Sąd specjalny w twierdzy
Szybko zabieram płaszcz z celi. Kobiety są przerażone: - Co się stało?
Ondrusch trzyma rękę na klamce. - Jazda, jazda! - krzyczy. - Szybko. - Nie ma przecież nic innego do roboty, jak nas poganiać.
- Rozprawa! - wołam do moich towarzyszek w celi, a ich ręce z kciukiem ukrytym w garści wyciągają się do mnie na pożegnanie. Oznacza to “Szczęść Boże!”.
W biegu zawiązuję chustkę na głowie i wychodzę przez bramę w towarzystwie woźnego sądowego mijając wartowników. A więc tak wygląda teraz ulica! Jak długo już jej nie widziałam, sześć tygodni? Sześć lat!
- Niech pani nie łazi tak powoli - mówi woźny. Ale pan Schnabel nie budzi lęku. Ma na sobie zielony mundur i zbyt dużą czapkę. Jego członki są jakby nieodpowiednio umieszczone, jest mały i ma czerwony, spiczasty nos. Obok wspaniałych figur Nickla i Hüsgena, olbrzymiego, masywnego Ondruscha, obok ułańskiej figury szefa, do którego obecności i widoku już się przyzwyczaiłam - pan Schnabel wygląda jak karzeł. Dlatego też idę powoli. Patrzę na miasto jak na senne widziadło. Przestawiłam się zupełnie na atmosferę piwnicy i sztucznego światła, na stałą obecność Thiemego i więźniów i na to, że “podziemie to mój dom”.
Znaliśmy wojnę tylko z jej odgłosów i opowiadań. Teraz widzę porozbijane domy, wypalony wielki dom towarowy Wertheima, działa na Placu Zamkowym; obcy świat dociera do przewrażliwionych zmysłów.
Schnabel przechodzi przez niską barykadę, ja obieram drogę przez górę wyrzuconej ziemi i po chwili stajemy przed gmachem sądu.
Długie, szerokie korytarze, kompletne bezludzie, schody piwniczne, tekturowy szyldzik na drzwiach: “Przejście”. Schnabel otwiera drzwi.
Siedzimy w pozbawionym okien, wąskim, oświetlonym pomieszczeniu piwnicznym, na starej, zielonej, pluszowej kanapie. Naprzeciw nas stoi ławka drewniana. Na dworze rozlegają się głuche detonacje. Nadchodzą dwie kobiety i mężczyzna i siadają; mówią jakimś nowym, obcym językiem i z niewzruszonymi twarzami wspominają, jakby od niechcenia, o strasznych rzeczach. Mówią o jakimś starym, nieżyjącym mężczyźnie, o zwłokach, które leżą od przedwczoraj, o działach z długimi lufami, o jakiejś wypalonej do cna ulicy. Jest również mowa o jakimś pogrzebie, podczas którego zginęły trzy osoby. Potem odchodzą.
Nie mogę zebrać myśli i czuję chaos w głowie. Na drzwiach wisi tabliczka:“sąd specjalny”. Otwiera się w nich szpara i męski głos wywołuje moje nazwisko. Schnabel pociąga mnie za rękaw i wprowadza mnie. Przez chwilę czuję szalone osłabienie i nudności, potem staję przed sądem kapturowym Trzeciej Rzeszy.
Wokół małego stołu siedzi pięciu mężczyzn. Mają na sobie czarne togi, spod których wyzierają spodnie wojskowe, na twarzach maluje się obojętność, nikt nie podnosi głowy. Nie ma żadnych świadków, nie ma obrońcy. Przewodniczący odczytuje personalia. Przed nim leżą akta, protokół i statut. Pyta, skąd znam Heisiga, czy wiedziałam, że miał z sobą walizkę z cywilnym ubraniem, pyta, jak długo przebywał w moim mieszkaniu i dlaczego zataiłam jego obecność przed patrolem Wehrmachtu, a nawet wręcz zaprzeczyłam, że jest u mnie. Przechodzi akt oskarżenia punkt za punktem patrząc w protokół i w końcu pada pytanie o tę nieszczęsną historię z szafą. Znów wyjaśniam, że to była kryjówka, przeznaczona dla matki i dla mnie. Więc w jaki sposób doktor się tam znajdował? Zrobiło się późno, prosił, abym mu pozwoliła zanocować. Czy miał odsuwać szafę specjalnie po to, aby przespać tę jedną noc? Przeszedł przez szafę, bo tak było o wiele prościej.
