Nikczemnicy
Dwa razy dziennie otwierają się drzwi celi. Nickel, Ondrusch albo Bawarczyk Fryc przynoszą jedzenie, poza tym jestem samotna w dzień i w nocy. Cela jest wąska, nie można w niej chodzić. Prycza jest pogryzionym przez robaki, starym drewnianym sprzętem, który ma chyba ze sto lat. Winni i niewinni dotykali tego drzewa. Wciąż od nowa usiłuję wyobrazić sobie, kto był już przede mną w tej celi. Ale postacie te nie nabierają życia, tylko zgroza ich przeżyć jest w celi i we mnie.
Przez wiele godzin w ciągu dnia myślę o moim domu, o tym uosobieniu ciepłej atmosfery domowej, w którym pamięć szuka poszczególnych pięknych, ulubionych przedmiotów: ciemnowiśniowej chłopskiej skrzyni, ozdobionej rzeźbionymi liśćmi barwy jesieni, małpki porcelanowej w witrynie, jasnej firanki, chroniącej od promieni słonecznych i zamieniającej światło lata w miękki półmrok, talerza ściennego na którego błękicie odcina się jasnowłosa głowa kobieca - cała ta harmonia wszystkich skromnych, niekosztownych przedmiotów, składających się na pojęcie “domu” - wszystko to padło pastwą płomieni. A jednak potrafię myśleć o tym bez goryczy. Życie w celi jest już niemal nekrologiem, tam za kratami ginie nierealny świat, a płomienie zniszczenia zżerają to, co zbudowała ręka ludzka i co nazywa się stanem posiadania.
Moja cela jest sarkofagiem, a zamiłowanie do bawienia się ładnymi meblami i barwnymi talerzami ściennymi wydaje mi się tak błahe. To wszystko było kiedyś i może jeszcze będzie, ale teraz jest bez znaczenia. Ważne jest, aby się moja matka uratowała i abym kiedyś, gdy skończy się wojna i ludzie będą się nawoływali w chaosie, odnalazła moje dzieci. Ważne jest, aby ludzie wreszcie oprzytomnieli w obliczu beznadziejnej nędzy, która będzie końcowym rezultatem całej wspaniałości Trzeciej Rzeszy.
I o Heisigu muszę wciąż myśleć podczas długiej monotonii samotnych godzin. Wciąż na nowo nurtuje mnie pytanie, dlaczego nie strzelał. Sądzę, że ja na pewno byłabym strzelała. Możliwe, że jeszcze raz chciał postawić na tę samą kartę: na ucieczkę. Możliwe także, że nie miał pod ręką broni, gdy sturmführer oślepił go światłem latarki i krzyknął. - Ręce do góry! - Wyskoczył z samochodu. Biedny, mały doktor biegł w cienkich pantoflach domowych po śniegu pragnąc ratować swoje życie. “Stu dziewięćdziesięciu ludzi jest w drodze, powiedział Kessler, aby pana szukać”. To, że Heisig wymknął mu się z rąk, było na pewno pierwszym niepowodzeniem jego życia, poświęconego służbie sprawiedliwości. Widocznie już poprzednio był jakiś zatarg między Kesslerem a Heisigiem. Może chodziło o kobietę, może o wiele kobiet. Kobiety bardzo leciały na Heisiga, Kesslera natomiast unikały. W takich wypadkach ludzie są bardzo mściwi.
161
Mija tydzień w ślimaczym tempie. Przeważnie w celi jest ciemno. Krata w oknie jest zabezpieczona jeszcze jedną wpuszczoną w ścianę kratą z gęstej sieci żelaznej o grubych oczkach. Ponieważ szyby są wybite, Nickel włożył stary, wełniany koc między obie kraty. Muszę zadać sobie wiele trudu, aby szpilką od włosów wydłubać szparę w przedniej kracie i w ten sposób uzyskać odrobinę światła. Jest to karna cela, jedyna w więzieniu, jaka jeszcze była wolna. Nickel obiecał mi, że umieści mnie gdzie indziej, skoro tylko zwolni się jakaś oddzielna cela. Ale Thieme i Hüsgen starają się już o to, aby więzienie stale było pełne, a agenci Gestapo, za każdym razem, gdy przyprowadzają nowy transport więźniów, przyjmowani są jak królowie i odpowiednio goszczeni. Nie ma wielkich widoków na wydostanie się z ciemnicy. Stary Reichelt, jeden z dawnych dozorców więziennych, który na zmianę z Ondruschem i Nicklem pełni służbę klucznika, ulega moim namowom i nie wyłącza na noc światła, a ponieważ w niektórych godzinach jest prąd, nieraz żarzy się nade mną czerwona niteczka węglowej żarówki.
