Szef
Odkąd przydzielono mnie do osobistych posług sturmbannführera Jarossa, dyrektora więzienia, nie widziałam go ani razu. W pierwszym okresie, po przejęciu więzienia przez SD, Jaross zrobił pobieżny przegląd cel uchylając po kolei wszystkie drzwi.
Osoba szefa pozostawiła tylko wrażenie sztywnej, okrągłej czapki, płaszcza oficerskiego, wysokich, lśniących butów i odpychającego, niemiłego zachowania wobec więźniów.
Gdy stawiam posiłki na stole w jego schronie, szef jest zawsze niewidzialny, gdy przychodzę po naczynie - półmiski są puste, a szef już znowu znikł. Mam uczucie, jakbym usługiwała duchowi. Nigdy się nie spotykamy, a on na pewno nie zaprząta sobie tym głowy. Mnie jednak ten fakt interesuje.
Thieme, Hüsgen i Nickel mówią o szefie nieprzychylnie i drwiąco; najwidoczniej stosunki między nimi a Jarossem bynajmniej nie są zażyłe. Zabezpieczyli się przed jego nieoczekiwanymi wizytami zamykając obydwa wejścia do piwnicy na klucz i Jaross chcąc wejść musi zadzwonić i czekać, aż mu otworzą. Hüsgen powiedział mu, że jest tylko jeden klucz i że nie ma możliwości dorobienia zapasowego, gdyż zamki są zbyt skomplikowane. Wieczorem o dziesiątej godzinie, gdy od dawna już jesteśmy w naszych celach, słychać trzykrotny dzwonek unieszkodliwionego dyrektora więzienia. Rozlegają się pośpieszne kroki, trzaskanie obcasami, stuk głośno zamykanych drzwi, rozbrzmiewa kilka okrzyków i wszystko odbywa się w ciągu dziesięciu minut w służbowym tempie, potem drzwi znów się zamykają i lekkie kroki oddalają się po kamiennych schodach.
Wówczas zaczyna się wieczorna sjesta załogi wartowniczej. Hüsgen śpiewa, Wanda ugania po korytarzach śmiejąc się dziecinnie. Thieme wrzeszczy, aby podano kieliszki, przychodzą goście i na przemian rozbrzmiewają to bojowe pieśni SA i SS, to modne przeboje przy akompaniamencie harmonii.
Wydaje się, że Jaross jest odludkiem i wielkim pedantem. Ciekawa jestem bardzo, w jaki sposób można te cechy pogodzić ze stanowiskiem SS-sturmbannführera i dyrektora więzienia gestapowskiego.
Gdy rano przynoszę kawę do schronu, obydwa wełniane, śnieżnobiałe koce szefa, jeszcze ciepłe od snu, są już starannie złożone. Poduszka jest pedantycznie wygładzona. Kartki z jego notatkami, wypisane misternym, starannym pismem nauczycielki robót ręcznych, leżą uporządkowane pod ładnym, chromowanym przyciskiem na stole, gazeta jest zawsze tak starannie złożona, że można by ją sprzedać jako nową.
W jednym z pokoi parterowych naszego budynku szef przechowuje swoją garderobę i w tym pokoju goli się codziennie o godzinie dziewiątej rano. Po przyniesieniu śniadania sprzątam pokój, palę w żelaznym piecyku i stawiam na nim dzban z wodą. Później, gdy Nickel po raz drugi przepuszcza mnie przez drzwi i odprowadza po żelaznych schodach na górę, widzę, że umywalnia była używana, a w pokoju unosi się delikatny zapach wody kolońskiej. Wszystko, co Jaross posiada, jest bardzo wykwintne i świadczy o najwyższej kulturze, garderoba jego rozwieszona jest na wieszakach i wygląda jak nowa. Szef posiada też swoje własne, srebrne nakrycie stołowe, a po umyciu zastawy nie wolno mi jej zostawiać w piwnicy i muszę kilkakrotnie w ciągu dnia wnosić ją na górę i znosić na dół.