Jak Heisig uzasadniał fakt, że kazał sobie przynieść cywilne ubranie?
Chciał swoje rzeczy umieścić w bezpiecznym miejscu, zostawił walizki u różnych znajomych. Nie widziałam w tym nic podejrzanego.
W jaki sposób mógł w ogóle wydalić się z lazaretu?
W szpitalu nie było przecież jeszcze rannych, tylko kilku chorych, a poza tym sztab personelu i lekarzy był dostatecznie wielki. Mógł zatem opuścić lazaret i pozwolić sobie na mały odpoczynek.
Czy piliśmy wino?
Tak. Nie była to żadna hałaśliwa uczta, ale po prostu podczas rozmowy siedzieliśmy dokoła stołu i każdy miał kieliszek wina przed sobą.
Powinnam była przecież wiedzieć o tym, że w twierdzy nikt nie ma prawa samowolnie zwalniać się z pracy.
Nie miałam pojęcia o tym, co to jest twierdza. Wojskowe sprawy są mi zupełnie obce. Poza tym doktor Heisig mówił, że lekarz sztabowy Köhler oddalił się również na dwadzieścia cztery godziny. Nikt się o to nie troszczył, mimo że fakt ten miał wszystkie pozory ucieczki! Człowiek siedzący za stołem uważa to widocznie za punkt zaczepienia i ożywia się nagle: W ten sposób Heisig zdradził wyraźnie swoje zamiary! Nie, wprost przeciwnie, słowa te rozwiewały wszelkie wątpliwości, nawet gdyby takie w nas powstały, bo przecież Heisig też mógł dysponować swoim czasem.
Potem podnosi się młody człowiek z czarnym, hitlerowskim wąsikiem, siedzi po prawej stronie stołu. Wydaje się, że wszystko rozmyślnie i całkowicie pojmuje na opak. Usiłuję opanować zdenerwowanie i postanawiam uważać bystro, gdyż rozumiem jasno, że teraz przemawia prokurator.
Opisuje, jak doktor Heisig, niepomny swoich obowiązków i ulegając nałogowi pijaństwa, urządzał orgie w moim mieszkaniu i jak to we dwójkę obmyśliliśmy plan ucieczki. Za pośrednictwem nie podejrzewającej niczego i nie wtajemniczonej osoby postarałam się o ubranie cywilne. Doktor Heisig liczył na to, że nieobecność doktora Köhlera nawet po czterdziestu ośmiu godzinach nie została zauważona. Ukrył się za szafą z garderobą, a ja przemilczam jego obecność, gdy mnie o niego pytają. Bezczelnie usiłowałam wprowadzić w błąd patrol wojskowy, dopóki nie wyciągnięto go z kryjówki jako corpus delicti w jego własnej sprawie. Zamiar ucieczki jest jasny jak słońce, fakt udzielonej mu przeze mnie pomocy został udowodniony.
Myśli wirują w mojej głowie z błyskawiczną szybkością, krew pulsuje przyśpieszonym rytmem, chaotycznie napływają wszystkie wspomnienia, z których wyłania się twarz i głos zmarłego.