Z Nicklem, który mnie istotnie traktuje jak starą więźniarkę, nawiązałam dziwny i niesamowity stosunek przyjaźni. Opowiada mi rzeczy, o których przypuszcza, że mnie interesują. O trzy domy dalej stoi w piwnicy osiemdziesiąt naładowanych rusznic przeciwpancernych (przypis: Rusznica przeciwpancerna Panzerfaust.). Jeśli w ten dom uderzy bomba, wylecimy wszyscy w powietrze. Albo: Jeśli wojska radzieckie wejdą nieoczekiwanie do twierdzy, wszyscy więźniowie będą musieli się ustawić w korytarzu i Thieme wykończy ich z karabinu maszynowego. On, Nickel, byłby za tym, aby cały ten burdel wysadzić po prostu w powietrze. Na dachu prezydium stoi działo przeciwlotnicze, które na pewno Rosjanie wkrótce wezmą na cel, i wtedy musimy być na wszystko przygotowani. Wcale by się nie dziwił, gdyby artyleria wkrótce zamieniła cały budynek w kupę gruzów. Nickel godzi się na moją propozycję i nie zamyka już zewnętrznych drzwi celi. Zamykają się ciężko, kilkakrotnie już Nickel nie mógł ich otworzyć. W ten sposób znów docierają do mnie znajome szmery z cel i korytarzy, a nawet tony harmonii Thiemego, dźwięki piosenek nadreńskich, śpiewanych przez Hüsgena, śmiech Wandy i rozbrzmiewające coraz mocniej odgłosy uczt wieczornych, nocne wrzaski i krzyki, które niekiedy zagłusza i przerywa huk padającej bomby.
162
Przez Nickla przekazałam Wandzie prośbę, aby mi dostarczono z naszej dawnej wspólnej celi moją małą walizkę i jakąś książkę. Wanda przynosi mi walizkę z fotografiami i “Mein Kampf” Hitlera. Stoimy naprzeciw siebie, ja w celi, a Wanda na progu wyciąga do mnie rękę z książką. Nie wiem, co z tą książką zrobić, ale na tym Wandzie wcale nie zależy. - Jesteś głupia - mówi Wanda - mogłaś się znacznie lepiej urządzić.
- Kto się ostatni śmieje… no, jeszcze zobaczymy - odpowiadam. Nickel nie rozumie ani słowa.
Szef zażądał, aby Wandę przydzielono do jego wyłącznej dyspozycji. Odkąd jest wolna, gra w więzieniu rolę pani domu.
Przez jedną noc mam towarzystwo. Jest to młoda dziewczyna, której ojciec, volkssturmista, posądzony jest o dezercję. Przyniósł mianowicie do domu cywilne ubranie. Matka z młodszym rodzeństwem została ewakuowana, dziewczyna pracowała w przemyśle zbrojeniowym. Nie mówi nic bliższego na temat pomocy udzielonej ojcu i jego kryjówki. Jeśli jutro podczas przesłuchania będzie tak samo stanowcza jak dziś w nocy, sprawa może się dobrze skończyć.
Nazajutrz rano przychodzą po nią. Jest to siódmy dzień kary więzienia, która zdaniem prokuratora Grögera ma trwać cztery lata.
Ondrusch przynosi jedzenie z palcem zanurzonym w misce. Próbuję go przekonać wszelkimi sposobami, aby mi pozwolił siedzieć razem z Ruth i Giselą, które też odsiadują karę ciężkiego więzienia. Przecież nikt nie ma z tego żadnego pożytku, że siedzę tu sama, a on, Ondrusch, dla mnie jednej musi biegać aż na sam koniec korytarza.
Coś się przewala pod ciężką czaszką Ondruscha. Myślenie sprawia mu wysiłek, widać to wyraźnie. - Jazda! - powiada nagle. To znaczy, że jak to się mówi - ziarno padło na podatną glebę. Ruth i Gisela znów siedzą w celi numer osiem, w wielkiej celi dwudziestu kobiet, z której zostałam wygnana za sprawę z zapałkami. To dla mnie wielka niespodzianka. Długo nie widziałyśmy się i mamy sobie dużo do opowiadania. André Giseli został przeniesiony do obozu obcokrajowców. U Giseli wszystko kręci się dokoła pięknego, młodego Francuza, którego kocha i który ją kocha. Marzy, że pewnego dnia André stanie pod więzieniem i przyjdzie po nią, a potem pojadą razem do Paryża i przez całe życie będą nieludzko szczęśliwi. Gisela czeka i marzy, i ufa, i nie powstaje w jej głowie nawet cień myśli, że w jej miłości może być coś zdrożnego. Te dwa lata więzienia są aktem zemsty ze strony żołnierza, który ją bezskutecznie nagabywał, a potem śledził.
Gdy na dworze, rozlega się grzechot karabinów maszynowych, Gisela podnosi głowę, a we wzroku jej maluje się oczekiwanie.
Ruth jest mniej spokojna. Szuka zajęcia i znajduje je w czynnościach, które odwracają jej uwagę. Sprząta celę, trzepie koce, czyści śliną pantofle, zwija włosy w papiloty. W ciągu dnia jesteśmy tylko w trójkę. Przeważnie leżymy obok siebie i rozmawiamy. Dziewczęta są zdumione, gdy im tłumaczę, że wojna jest przegrana i że wkrótce się skończy. Wiedzą tylko to, co dotychczas podawały gazety. Nie cieszy ich zbytnio zapowiedź końcowego zwycięstwa, które rzekomo zbliża się z każdym rokiem, ale do tej pory nie wątpiły w nie ani na chwilę. Każda inna możliwość jest dla nich nowa i niezwykła. Chciwie pytają chcąc się dowiedzieć czegoś bliższego, same opowiadają różne szczegóły z życia rodziny, sąsiadów i gdy im udowadniam, że ich małe otoczenie to wierny obraz narodowo-socjalistycznych Niemiec, są bardzo zdziwione.
