Maria Langner "Ostatni bastion"

Kuglarze

W kancelarii przyjmuje mnie Hüsgen, zapisuje w księdze i odzywa się uprzejmie: - No, jak tam było?

  • Cztery lata - odpowiadam.

  • Ciężkie więzienie - mówi Schnabel.

Nadchodzi Nickel. - Zetną głowę? - pyta z zainteresowaniem. - Ciężkie więzienie - mówi Hüsgen.

  • Cztery lata - dodaje Schnabel.

Zjawia się Wanda. Płacze, obejmuje mnie i zachowuje się tak, jakby wierzyła w te cztery lata.

156

Odwijam rękawy i zabieram się do zmywania naczynia, od którego mnie odwołano przed godziną. Dzwoni telefon.

  • Ciężkie więzienie - mówi Hüsgen - cztery lata… a potem mówi - tak jest.

Czemu tyle o tym mówią, zwykle wyrok nie wywołuje tyle szumu. Nie jestem ładna, nie jestem młoda ani elegancka, jestem robotnicą, łataczką spodni. Nie, przy całej kobiecej próżności trzeba przyznać, że nie oczarowałam nikogo i nie w tym leży sedno sprawy.

Skończyłam zmywanie i zamierzam schować do szafy marynarkę Thiemego, którą tymczasem odprasowano. Wchodzę do sąsiedniego pokoju Hüsgen rozmawia z Thiemem. - Jak pani to właściwie zrobiła? - pyta Thieme.

  • Co ja takiego zrobiłam?

Hüsgen śmieje się. - Wszyscy myśleliśmy, że dostanie pani wyrok śmierci. - Mówi to takim tonem, jakbym miała dostać odry albo otrzymać list.

Niekiedy lepiej jest nic nie wiedzieć, niż spojrzeć za kulisy. Tygodniami całymi czatowałam, aby podpatrzyć wszystkie ich odruchy, analizowałam spojrzenia i urywki rozmów, a jednak nie zauważyłam tego, co powinnam była wyczuć.

Oczywiście, moja sprawa nie wywoływała w nich wcale zdenerwowania. Wyjątkowym zdarzeniem jest tylko to, że spodziewana sensacja nie nastąpiła i otrzymałam tylko karę ciężkiego więzienia.

Stoję przy szafie z marynarką w ręku, ze znienawidzoną marynarką znienawidzonego Thiemego. Nagle dzieje się coś niepojętego. Thieme staje tuż za mną. Opiera czoło o moje plecy i mówi cicho i po prostu: - Nasza mateczka.

Jestem tak wstrząśnięta, że czuję, jak mi się robi słabo i muszę się oprzeć o szafę.

Tego naprawdę nie można znieść. Thieme musi być pijany. Jak to być może, że właśnie on jest tym, który wyciska mi łzy z oczu, pierwsze łzy od wielu lat, i nawet nie wiem, dlaczego: czy dlatego, że Thieme, który jest mordercą, wypowiada to piękne i pobożne słowo, dla mnie tylko przeznaczone, czy też dlatego, że słyszę je z jego ust, z których zwykle wydobywają się tylko przekleństwa i ordynarne słowa, a może jest to tylko poczucie samotności, nie wiem. Może to chwila objawienia. w której pojmuję, że pod straszliwym i bezładnym rumowiskiem ludzkich uczuć żyje jeszcze nędzna iskierka, najodleglejsze, zapomniane wspomnienie lat dziecinnych i matki, niby ostatni cichy ton pieśni, której echo leci nad wypalonym stepem nieludzkiego serca, a może nieodwołalność winy Thiemego lub nagły lęk przed poufałym gestem - nie potrafię tego rozstrzygnąć, czuję tylko nieskończone dobrodziejstwo łez, w których roztapia się cały mój ból.

Thieme nalał pełną filiżankę wina. Wychyla ją jednym haustem. Hüsgen zawołał Nickla i coś ze sobą szepczą. Potem Nickel podchodzi do mnie.

  • Proszę za mną - mówi Nickel.

  • Dokąd?

  • Do celi. Muszę panią zamknąć.

  • Dlaczego?

  • Szef tak rozkazał.

  • Przecież szefa wcale tu nie było.

  • Telefonicznie. Dzwonił i pytał, czy pani już wróciła.

  • Jaross chyba oszalał.

  • Szkoda gadania - mówi Nickel. - Nawet jeśli oszalał, ja muszę słuchać. Rozkaz to rozkaz.

Niech mi pan przynajmniej pozwoli wpierw pozmywać naczynie i posprzątać kuchnię - powiadam i myślę po cichu: z czasem znajdzie się jakaś rada.

  • Nie - mówi Nickel i wskazuje mi kierunek dużym kluczem więziennym.

Z opuszczoną głową kroczę koło niego wąskim korytarzem wzdłuż pojedynczych cel. Już nie więźniarka w śledztwie, ale zasądzona - spadłam o sto stopni niżej. Jaross wydał rozkaz zamknięcia mnie. Wzbiera we mnie nienawiść i gniew. Waliłabym pięściami w te jego gładką twarz, w tę bezduszną facjatę pedanta. Może sądzi, że ukradnę mu jego wielką lupę, sowę z brązu albo srebrny nóż, ponieważ dostałam karę ciężkiego więzienia. Szukałam w nim ludzkich uczuć może dlatego, bo jest przystojny, bo pachnie wodą kolońską, bo mów! “proszę” i “dziękuję”, a on tymczasem nie jest niczym więcej niż wypielęgnowanym manekinem o niebieskich jak niezapominajki, porcelanowych oczach i nie powinna go ominąć szubienica. Wstydzę się i natrząsam z samej siebie, że fałszywie go oceniłam, mimo że powinnam lepiej znać się na ludziach. Wstydzę się, że jako więźniarka uważałam kontakt z szefem za wysoki zaszczyt osobisty, że uważałam, iż jest sympatyczny. Odczuwam pewnego rodzaju złośliwą radość, że się pomyliłam i wpadłam.