Czy nic nie wiedzą o wszystkich okropnościach, które te fakty poprzedziły? Czy też nie chcą o tym wiedzieć? Muszę milczeć, nie wolno mi przypomnieć, jaką nagonkę zrobili na niego, aż w końcu musiał się ukryć, nie wolno mi powiedzieć, że potrzeba im ofiar, które byłyby ostrzeżeniem, i że tylko przyzwoici ludzie mogą być tymi ofiarami, bo łotry i tak są im powolne. Ale Heisig dwukrotnie wywinął im się z rąk i ujęli go naprawdę dopiero wtedy, gdy wpakowali mu kulę w plecy. Heisig po raz pierwszy uciekł z sądu polowego, po raz drugi zaś z samochodu.
To nie jest chlubna karta W karierze pana Kesslera.Doktor umiera jako dezerter, pochwycony przez patrol Wehrmachtu, i to umiera bardzo szybko.
Dziś też nie pada ani jedno pytanie na temat przyczyn ucieczki, związków przyczynowych, znajomości z Bułgarami, kontaktów o politycznym charakterze.
Matka moja, pragnąc w swej gorliwości polepszyć moją sytuację i wzbudzić litość w światowym i uprzejmym panu Kesslerze, opowiedziała wówczas niejedno wierząc, że ten chce mi przyjść z pomocą. Ale Kesslera interesowało tylko to, co mogło upiększyć fakt dezercji Heisiga, dla niego sprawa Heisiga zaczynała się dopiero od momentu znalezienia go w moim mieszkaniu. Również dla generalnego prokuratora sprawa zaczynała się dopiero tam, gdzie się właściwie kończyła.
Doktor Gröger oskarża mnie o pomoc w dezercji i żąda kary śmierci.
Przewodniczący pyta, czy mam jeszcze coś do powiedzenia. Myśli ledwo się pojawiły, już znów utonęły w głębokich przepaściach. Teraz mam mówić! Zaledwie mogę zebrać myśli. Oni kłamią krążąc dokoła prawdy, a prawda też nie powinna być prawdziwa. Nie wolno mi było wiedzieć, że udzieliłam gościny człowiekowi ściganemu, nie wolno mi było wiedzieć, że radzieckie czołgi potoczą się wkrótce bez trudu przez nasze barykady, że Adolf Hitler kosztował nasz naród wiele łez i krwi, że Heisig został wprowadzony w błąd, był śledzony, aresztowany i musiał uciekać.
Woźny sądowy chrząka cicho i ostrzegawczo: - hmmm. - Prokurator Gröger zniecierpliwiony stuka ołówkiem. Dla niego to wszystko trwa już za długo.
I tak jak rozwiewa się zasłona z ciężkiej mgły i nagle ukazuje się droga, tak olśniewa mnie nagle pewna myśl i wraca mi przytomność umysłu.
…W lutym pojawiło się w gazecie zarządzenie komendanta twierdzy. Porucznik policji, który czasami przychodził do kuchni, ten sam, który słyszał “zbliżające się pukanie”, podsunął mi gazetę poprzez stół i pokazał palcem zarządzenie. Wtedy nie rozumiałam, w jakim celu to robi.
Zarządzenie brzmiało: “Wszystkie osoby cywilne, które w twierdzy udzielają osobom wojskowym schronienia lub noclegu, będą pociągnięte do odpowiedzialności za pomoc w dezercji. Za pomoc w dezercji grozi kara śmierci”. Zarządzenie nosiło datę piętnastego lutego i wchodziło w życie od chwili ukazania się.
A więc dezercja, i to przed piętnastym lutym, oto jest droga! Teraz już mogę mówić:
Heisig z całą pewnością nie miał zamiaru uciekać, o swoim lazarecie i o pracy mówił zawsze tylko z entuzjazmem. Jakiekolwiek podejrzenie z mojej strony byłoby zupełnie bezsensowne i nie dałoby się niczym uzasadnić. Wziął urlop na jeden dzień i na drugi dzień rano miał wrócić do lazaretu. Heisig przeprowadził zresztą kilka rozmów telefonicznych, parę osób znało miejsce jego pobytu, a nawet panna Runke, której wcale nie znałam, mogła podać jego adres. Wydała przecież jego walizkę, a fakt, że rozdzielił swoje rzeczy żyjąc w zagrożonym mieście, wydał mi się bardzo przekonywającym środkiem ostrożności. Czy tak beztrosko pozwoliłabym mu zostać w moim mieszkaniu, gdybym miała tego rodzaju podejrzenia, jakie dziś sąd wysuwa? Z końcem stycznia absolutnie nikt w mieście nie wiedział, gdzie jest front i w jakiej odległości przebiega. W jaki sposób Heisig mógłby przedostać się na radziecki front? W jaki sposób byłby się przedostał przez linię frontu? Jako lekarz sztabowy, który się wybrał na przechadzkę, czy też jako cywil bez palta i kapelusza? A zresztą dlaczego miałby uciekać? Przed czym?