144
Pewnego popołudnia - właśnie przygotowuję podwieczorek - o niezwykłej porze, zupełnie nieoczekiwanie, wchodzi do kuchni zawsze niewidzialny szef. Thieme jest w pantoflach domowych, przed nim stoi butelka wina; zrywa się z krzesła.
Nickel staje pod drzwiami, podsłuchując, nadbiega Hüsgen, a sturmbannführer staje przede mną i mówi do Nickla: - To kucharka, tak?
Nie chciałabym obrazić żadnej kucharki, ale w tej chwili patrzę mu prosto w oczy, podnoszę brwi z chłodnym zdziwieniem, bardzo wyniośle, i pytam lodowato: - Proszę?
Właściwie dlaczego? U Gustawa Hasego z zachwytem szorowałam kamienną posadzkę, mówił do mnie “ty” i “Mariechen”, i wydawało mi się to ładne. A gdy pan Jaross mówi “to kucharka, tak?” nie brzmi to wcale ładnie. Nie dlatego, że w jego słowach brzmi ton lekceważenia, ale jest to jakby podkreślenie stosunku służbowego, który mnie oburza. Jaross jest człowiekiem, który przywykł uważać pracowników domowych za coś samo przez się zrozumiałego. Służba domowa to jednak najłatwiejsze do kupienia i najbardziej zaprzedane istoty w społeczeństwie ludzkim. Ci, którzy je wynajmują i utrzymują, jak się to bardzo brzydko, ale trafnie określa, nie zastanawiają się nad nimi; pozwalają się obsługiwać i mają im za złe każdy przejaw osobistego życia.
Dlatego nie chcę być dla pana Jarossa “kucharką” i w tej chwili walczę o wyzwolenie wszystkich kucharek z płacących bogatych rąk. Są rzeczy, od których nie można się powstrzymać.
-
Mam na myśli, że pani jest kobietą, która tu dla mnie gotuje - powiada Jaross, który mnie dobrze zrozumiał.
-
Tak - odpowiadam i wymieniam moje nazwisko.
Pan Jaross posługuje się nim teraz, gdy zwraca się do mnie i pyta uprzejmie, tak uprzejmie jak nikt tutaj zazwyczaj nie mówi i nie pyta, czy jego herbata już gotowa, gdyż pragnie wypić ją dziś wcześniej o dziesięć minut. Herbata jest już zaparzona i idę za nim z tacą, niby mysz obsługująca kota w butach. Jego umiejętność zachowywania uprzejmego, grzecznego dystansu sprawia mile wrażenie. Trudno sobie wyobrazić, że Jaross wydobywa pistolet i strzela w plecy ludzkie.
Jaross nie obiera zwykłej drogi przez trzy dziedzińce. Poleca Nicklowi, aby poprowadził go górą, i idziemy przez długi jak ulica czworobok budynków prezydium i sądu okręgowego. Niezliczone drzwi, korytarze, schody, przekopy, wszystko jest połączone ze sobą, i wreszcie stajemy w schronie szefa. Na dworze szczeka działo przeciwlotnicze 8.8, które tu u nas nazywa się “koniem blaszanym”, trzaska broń pokładowa nurkowców, całkiem blisko słychać głęboki i groźny szum motorów, tuż nad ziemią szaleje piekło ciężkiego nalotu. - Może pani wrócić przez podwórze - powiada Jaross.
Oczywiście, to jedyna droga dla mnie, tamta, którą przyszliśmy przez budynki, dałaby mi możliwość ucieczki, a trudno sobie wyobrazić, aby dyrektor więzienia osobiście mnie odprowadzał. Ale w takiej chwili powiedzieć: “Przez podwórze!”
Mierzymy się badawczym wzrokiem. Jaross robi fałszywe pociągnięcie: - Chciałem pani tylko pokazać drogę przez budynki.
Bardzo kiepska wymówka.
Nalot zaczął się już wtedy, gdyśmy wyruszali w drogę.
Na dworze rozlega się piiiii-juuuuuuu pikujących samolotów i suchy trzask salw.
-
Ja też wcale nie mam zamiaru iść teraz przez podwórze, przecież to niemożliwe!
-
Proszę więc chwilę poczekać, przed drzwiami jest ławka.
