje lekarza cygarem, winszuje mu i bagatelizuje fakt, że w oblężonej twierdzy areszt trwał dwadzieścia dwa dni.
Sprawiedliwość i sąd mają dwa różne oblicza, z których każde patrzy w inną stronę.
Oberscharführer Thieme, kryminalne ramię kryminalnego sądu, jest niedościgniony w coraz to nowych pomysłach.
Thieme zaczyna porządkować jedno z pustych więzień, zwane w mieście “Kaszą”. W pogoni za zdobyczą rozkazał, aby przyniesiono do nas z pracowni, mieszczącej się w “Kaszy”, kosze z różnokolorową wełną i rozpoczętymi robotami na drutach. W przedsionku, będącym równocześnie kuchnią Thiemego, zjawia się również ciężka, krawiecka maszyna do szycia, skrzynie z nićmi, guzikami i wszystkim, co jest potrzebne krawcowi.
Przez dwa dni siedzi tu przy pracy Lothar, dziewiętnastoletni blady chłopak z zapadniętą klatką piersiową. Thieme potrzebuje nowych spodni do konnej jazdy. Lothar przed paru tygodniami przybył na wozie do miasta i znalazł miejsce, w którym mógł się ukryć. Ale podczas lotnej kontroli domów przychwycono go.
140
Szeptem opowiada mi swoją historię. Ma nadzieję, że poruczona praca uratuje mu życie. Thieme pokazał mu skład materiałów, który może dostarczyć pracy na całe miesiące. Następnego dnia przychodzą po niego ludzie z komanda egzekucyjnego. Podczas gdy dwóch zostaje za zasłoną, dowódca oddziału mija nas i wchodzi do Hüsgena. Lothar nie wie, że w sąsiednim pokoju jego nazwisko skreślają z listy żyjących. Dopiero gdy wołają głośno Nickla i pada nazwisko Lothara, ten poczyna nasłuchiwać z przestrachem. Hüsgen nie zna nazwiska krawca i przypuszcza, że skazaniec jest w jednej z cel. Nickel ma pójść po niego. - To ja - powiada Lothar pełen przerażenia i podaje mi szybko swój portfel, ukryty w szufladzie maszyny do szycia. Lothar przypuszcza, że wołają go na przesłuchanie, i obawia się osobistej rewizji. Nie wie, co oznacza to komando. Tylko my, którzy już długo jesteśmy w więzieniu, zdajemy sobie z tego sprawę, ale zachowujemy to dla siebie.
- Hej, chłopcze, chodź no tu do nas! - komenderuje Nickel i wskazuje palcem na wartownię.
Gdy Lothar znów staje w drzwiach, twarz jego jest pozbawiona kropli krwi, powieki drgają, członki odmawiają mu posłuszeństwa. Idzie jak człowiek, któremu już ucięli głowę. Ludzie z komanda egzekucyjnego, uzbrojeni w automatyczne pistolety, stają po obu jego bokach, zasłona opada.
Wyrok śmierci za dezercję.
Skazańcy w twierdzy idą przez trzy bramy sądowe:
Sąd doraźny, sąd specjalny i sąd wykonawczy Gestapo.
Sąd doraźny wydaje wyroki w wypadkach dotyczących spraw wojskowych. Wyrok może być dwojaki: śmierć albo zwolnienie. Nieszczęśliwcy, którzy podlegają temu sądowi, i tak już od dawna nie znaleźliby pomieszczenia w więzieniu Sicherheitspolizei. Umieszczeni są w jakichś koszarach w północno-wschodniej części miasta, znajdujących się ciągle jeszcze w rękach niemieckich, południowa część jest w rękach wojsk sowieckich. Kessler ze swoim krwawym sądem również uciekł tam w porę. Tylko podejrzane osoby cywilne, mężczyźni bez dokumentów lub tacy, których sytuacja nie jest zupełnie jasna, dostają się do więzienia.