W ten sposób usiłuję pobić sąd jego własną bronią, gdyż oni wiedzą równie dobrze jak ja, dlaczego i przed czym Heisig uciekał. Po przemówieniu prokuratora stawianie tego rodzaju pytań przestało być dla mnie niebezpieczne. Oszczędza się Kesslera nie ujawniając błędu, który popełnił. Teraz nie zmienią już programu…
Poza tym nie urządzaliśmy żadnych orgii, na to czasy były zbyt poważne, przyszłość zbyt niepewna!
Usiłuję osłabić oskarżenie twierdząc, że wszystko oparte jest na przypuszczeniach, usiłuję zepchnąć sprawę Heisiga z walizką, kryjówką i innymi zagadkowymi zjawiskami na tor o wielu zwrotnicach. Na koniec pozostaje jeszcze jedna sprawa: dlaczego kłamałam i przeczyłam, gdy rzekomy patrol wojskowy zjawił się w nocy w moim mieszkaniu.
- Która kobieta powiedziałaby w takiej chwili “tak”? Wydawało mi się, że będzie znacznie lepiej, jeśli mężczyźni wyjdą, a Heisig wróci następnego dnia do służby. Człowiek przeżywa moment lęku, gdy nagle w nocy pojawiają się w mieszkaniu mężczyźni w mundurach, a lęk wywołuje zmieszanie. W tym zmieszaniu posunęłam się za daleko. Gdy się zorientowałam, że lepiej zrobiłabym mówiąc prawdę - a stało się to w chwili gdy zwrócono mi uwagę, że sytuacja jest poważna - wyjawienie prawdy było już rzeczą niemożliwą, gdyż wówczas zeznając, że Heisig był jednak w moim mieszkaniu i ukrył się w pokoju za szafą - obciążyłabym go w niedwuznaczny, nieodpowiedzialny sposób. To musiałoby niewątpliwie obudzić podejrzenia. Byłam święcie przekonana, że Heisig nie ma nic na sumieniu, i zorientowałam się, że nawarzyłam piwa, sama nie wiedząc, jak to potem będzie można wytłumaczyć i naprawić. Starałam się więc tylko sprawę zlikwidować i w nadziei, że patrol wojskowy wkrótce się oddali, zaprzeczałam w dalszym ciągu.
W ten sposób do tego doszło.
W końcu mówię o zarządzeniu komendanta. Wypadek wydarzył się trzydziestego pierwszego stycznia. Obwieszczenie komendanta pojawiło się piętnastego lutego. Gdyby zakaz obowiązywał wcześniej, to znaczy wówczas, gdy się to wszystko zdarzyło, cała ta historia nie mogłaby w ogóle mieć miejsca. Wobec tego nie można stosować kary za coś, co mogło się stać tylko dlatego, że nie było jeszcze zarządzenia.
Trochę zawiła mowa obrończa z “gdyby” i “jednak”, ale podczas gdy mówię, wszystko jasno układa mi się w głowie i znów odzyskuję grunt pod nogami.
Gdzieś z daleka przenika przez mury piwniczne głuchy grzmot: to jest moja muzyka! Dudnienie armat, świst i trzask rozpryskujących się granatów, głęboki, gwałtowny werbel organków stalinowskich.