Gisela opowiada o André, że wywieziono go z jego ojczyzny do niemieckiego obozu koncentracyjnego, gdzie przedłożono mu do podpisania zobowiązanie do Służby Pracy. W ten sposób dobrowolnie został robotnikiem cywilnym w Niemczech.
Najchętniej dziewczęta przysłuchują się moim opowiadaniom i w ten sposób dowiadują się o dziejach Waltera Heisiga, oczywiście tyle, ile im mogę opowiedzieć. Jak w powieści powiada Ruth. A ponieważ ta powieść zaczyna się w chwili, gdy nadciąga burza, gdy zawierucha wojenna, dotychczas odległa i nieznana, staje się dla nas bezpośrednim niebezpieczeństwem, gdy słowo “twierdza” spada na nas jak grom, opowiadam im o beztrosce Bettiny, o jej nieposkromionej ochocie do tańca i o wieczorze, w czasie którego zjawia się wśród nas Heisig ze swoimi zmartwieniami. Gisela podnosi głowę i przymyka oczy. - Tak dobrze mogę ją sobie wyobrazić - mówi - powinno się je uwiecznić na płótnie, tysiące takich kobiet jak Bettina, tańczących z wdzięcznym uśmiechem na kobiercu z martwych żołnierzy.
Milczymy przez chwilę.
- Laurenza można by też namalować - mówi po chwili zastanowienia wrażliwa Gisela - siedzi na krześle z kości ludzkich obok trumny, która mu służy za biurko, na niej telefon… przy drzwiach stoi zziajany, ranny żołnierz, który chce mu coś powiedzieć… a pod tym obrazem umieściłabym tytuł: “Tylko przez Ministerstwo Propagandy!”
Na korytarzu trzaskają drzwi cel. My trzy tu pod ziemią wywołujemy w pamięci obrazy, postacie z dawnego, odległego świata, z życia przeżytego do końca. Nawet jeśli kiedyś wyłonimy się z naszego podziemnego świata do nowego życia, wspomnienia te nie będą miały już w sobie nic realnego.
Będzie to nowe życie, a wraz z nim rozwinie się nowa zdolność wyczuwania różnicy między pozorami a prawdą, między złotem a szychem.
Długo trwa dzień, który nigdy nie jest jasny. Bez końca wlecze się noc, która nie przynosi snu. Z takich dni i nocy składa się dla nas to bezkresne czekanie; słowa “godzina”, “dzień”, “tydzień” od dawna już są zapomniane.
Czasami śpiewamy cicho na trzy głosy. Jeśli są naloty lub ataki artyleryjskie, leżymy z twarzami ukrytymi w materacach i naciągamy koce na głowy.
Wieczorem wchodzi do celi około dwadzieścia kobiet. Znowu są obce twarze między nimi.
Jakaś wysoka, dobrze ubrana kobieta robi wrażenie wyjątkowo niespokojnej i nerwowej. Jej mąż, kasjer wojskowy, wrócił podobno ze Wschodu i zameldował się w komendzie wojskowej Opowiada, że przez czternaście dni czekał w domu na instrukcje dotyczące jego dalszego przydziału. W zamęcie pierwszych tygodni w twierdzy takie wypadki były zupełnie możliwe. Kasjer wojskowy Stanjek pokazywał się w całym domu zupełnie jawnie. Współlokatorzy zrobili na niego doniesienie i patrol wojskowy przyszedł po niego.
Dziwne, że pani Stanjek mówi o lokatorach domu, którzy widzieli jej męża, podczas gdy prawdopodobnie unikał ulicy. Orientując się w rozwoju wypadków Stanjek, tak samo jak Heisig, liczył się z szybkim wkroczeniem wojsk radzieckich i ukrywał się u swojej żony. Jeśli pani Stanjek uważa, że powinna przed nami zachować pozory, jest to zrozumiałe.
Podczas rozprawy w sądzie specjalnym nieszczęśliwa kobieta dowiaduje się, że wyrok śmierci został już na jej mężu wykonany. Ją również skazują na śmierć. Wieczorem po przesłuchaniu jest we wspólnej celi z nami.
165
Jest to straszna noc. Pani Stanjek krzyczy, płacze i lamentuje za mężem, wykrzykuje, że nie chce umierać, a bez niego tak strasznie jest żyć.
Na froncie dziś widocznie poszaleli. Karabiny maszynowe terkoczą tuż w pobliżu budynku prezydium, można nawet odróżnić poszczególne strzały karabinowe. Ogarnia nas gorączkowe podniecenie i nawet pani Stanjek się uspokaja. Nie ma żadnej wątpliwości, walki uliczne toczą się bardzo blisko, może nawet już pod bramami prezydium policji. Może jeszcze tej nocy odzyskamy wolność. Strzały padają to bliżej, to dalej i gdy w zapierającym oddech napięciu, z dziko bijącym sercem czekamy na wielką zmianę, nagle słyszymy dźwięczny jak organy, rozlegający się dalekim echem głos męski.
Po tylu tygodniach oczekiwania głos ten brzmi niesamowicie realnie, a nie jak głos z zaświatów: to zbliżająca się godzina wolności wysyła w noc swoje ostrzeżenie: - Uwaga, uwaga, tu mówi głos radzieckiego frontu! - Słychać wściekły grzechot karabinów maszynowych, blaszany koń szaleje. Teraz na pewno wkrótce skończy się przeraźliwa wspaniałość Trzeciej Rzeszy. W ciemności nocy płynie nowy, obcy głos: - Idziemy!