Na ławce siedzi znów kilku policjantów, ale nie mam ochoty wdawać się z nimi w pogawędkę, chcę to wszystko przemyśleć. Oczywiście - Jaross nie wyciąga rewolweru i nie strzela sam do ludzi. Na pewno nie znosi widoku krwi, może czułby nawet obrzydzenie jest estetą, mężczyzną, który używa jedwabnych chusteczek do nosa, Ale ten mówi przytłumionym głosem i starannie dobiera słowa fluid, który płynie od człowieka do człowieka, ta wrażliwość na ból drugiego człowieka, to, co w Thiemem, Nicklu, Ondruschu i Hüsgenie zamarło, w nim też już się nie odzywa. Jest uprzejmy i budzi zaufanie, jest przystojny i oczy jego nie mają zimnego spojrzenia tamtych morderców, którzy trzaskają obcasami i wykonują jego rozkazy, a mimo to wydaje mi się, że i on nie ma sumienia, a w sercu nosi tylko okrutną tajemnicę Gestapo.
Tymczasem na dworze uspokoiło się nieco, biegnę więc szybko przez podwórze, zatrzymuję się na chwilę pod pierwszym sklepieniem bramy, wysoko na niebie krążą samoloty wywiadowcze. Drugi dziedziniec - druga brama, trzeci dziedziniec i podczas gdy bębnie pięściami w drzwi piwniczne, ponownie spada grad żelaza. Ondrusch otwiera drzwi, jest wściekły. - Po co pani znowu łazi po podwórzu?
Naturalnie, łażę po podwórzu wyłącznie dla własnej przyjemności, pod obstrzałem nurkowców, pod szybkim gradem odłamków gorącego żelaza, przelatujących z gwizdem we wszystkich kierunkach. W ogóle jestem tutaj tylko dla kaprysu i dla mojej własnej przyjemności. Znów przeżywam jedną z chwil, kiedy wszystko po prostu staje się nie do zniesienia: obleśny Thieme, uśmiechnięty Nickel o rękach mordercy, Ondrusch z pejczem, Hüsgen, który w tej pełnej grozy chwili żartuje z Wandą i zanosi się śmiechem, Jaross, dla którego życie więźnia tak niewiele znaczy, że posyła go w drogę przez ogień, i nędza cel, zapełnionych biednymi, bezbronnymi ludźmi.
Coś musi się stać.
Mamy już początek marca. Od chwili gdy inni, aresztowani w związku ze sprawą Heisiga, zostali wypuszczeni na wolność, sprawa nie posunęła się naprzód. Może by mnie zwolniono, ale przypuszczam, że o mnie zapomniano. Więzienie stało się dla mnie tak nienawistne i wstrętne, że milknie cała moja rozwaga i nie przeraża mnie nawet myśl, że będę musiała przekroczyć bramę jednego z sądów twierdzy, za którą kusząco wabi wolność, ale może grozić również okrutna śmierć. Nie wiem nawet, która to będzie brama: czy sąd doraźny Kesslera, bo przecież sprawa jest wojskowa, czy sąd specjalny prokuratora, bo on właśnie przysłał w lutym wezwanie na rozprawę dla mnie i Anneliese, a może sąd wykonawczy Gestapo, który rozstrzyga w wypadkach, gdy zachodzi wątpliwość, który sąd jest w danej sprawie właściwy. Zdobywam się na rozpaczliwą decyzję i postanawiam zapukać do jednej z tych trzech bram, gdyż nie mogę i nie chcę już dłużej tego wszystkiego widzieć i znosić.
Gdy następnym razem spotkam Jarossa, zapytam go, na co właściwie czekam i czy nie mógłby czegoś dla mnie zrobić. I tak należy mi się coś od niego z powodu tej historii z drogą przez budynek.
Sposobność nadarza się już następnego dnia.
Nickel otworzył drzwi prowadzące na górę. Zżyma się, że bezustannie go absorbuję. Idę korytarzem, mijam dawną wartownię, przy której drzwiach powiedział niegdyś kapitan: - Dwie kobiety. - W pokoju Jarossa rozpalam szybko ogień, zmiatam dywan, dorzucam drzewa, piec się dymi, moje ręce i ramiona są czarne od sadzy. A teraz prędko szczotkę do zamiatania!