Sąd specjalny rozpatruje polityczne przestępstwa, wśród których najczęstsze jest słuchanie nieprzyjacielskich audycji radiowych i uchylanie się od przymusowej pracy. Tak często w komunikatach Wehrmachtu wychwalana bohaterska walka pozostałej w twierdzy ludności cywilnej staje się coraz bardziej wyrazem nieprzytomnego lęku przed Gestapo. Do sądu specjalnego należą również mnożące się coraz bardziej wypadki niepohamowanej przestępczości, włamania, plądrowanie, paserstwo, morderstwa, napady pijanych na kobiety, ograbianie trupów, prostytucja w piwnicach i schronach wojskowych, słowem wszystko, co może się wydarzyć w zamkniętym, skazanym na zagładę diabelskim kotle.
Przy wyrokach śmierci ostatnie słowo należy do gauleitera. Niekiedy gauleiter w drodze łaski zamienia wyrok śmierci na roboty przymusowe. Roboty przymusowe w twierdzy są równoznaczne z wyrokiem śmierci: jest to budowanie szańców na froncie, na ulicach znajdujących się pod obstrzałem, szukanie min, grzebanie zwłok żołnierzy i wszystko to, co należy w twierdzy do kompanii karnej, do której dawniej przydzielano wyłącznie mężczyzn. Prace wstępne do rozpraw sądu specjalnego wykonuje Gestapo. Gestapo zastrzega sobie w wyjątkowych wypadkach prawo ferowania wyroków według własnego sądownictwa. To ferowanie wyroków, wywołujące powszechną trwogę, spoczywa w ręku sądu wykonawczego Gestapo, o którym od lat naród nasz mówi tylko szeptem. Podlegają mu obcokrajowcy, Żydzi i jeńcy wojenni. Do obcokrajowców zaliczają się również Niemcy, którzy już kiedyś znaleźli się na okupowanym przez wojska sowieckie terenie frontowym w obrębie twierdzy, nawet jeśli teren ten przejściowo został odbity. Ich akta Gestapo samo zamyka. Punktem końcowym jest przeważnie strzał w plecy.
Nie ma już krawca Lothara. Jeszcze leżą na maszynie jego przybory do szycia. Zza kotary, za którą zniknął przed kilku minutami, wyprowadzony na egzekucję, wychodzi nucąc Wanda, zamawia w przejściu kawę, którą wypije razem z oberscharführerami. Nakrywam do stołu. Zjawia się Thieme. - Gdzie krawiec? - pyta. Hüsgen zgina wskazujący palec. - Trrrach! - odpowiada.
Pode mną uginają się kolana. Filiżanki na tacy brzęczą.
Thieme jest w dobrym humorze. - Co się stało? - pyta patrząc na mnie ze zdziwieniem, bez śladu zrozumienia.
- Panie Thieme - mówię - Lothar miał tyle nadziei, bo mu pan dał pracę. Kto wykończy te wszystkie rzeczy, jeśli krawiec nie wróci?
Thieme uśmiecha się przez chwilę, jakby litował się nade mną. - Jeśli będzie nam potrzebny krawiec - objaśnia mi - sprowadzimy sobie krawca. W Krakowie też tak było. Pewnego razu potrzebowaliśmy czterech piekarzy i za pół godziny mieliśmy ich.
To nowa dla mnie wiadomość: SD potrzebuje rzemieślników, a agenci Gestapo dostarczają ich. Może dlatego zdarza się, że niektórzy aresztowani nie wiedzą, za co ich zabrano, i że siedząc w więzieniu wygłaszają osobliwie brzmiące przemówienia na temat führera, zwycięstwa i odsieczy dla twierdzy.
W godzinę po odejściu Lothara przyprowadzają jakiegoś człowieka z volkssturmu. - Może krawiec - myślę.
W jego ręku kołysze się para trzewików dziecinnych. Jest bardzo wylękniony i jąka się z przerażenia. Trzewiki miały być dla jego przecież syna, tyle ich leżało na ulicy. Ma czworo dzieci - inni też to robią - dlaczego właśnie on… przecież to tylko para dziecięcych bucików.
Zamykają się drzwi, zaczyna się przesłuchanie.
I Thieme ma dzieci. Możliwe, że żołnierz zapłaci głową za grabież, a syn Thiemego otrzyma te buciki.