Aż do rana trwają walki, których odgłosy oddalają się zwolna w nieokreślonym kierunku. Z głośnika radzieckiego frontu rozbrzmiewa muzyka taneczna, komunikat radzieckich sił zbrojnych, wezwanie do poddania się i zapewnienie o bezskuteczności oporu. Ale rano kobiety znów idą do pracy i wszystko jest tak, jak było.
Pozostajemy znowu same, Ruth, Gisela i ja. Denerwująca noc wyzwoliła w nas nadzieję, a gdy przeszła w ciszę i rozpłynęła się w mroku poranka, znowu ogarnęło nas uczucie bezradności i osamotnienia.
Rozmyślania, zimno, bezczynne leżenie i czekanie nużą bardzo. Jestem w beznadziejnym nastroju.
Ruth i Gisela śpiewają cicho.
Trzy lilie, trzy lilie…Ruth ma słodki, melodyjny, rzewny sopran, Gisela tylko nuci.
Gdy różyczkę chłopiec ujrzał polną…A potem:
Przy stłumionym dźwięku trąb…Pierścień wokół miasta zaciska się coraz bardziej… Przy stłumionym dźwięku trąb…
Otwierają się drzwi celi. Nickel nadzoruje wydawanie jedzenia. Kalefaktorzy napełniają miski. Przez wpółotwarte drzwi widać stojącego w korytarzu Jarossa i Hüsgena. Nie zwracają na nas uwagi.
- Panie sturmbannführerze! - wołam tak głośno, że Nickel spogląda na mnie z przestrachem. Jaross podnosi wzrok. - Chciałybyśmy dostać pracę, nie możemy już tego wytrzymać. Tu w celi można oszaleć. Przecież to chyba nie jest celem kary.
Gisela przyłącza się: - Może mogłybyśmy dostać robotę na drutach?
- I trochę jaśniejszą żarówkę - woła Ruth za moimi plecami.
Jaross rzuca przelotne spojrzenie na kiepskie światło, które zapala się podczas wydawania jedzenia, lekko wzrusza ramionami. Nickel szczerzy zęby w złośliwym uśmiechu i zamyka drzwi celi.
- Dobranoc - mówi Ruth ze smutkiem.
Po pół godzinie przychodzi Hüsgen i wypuszcza nas z celi. Mamy wyładować chleb na podwórzu. Chleby podaje nam z wozu stary człowiek w mundurze, a my ładujemy bochenki do koszy i zanosimy przez podwórze do piwnicy intendenta. W oknie kuchni stoi Theo, gdy nas widzi, robi wielkie oczy, potem za kratą podnosi tęsknie wskazujący palec. Dziewczęta śmieją się głośno, wstąpiło w nie nowe życie. Marcowe powietrze jest chłodne. Dźwigamy kosze z ciężkimi bochnami chleba, nogi zesztywniały, zginanie kolan sprawia nam trudność.
Podwórze jest małe, ma może osiem metrów kwadratowych. Dokoła nas są zakratowane okna, małe czworokątne dziury z odłamkami szkła w miejsce szyb, zaopatrzone w grube kraty żelazne. Na trzecim piętrze więzienia śledczego czernieje dziura po pocisku artyleryjskim. Na środku podwórza leży góra koksu. W wielkiej kałuży pływają pomyje kuchenne nad zatkanym kanałem, na którym od czasu do czasu tworzą się brudne pęcherze. To wszystko, co się tu widzi. A nad tym jaśnieje kawałek błękitnego nieba. Dawniej człowiek rzadko myślał o tym, aby spoglądać na niebo.
Woźnica, przygnębiony i nieuprzejmy człowiek w źle dopasowanym mundurze, nawołuje do pośpiechu. Biegamy tam i z powrotem, kosze są ciężkie, oddychamy szybko i głęboko. Młode dziewczęta dźwigają kosze z łatwością i mają rumiane policzki. Ja czuję takie osłabienie jak po ciężkiej chorobie i dźwigam mój ciężki kosz niechętnie, ale bez protestu.
167
Nagle uświadamiam sobie, jak bezsensowna, męcząca i poniżająca jest nasza sytuacja. Szczęście, które daje wąski skrawek wiosennego nieba, roztapia się w goryczy. Podwórze jest obcym, wrogim terenem. Szaleńcy zmuszają mnie do dźwigania koszy z chlebem, ciężarów, którym nie mogę podołać. To łaska, o którą musiałam prosić. Wzbiera we mnie nienawiść… jak oni nas krzywdzą!
Wreszcie kończymy pracę. Wóz odjeżdża pośpiesznie, z głośnym turkotem. Pukamy do drzwi naszej piwnicy. Ondrusch otwiera. Nie prowadzi nas z powrotem do celi, ale do kobiet obierających kartofle. To, że Ondrusch nie umie myśleć, jest w tej chwili dla nas korzystne. Wie tylko tyle, że nie musimy siedzieć w celi.
W więzieniu czuje się dzisiaj wyraźnie pewne rozprzężenie. Ludzie z SD szepczą nieustannie między sobą, u Thiemego jest małe zebranie. Jaross był w południe o zupełnie niezwykłej porze w więzieniu. Tak samo, jak my, i oni też słyszeli w nocy głośnik i widocznie coś planują. Od strony południowej front radziecki dotarł prawie do śródmieścia.