W chwilach gdy człowiek stwierdza, że sprzeniewierzył się samemu sobie, zawsze drwi i wyśmiewa się z siebie.

Jaross wydal na mnie wyrok, pozbawił mnie pracy i rozkazał mnie zamknąć. Thieme, który nie zawahałby się zastrzelić mnie własnoręcznie, gdyby tego żądał wyrok, nazywa mnie “mateczką” i z litości nade mną wypija jednym haustem całą filiżankę wina. W więzieniu Sicherheitspolizei należy oduczyć się myślenia.

Tymczasem Nickel otwiera drzwi: pojedyncza cela z podwójnymi drzwiami jak dla furiatów, mała, ciemna, zimna, ślady rozduszonych pluskiew na tynkowanej ścianie, prycza, klozet, wszystko szare, szare, szare. Stoję obok Nickla na progu i jeszcze się waham. Nickel nie mówi ani słowa. Wie, że nie chcę wejść do tej celi, nie chcę, nie chcę… a jednak muszę.

Rzuciłam płaszcz obok siebie i siedzę na brzegu pryczy. Jest zimno, ale płaszcz rezerwuję sobie na chłód nocy. Za dnia należy okryć się kocem, tak mnie nauczył Giesicke, poczciwy Giesicke, który przynosił jedzenie i koce i który miał łzy w oczach, gdy rozstrzelano pięciu chłopców. Teraz leży z postrzałem w brzuch w głębokiej piwnicy, w lazarecie położonym w schronie, w piekle rannych, o którym opowiadała niedawno młoda pielęgniarka w celi numer osiem.

Wszystko jest na opak, myślę. Giesicke, który jest dobrym człowiekiem i zaciska pięści, gdy wymawia słowo “Hitler”, musiał dostać kulę w brzuch. Heisig, który musiał uciekać, bo powiedział prawdę, zostaje złapany i postawiony pod ścianę. Thieme, który zastrzelił setki niewinnych ludzi, jest szanowanym człowiekiem i chełpi się swoją wiernością. Nosi mundur, w którym widzi swoje lepsze “ja”, i dostaje napadów melancholii, ponieważ jego zmięty mundur został odprasowany. Jaross, który jest pedantem i człowiekiem bez serca, pragnie uchodzić za bohatera. Wydaje rozkaz zamknięcia mnie, bo wiem, że nim nie jest.

Kessler określa wielkie widowisko, jakie urządził w moim mieszkaniu, jako skromny rekonesans patrolu wojskowego i w ten sposób pokrywa swoją kompromitację. Nie może się zdarzyć prokuratorowi wojskowemu, aby mu więzień dwukrotnie umknął. Zwalnia mnie z niebezpiecznego pola minowego, jakim jest krąg jego działalności, ponieważ w mojej obecności nie może mówić o wymyślonym przez siebie patrolu wojskowym, i w ten sposób staję przed sądem specjalnym. Naiwny wykręt, który jednak pod względem prawniczym jest bez zarzutu, ratuje mnie od wyroku śmierci, a Heisig, martwy dezerter, musi milczeć, nie może się wypowiedzieć nawet przez moje usta.

A teraz jest wszystko jak najlepiej załatwione… co za niezręczne sztuczki kuglarskie. Co za nędzna hołota dorwała się do najwyższej władzy, a naród ujarzmiony, z pochylonym karkiem, obawia się, iż jego diabelski bóg mógłby zostać obalony, i drży przed wyzwoleniem, przed oślepiającym światłem prawdy. Ale płomień prawdy wzbija się coraz wyżej i wyżej. Przychodzą mi na myśl słowa Heisiga, wypowiedziane owego wieczora gdy dowiedzieliśmy się, że front został przełamany, a Bettina rwała się do tańca. “Twierdza to ostatnia próba ogniowa, przez którą nas pędzą. Ale ponieważ jest to już ostatnia… wszystko jest jasne i wszystkie nadzieje spełnione”.

Tak sugestywne są myśli, które pozostawił po sobie człowiek nie żyjący, że zimna ciemna cela jakby się odmieniła, a najgłębsze, ludzkie upokorzenie nabrało nagle znaczenia ofiary: ofiary, która musi zostać spełniona, aby mogła żyć prawda. Nie ma w tej świadomości nic z fałszywej mistyki, nic z abstrakcyjnych nakazów, niepojętych zrządzeń losu, gdyż ci wszyscy, którzy występują w imię prawdy, aż do ostatniej chwili niepomni na niebezpieczeństwo śmierci, nie dopuszczą do tego, aby bilans Hitlera został wyrównany.

A bilans przewidywał następujące pozycje: jeden naród, jedna rzesza, jeden führer. I o ile rachunek - jeśli chodzi o rzeszę i führera - zgadza się w zupełności, o tyle jeśli chodzi o naród, nie zgadza się absolutnie, gdyż coraz więcej odpada zwolenników führera, a tym samym końcowy wynik bilansu nie może być dodatni. Mogą nas zamykać, ucinać nam głowy… im pełniejsze są więzienia, tym mniejsza staje się pozycja “naród”, a tym większa liczba tych, których można nazwać Niemcami nie rumieniąc się ze wstydu.