Tych pięciu mężczyzn, którzy ze spuszczonymi oczami siedzą przede mną za stołem, pięciu niewolników narodowego socjalizmu, służy migocącemu ogarkowi, który już dogasa. Tu, w tym samym miejscu, od tygodni stają przed tym samym sądem ludzie, którzy nie stosują się już do ich ustaw, sabotażyści, którzy odmawiają dalszej pracy, ci, którzy słuchają wrogich audycji radiowych, defetyści, buntownicy, dezerterzy i ich pomocnicy. Czuję, że jestem jedną z tego tłumu sióstr i braci, którzy przechodzą przez te trzy bramy, gdyż wypowiedzieli wojnę Trzeciej Rzeszy i walczą o najlepszą sprawę na świecie; pewność, która w owej chwili przenika mnie z tak wielką siłą, sprawia, że obawa śmierci rozwiewa się.
Sąd udaje się na naradę.
Schnabel prowadzi mnie do sąsiedniego pokoju.
Znów siedzimy na zielonej kanapie. Mam uczucie jakbym była wypchaną lalką, a sąd teatrem i teraz właśnie była przerwa. Schnabel więcej się interesuje wyrokiem niż ja. - Niech się pani tylko nie boi - mówi - nie wierzę, aby panią… - rozstrzelali - dodaje.
Wymawia to w chwili, gdy jeden z sędziów przechodzi przez pokój, i mówi to dość głośno, raczej do tamtego, jak gdyby on, Schnabel, woźny sądowy, był rzeczoznawcą. Poczciwy Schnabel!
Po podnieceniu, wywołanym przesłuchaniem, czuję się bardzo znużona i siedzę tak wyczerpana obok Schnabla, jakbym tkwiła w jakimś obcym, przypadkowym ciele. Umrzeć? Możliwe. Ostatecznie każdego to kiedyś czeka. Idea, której chciałam służyć, jest zwycięzcą. - Jestem zmęczona. A ci, którzy mnie sądzą, też kiedyś będą sądzeni. To, co mnie porwało przed kilku minutami, było zbyt silne, aby mogło trwać, ale gdy raz taka myśl powstała, gdy raz obudziło się takie uczucie, siła idei, przyświecającej z daleka, chroni mnie przed trwogą.
155
Potem znów staję przed stołem. Pięciu mężczyzn nałożyło czworograniaste czarne birety sędziowskie. Jest to widok, który mi natychmiast przywraca trzeźwość umysłu. Okropne okrycia głowy, które powagę chwili sprowadzają do poziomu widowiska w teatrze marionetek. Pod biało tynkowaną ścianą, w jasnym blasku światła elektrycznego, stoi Schnabel w swoim zielonym mundurze; kolana mu drżą i słucha z nabożną uwagą.
Prokurator odczytuje formułę wyroku i jego uzasadnienie:
Cztery lata więzienia za pomoc w dezercji i pozbawienie czci na przeciąg trzech lat za niecne zachowanie się w związku z dostarczeniem odzieży cywilnej, potrzebnej do ucieczki. Oskarżona powinna była poznać z zachowania lekarza sztabowego Heisiga, że ten nosi się z zamiarem dezercji.
Cztery lata? Ależ to szaleństwo! Przecież to wszystko nie może już potrwać długo!
Schnabel odprowadza mnie do więzienia. Biegnie szybko, widocznie coś wisi w powietrzu; ludzie na powierzchni ziemi mają już doświadczenie w tym kierunku. Ulica jest zupełnie wyludniona. Na jezdni leży trup, którego przedtem nie widziałam. Schnabel krzyczy: - Prędzej, prędzej!
Dzwoni jak na alarm. Ondrusch otwiera drzwi piwnicy. Szum motorów zbliża się coraz bardziej.
Jeśli kiedyś wydostanę się stąd żywa, to wtedy już nie będzie strzelaniny, umilknie broń pokładowa, armaty, karabiny, działa przeciwlotnicze umilkną na całym świecie. I to stanie się wkrótce.