Jest połowa marca.
Ruth, Gisela i ja zostałyśmy zaszeregowane do kobiet pracujących. Jest to dla nas wielkie szczęście. Znów siedzimy wśród kobiet obierających kartofle. Hüsgen zagląda na chwilę przez drzwi. Chce coś powiedzieć, ale myślami jest gdzie indziej; widać, że właściwie nie dostrzega tego, na co patrzy. Nasza obecność nie budzi w nim zastrzeżeń. Ma większe troski. Hüsgen reaguje najmocniej na każde zaostrzenie się groźnej sytuacji.
Usiłujemy dowiedzieć się od nowoprzybyłych kobiet, co słychać w mieście, jak ocenia się sytuację na froncie. Niestety można stwierdzić tylko, że na ten temat nikt nie umie powiedzieć nic konkretnego. Ludzie siedzą przerażeni, nieprzytomni w piwnicach, czekają i mają nadzieję, nie wiadomo na co. Ci, których wyznaczono do robót przy szańcach, starają się schronić przed bombami i gwiżdżącymi pociskami artyleryjskimi i są radzi, gdy mogą pogonić do domu i stwierdzić, że dom ocalał. Powtarzają raz po raz: - Wszystko jest już niemal całkowicie zniszczone, a gdy nie zostanie kamień na kamieniu, wówczas będzie koniec. - Opowiada się o jakiejś starej przepowiedni, która krążyła po mieście w pierwszym okresie wojny, po kilku nalotach na Wrocław. Podług jakiejś kroniki starego pisarza miejskiego z czasów karet pocztowych bliski już pono jest czas, “gdy przez kraj będzie jechał pocztylion i biczyskiem pokazywał pasażerom: - Tu stało niegdyś dumne i piękne miasto Wrocław”.
Teraz często się zdarza, że przez całe dnie nie ma światła elektrycznego. Kopcące latarnie dają tylko mdły blask i Hase uskarża się na brudną robotę. Malowniczo i upiornie odcinają się surowe profile, zbolałe twarze pracujących kobiet na tle ciemnych ścian ciasnej piwnicy.
Pani Stanjek została ułaskawiona i skazana na ciężkie roboty przymusowe. Nie ma jej wśród nas.
Najbardziej typowym i charakterystycznym zjawiskiem wśród więźniarek jest obecnie pani Runow. Jest wysoka i bardzo chuda, ma na sobie skromny, ciemny płaszcz i chustkę na głowie, spod której wyziera piękna, duża, pełna rozgoryczenia twarz. Pani Runow to uosobienie wierności i uczciwości. Wiele z nas wcale jej nie rozumie. Młodszym kobietom wydaje się staromodna. Stara pani Runow jest osobą, która odda nawet pożyczoną szpilkę, nie zapomni nawet o długu dwóch fenigów i nigdy nie ścierpi nieporządku w swoim życiu. Jest surowa i bardzo moralna i nie może wybaczyć Giseli stosunku z młodym Francuzem. W jej pojęciu Francuz jest pewnego rodzaju Cyganem lub awanturnikiem. Gisela nie powinna zapomnieć udzielonego jej napomnienia i prowadzić uczciwy tryb życia, po odsiedzeniu kary powinna zająć się matką i czekać na przyzwoitego męża.
- Czym pani właściwie się trudni? - pyta stara pani Runow widocznie w zamiarze udzielenia rady, w jaki sposób można by wykonywać zawód w domu, w izdebce matki.
Gisela jest artystką, należała do znanej trupy linoskoczków Camilli Meyer.
Słychać cichy chichot, ale pani Runow nie daje się zbić z tropu. - No to pani musi się nauczyć czegoś innego - proponuje energicznie.
Pewnego dnia wywołuje ją Hüsgen i bez jakiegokolwiek wyjaśnienia oddaje jej obrączkę ślubną męża. Pani Runow nie przeczuwa nic. Runow został rozstrzelany.
Jego żona przez całe życie szła tak prostą drogą, że nie potrafi zrozumieć drogi, która biegnie wśród chwastów i upadków. Granatową czapkę z gwiazdą radziecką Runow przechowywał, jej zdaniem, “tylko na żarty”. Kilku żołnierzy odwiedziło ich i to nie obudziło w niej żadnych podejrzeń. Pani Runow ugotowała im skromny posiłek na małym piecyku w piwnicy. Wiedziała tylko, że mąż jej był tego dnia bardzo wesoły i że wygłosił przemówienie.
- Musiał mieć w czubie - powiada.
Czapka spoczywa w szafie Thiemego, odznakę schował również na wszelki wypadek.
My, które jesteśmy już dłuższy czas w więzieniu, wiemy, że pani Runow jest już wdową. Boimy się powiedzieć jej o tym, gdyż jest pełna nadziei i mówi często o rychłym zwolnieniu. - Dał mi już przecież dzisiaj pierścionek - powtarza wciąż od nowa. - Nie, to już długo nie może potrwać. - A potem opowiada o jednym z ważniejszych wydarzeń w jej skromnym życiu: o kupnie bufetu kuchennego. Wszystko w niej jest przyzwoite, uczciwe i wzruszające. Dotychczas jej życie składało się z szorowania, gotowania i trosk.