147
Otwierają się drzwi - do pokoju wchodzi szef, rumiany i nieprzenikniony, w otwartym płaszczu wodza.
Kilka odmierzonych ruchów i zaczyna się golić. Wycieram mokrą ścierką dywan i bez ogródek zaczynam mówić: Nie mogę już po prostu wytrzymać, minęło pięć tygodni i nie wiem nawet, o co mnie obwiniają. Czy nie mogłabym się przynajmniej tego dowiedzieć? Jaross skrobie brzytwą twarz i patrzy na mnie z lustra przysłuchując się uważnie. Nagle na dworze rozlega się trzask, peng, peng, peng, to koń blaszany i w tej samej chwili padają bomby. Jaśnie pan jednym susem wyskakuje z pokoju. Brzęczą szyby, coś przelatuje obok mojej głowy i w następnej sekundzie znajduję się również w korytarzu. Filar między dwoma oknami służy za ochronę; przywieram do ściany. Koło mnie stoi sturmbannführer Jaross, szef więzienia Sicherheitspolizei, w mundurze SS, z wstążkami orderów w butonierce, wysoki, o szerokiej klatce piersiowej, wypielęgnowany, w lśniących butach, wspaniały. A obok niego w szarych spodniach męskich z wypchanymi kolanami i w granatowym swetrze wełnianym - w stroju, w jakim od owej nocy aresztowania gram moją małą rolę w dramacie “Więzienie w twierdzy” - stoję ja, nieprawdopodobnie chuda kobiecina z miotłą w ręku. Wydaje się, że dom chwieje się w posadach i że za chwilę wszystko wokoło, nie wyłączając nas, rozpadnie się na atomy, na miliony nic nie znaczących odłamków.
Rozlega się detonacja, którą czuje się na własnym ciele jak uderzenie pałką. - Właściwie dlaczego siedzi pani w więzieniu? - pyta nagle Jaross.
- Boi się, boi się - cieszę się wewnętrznie, boi się tak samo jak ja, nie jest wcale wielki ani wspaniały - jest mały i tchórzliwy. Drżący człowiek, dwoje drżących ludzi koło siebie, dyrektor więzienia i więźniarka.
Samoloty się oddalają, atak i obrona milkną, niby szybko przemijająca burza.
Odpowiadam Jarossowi. Nie mogę mu powiedzieć prawdy, musielibyśmy przecież przez całe życie stać tu na korytarzu wśród huku padających bomb; mur, który nas dzieli, runął tylko na przeciąg sekund. Może na ułamek sekundy obudziło się w nim sumienie. Za późno!
W chwili pełnej grozy, kiedy stałam obok niego, ogarnął go śmiertelny strach i ja byłam tego świadkiem. Dzięki temu czuję grunt pod nogami i mogę opowiedzieć o Heisigu, który został aresztowany w moim mieszkaniu i podobno był dezerterem. Nie wiem, co się z Heisigiem stało, ale to chyba da się stwierdzić, należałoby jego zapytać, czy wiedziałam coś o jego planach. I tak wydaje mi się wątpliwe, czy naprawdę nosił się z zamiarem ucieczki.
Jaross pyta o nazwisko mego referenta. Odpowiadam, że panowie z Gestapo nie przedstawili mi się. Ton, którym się tam mówi, jest dość szorstki. Jaross przyrzeka mi, że zapyta Kesslera, nadprokuratora sztabu, i Grögera, generalnego prokuratora, i poleci poszukać moich aktów w Gestapo.
Jego gorliwość jest dla mnie wielką niespodzianką.
Tak więc za dwa dni zjawia się woźny sądowy i zabiera mnie na rozprawę.
Stoję właśnie przy zlewie i zmywam rosenthalowską porcelanę, gdy rozlega się wolanie Hüsgena: - Matko Mario - jest to jego codzienny dowcip - sąd idzie.
Serce wykonuje gwałtowny skok. Sąd idzie.