Nie bierze udziału w wieczornych szeptach w celi. Wyprostowana sztywno jak wielka lalka drewniana leży na materacu, jakby nigdy nie odczuwała żadnych namiętności, i sądzi, że już jutro wróci z mężem do domu. Może obmyślała w duchu kazanie, jakim go przywita.
Tymczasem rozmowy trwają, biegną cichym szeptem po celi. Nowoprzybyłe opowiadają o swoim aresztowaniu i pragną dowiedzieć się, czy “to” jest bardzo straszne. Większość obawia się rozstrzelania. Wyobrażenie o poczuciu sprawiedliwości gestapowców nie jest zbytnio wygórowane i wszystkie nagle przypominają sobie okrucieństwa, o których słyszały w ciągu ostatnich lat.
Paula, moja pomocnica przy smażeniu placków kartoflanych, trzyma w nocy na kolanach głowę swej małej, pomarszczonej, siwowłosej matki. Dlatego przeważnie siedzi wyprostowana na pryczy. Obie kobiety wymieniają z sobą słowa pełne tkliwości. Paula często pociesza matkę, która bardzo obawia się o los ich ojczulka, małego, garbatego człowieczka. Przez wiele tygodni wszyscy troje żyli w domku położonym w ogródku działkowym między frontami. Czołgali się po ziemi, aby ich nie zauważono, i przymierali głodem. Są to naiwni, prości ludzie, którzy nie mieli żadnych szczególnych zamiarów, tylko po prostu nie umieli sobie poradzić. Paula napisała list do Stalina, który chciała oddać żołnierzom radzieckim i w którym wyjaśniała, że nie są narodowymi socjalistami.
Gdy do ogródka wpada niemiecki oficer, podają mu ten list. Oficer ma na sobie futro, zaniedbaną brodę i wygląda tak, jak sobie wyobrażali Rosjanina.
Sądząc z ich własnej relacji, list do Stalina był muzealnym okazem nieskomplikowanej naiwności.
Ale sąd nie ma poczucia humoru. Cała trójka dostaje karę kilkuletniego ciężkiego więzienia, mimo że pomysł napisania listu do Generalissimusa ujawnia bardzo wyraźnie dziecinny sposób myślenia tych trojga ludzi.
Po prawej mojej stronie leży w nocy niemłoda już Polka, po lewej młoda i piękna żona artysty malarza, Edith Schmidt. Słuchała razem z mężem zakazanych audycji radiowych. Zadenuncjowała ich sąsiadka, która - jak zresztą niemal wszyscy mieszkańcy twierdzy sama też interesowała się zakazanymi wiadomościami, co uważała za rzecz naturalną. Przyczyną nagłej zmiany nastawienia była zawiść. Pani Edith dostała mianowicie od wyjeżdżającej współlokatorki kilka konserw mięsnych, które rozdzieliła wśród wszystkich mieszkańców domu. W ten sposób wywołała niesłuszne podejrzenie, że nieprawnie znalazła się w posiadaniu olbrzymich zapasów żywności. Żądza posiadania, połączona z niskim, w ostatnich latach specjalnie pielęgnowanym instynktem szpiclowania, doprowadziła do złożenia doniesienia na małżeństwo Schmidt: - Słuchali nieprzyjacielskich audycji radiowych. W Gestapo każdy podejrzany jest przestępcą dopóty, dopóki nie można dostarczyć dowodu przeciwnego, a to udaje się tylko w wypadkach, gdy można wykazać się wysokimi i gorliwymi zasługami dla narodowego socjalizmu.
Edith opowiada mi o swym cudownym, harmonijnym pożyciu małżeńskim. Jej mąż, człowiek o subtelnym, wrażliwym umyśle, nie broni się podczas przesłuchań. Nie odstępuje ani na włos od swojej opinii na temat państwa hitlerowskiego i jego führera. Usiłuje udowodnić, że nawet w dwunastym roku panowania Hitlera można bronić swoich przekonań. Artysta malarz Fryderyk Karol Schmidt zostaje skazany na śmierć.
Edith wie o tym wyroku. Mąż jej znajduje się na pierwszym piętrze więzienia w jednej z pojedynczych cel. Nazywa się je celami śmierci. Edith kocha męża ponad wszystko i pragnie go zawiadomić, iż chce umrzeć razem z nim. Thieme przyrzekł jej, że będzie mogła jeszcze raz uścisnąć dłoń męża, gdy przyjdą po niego. Wtedy mu powie, że dobrowolnie chce umrzeć razem z nim.
Na trzeci dzień po wyroku posyłają Edith, która objęła moje miejsce u Thiemego i Hüsgena, do kuchni do Hasego, gdyż tam mają jakąś pilną robotę dla niej. Hüsgen posyła po mnie, abym zastąpiła Edith.
W kuchni koło zasłony stoją ludzie z plutonu egzekucyjnego. Skazaniec, po którego przyszli, jest w sąsiedniej izbie u Hüsgena, który zawołał do siebie jednego z strzelców. Wiem, że teraz otworzą się drzwi i wyjdzie przez nie człowiek, który odbędzie ostatnią swą drogę. Ponieważ odesłano Edith, skazańcem tym może być tylko Fryderyk Schmidt.
Na twarzy człowieka, który ukazuje się w drzwiach, maluje się martwota umarłego. Nic już nie czuje, pogodził się już ze śmiercią. Nie ma w nim już lęku ni przerażenia. Fryderyk Schmidt zostawił za sobą swoich morderców.
To straszne, jaką krzywdę zrobili Edith. Thieme nie dotrzymał przyrzeczenia, ale myślę, że gdyby się w takiej chwili odezwała do męża, może obudziłaby w nim uczucie bólu - teraz nie powinno się już mówić do Fryderyka.
Po godzinie młoda kobieta wraca. Przed trzema dniami wniosła prośbę o ułaskawienie usiłując wytłumaczyć antyhitlerowskie wypowiedzi złym stanem nerwowym swego męża i pełna nadziei czeka teraz na rewizję wyroku. Ale Hüsgen woła ją do siebie i w krótkich słowach wyjawia jej faktyczny stan rzeczy.
W nocy Edith leży obok mnie i płacze bez opamiętania. Nie można jej pomóc, można tylko gładzić jej rękę i włosy. Następnego dnia jest opanowana i dziwnie spokojna, tylko czasem pojawia się w jej oczach błysk nienawiści i to właśnie wtedy, gdy się uśmiecha.
Moja sąsiadka z prawej strony, stara Polka, leży już od trzech tygodni na tym miejscu. Modli się nieustannie i żegna się krzyżem. Zuzanna z Górnego Śląska, która zdjęła ze ściany portret führera i czyn ten musi odpokutować półtorarocznym więzieniem, rozumie mowę starej, pobożnej kobiety.
Polka zgubiła swą rodzinę, gdy wysiedlona przez SS-manów jechała wozem przez granicę. Jedna z córek miała w torebce jej dokumenty. To ściągnęło na starą kobietę, nie znającą nawet niemieckiego języka, podejrzenie, że jest szpiegiem. Zdaniem Gestapo miasto roi się od szpiegów. Nawet mieszkańców odcinków frontowych, które czasowo dostają się z powrotem w niemieckie ręce, aresztuje się jako podejrzanych o szpiegostwo.
172
A przecież dwom zręcznym dziewczętom udaje się oszukać tych czujnych. Lidia i Maria, dwie rzekome Łotyszki, podają, że były przydzielone do Służby Pracy w mieście. Mają papiery i mówią bez zarzutu po niemiecku. Przytrzymano je, ponieważ nie posiadają obowiązujących w twierdzy kart pracy, które kontrolowane są przez grupy miejscowe i muszą być przez nie stemplowane. Lidia i Maria są wyjątkowo sprytne i dobrze poinformowane i udaje im się wykręcić karą więzienia za uchylanie się od pracy. Thiememu bardzo się podoba piękna i delikatna Lidia. Wanda nie spełniła jego nadziei.
Zuza i ja drapiemy się od jakiegoś czasu, a praktyczna Hilda zwraca mi uwagę, abym przejrzała moje rzeczy, których od wielu tygodni nie zdejmowałam. Dotychczas nie przywiązywałam wagi do lekkiego swędzenia i pieczenia na piersiach, nie mam doświadczenia z robactwem. Z przerażeniem stwierdzamy, że kilka z nas ma wszy odzieżowe. Nie będziemy mogły uniknąć złożenia meldunku, choć prawdopodobnie rozkażą nam oddać naszą ostatnią odzież i włożyć jakieś stare pasiaki więzienne.
Hüsgen wpada w wielkie zdenerwowanie. Przeżył w Krakowie epidemię tyfusu plamistego wśród więźniów. Niebezpieczeństwo zarażenia się załogi jest dla niego równie przerażające jak alarm lotniczy lub organki stalinowskie. Na jego twarzy maluje się nieopisany lęk. Obrotny Thieme każe natychmiast napalić w wielkim piecu kotła dezynfekcyjnego. Prowadzą nas celami do łaźni. Musimy nasze rzeczy zapakować w koce i paczkę podać przez rozsuwane okienko. Cienki strumień wody, spływający z kranów do wanien, jest kompletnie zimny. Myjemy się stojąc nago i marzniemy. Ręczników nie ma. Niektóre kobiety nie chcą ściągać bielizny i powstaje gwałtowna sprzeczka.
Hedwig, stara prostytutka, awanturuje się i wrzeszczy nie chcąc się rozebrać: nie ma wszy, jest czystą osobą, a może my sobie wyobrażamy, że z racji swego zawodu jest świnią… my też nie jesteśmy niczym lepszym. - Wy też tylko sprzedawałyście się, wy wytworne, zamężne damy - skrzeczy rozgniewana. Nie łatwo ją namówić, aby się rozebrała; w końcu idziemy na kompromis i pozwalamy jej pozostać w halce. Hedwig mówi, że nie jest tak bezwstydna, aby łazić Hago wśród dwudziestu bab.
Hedwig stale wywołuje niepokój i niesnaski. Gdy wieczorami rozmawiamy, Hedwig gniewa się z całym światem i do każdego ma osobisty żal za to, że ją uwięziono. Jej przyjaciel, bujnowłosy sutener, został rozstrzelany za ograbienie sklepu z papierosami. W sprawę te jest wmieszanych kilku czternastoletnich chłopców, którzy podczas rabunku stali na czatach, a potem uczcili u Hedwig “bałagan w twierdzy”. Hedwig ukryła część łupu. Liczy sobie czterdzieści siedem lat, jest brzydka jak krokodyl, ma rzadkie włosy, małe, mętne oczy i chroniczny liszaj na szyi. Niesposób dojść, na czym polega jej wdzięk. Nie można nawet dopatrzyć się śladów minionej piękności.
Teraz stoi wśród nas narzekając i drżąc z zimna i nie chce wejść do wody.
Stara Polka głośno dzwoni zębami. Wychudzona, wymizerowana jej postać dygoce z zimna. Nagle Hedwig staje się aktywna. Pakuje Polkę do wanny, posypuje ją proszkiem mydlanym i szoruje dziko i gorliwie. Stara kobieta z przerażenia nie może wydobyć głosu. - Jak brutalnie - myślę w duchu. Hedwig jednak odzywa się nagle przyjaźnie i całkiem po ludzku: - Trzeba jej pomóc! - I to była pomoc, jeśli nawet szorstka.
Stoimy teraz wszystkie sine z zimna. Hilda i ja myszkujemy w przyległej, ciemnej izbie, do której drzwi nie są zamknięte. Świecimy sobie latarką bunkrową i w starych jak świat skrzyniach znajdujemy starą jak świat bieliznę: kalesony męskie z drelichu i male podkoszulki z szarego płótna, z długimi rękawami. Wyciągamy tego cale sterty. Jakim dobrodziejstwem jest ta odrobina starej, czystej bielizny! Po pół godzinie zwracają nam nasze rzeczy, jeszcze dymiące parą. Podają nam je przez okienko, nikt nie zauważył naszej smutnej maskarady.
Rzeczy, które wróciły z dezynfekcji, są wilgotne. Przysuwamy się blisko do siebie, aby się ogrzać. Wydaje się, że i Hedwig przezwyciężyła zły nastrój. Jest spokojna jak nigdy dotąd. Hilda i ja po chwaliłyśmy ją, gdyż raz zrobiła coś dla wspólnego dobra.
A jednak w każdym człowieku drzemią dobre instynkty. W następnym okresie okazuje się, że Hedwig jest oddaną i uczynną istotą. Czuje do mnie formalnie słabość, gdyż pewnego wieczora podczas jakiejś sprzeczki, gdy Hedwig ma przeciw sobie całą celę, powiadam, że kobiety jej nie rozumieją. Chodziło mi tylko o to, aby ją uspokoić, tymczasem jej radość z mego rzekomego uznania zawstydza mnie.
Gdy po tygodniu zwalniają Hedwig, wyrabia sobie pozwolenie na wejście do więzienia pod pozorem odebrania pozostawionej koszuli. Mam wrażenie, że jej elokwencji nie mogą sprostać nawet podwójne posterunki u bramy prezydium policji. Dla każdej z kobiet w celi przyniosła coś w upominku: pończochy, przybory do szycia, spinki do włosów, cukierki, jakiś szalik lub inną drobnostkę. Wie doskonale, czego potrzeba każdej z nas i czego sobie każda życzy. Mnie przyniosła czarny fartuch z rękawami, w kieszeni znajduję pięć papierosów i karteczkę: “Dla Marii, gdy znuf zacznie pracować u pana Hasego z pienknym ukłonem od jej Hedwig”.
Trzymam fartuch w ręku, pogrążona w myślach. Każdego dnia człowiek czegoś się uczy.
Wypuszczają również Trautl, której niegdyś podałam zapałki. Jest to mała, zuchwała osóbka, o ciemnej głowie Madonny i bujnej przeszłości.
Trautl opowiada, że był u niej z wizytą żołnierz, którego znała z kuchni w koszarach. Został skierowany na front i przyszedł do niej z butelką wina. Była to godzinka pożegnania, która, tak samo jak wiele odwiedzin żołnierzy w domach rodzinnych, miała smutne zakończenie. Współlokatorzy zrobili doniesienie, żołnierz tymczasem wyjechał na front, a zanim stwierdzono, czy rzeczywiście wrócił do swojej jednostki względnie na front, mijały nieraz tygodnie, oczywiście jeśli rodzina czy żona, u której go widziano, znała jego adres i mogła podać bliższe dane. Trautl podała jako świadków kolegów z kuchni, w której i ona pracowała. Mimo to mijają trzy tygodnie, zanim może wrócić do domu, gdyż każda sprawa, której akta raz znalazły się w sądzie, tylko tam może być rozpatrywana. Trautl, która tak wiele mówiła o tym, że wnet wróci do domu, płacze teraz jak mała dziewczynka: - Dzieci - powiada - tak bardzo was lubię, a teraz muszę was opuścić.
Ale opuszczona jest tylko Hilda, przyjaciółka Trautl, która dzieliła z nią pryczę.
Hilda i Trautl dotychczas wspólnie wykonywały wszystkie prace. Hilda, wysoka, mocno zbudowana, z mrukliwym wyrazem twarzy, nie jest bardzo przystępna. O ludziach mówi raczej bardzo źle, jest nieufna i umie doskonale wykorzystywać każdą okazję. Hilda odkryła pralnię za jakimiś drzwiami. Od pewnego czasu pralnia jest czynna. Gestapowcy i policjanci znoszą całe góry bielizny męskiej, a Hilda tonąc w kłębach pary dyryguje trzema praczkami. Kto z nią dobrze żyje, może oddać swą bieliznę do uprania, jeżeli przez jeden dzień może się obyć bez bielizny.
175
Hilde skazano na półtora roku więzienia. Pokłóciła się z kierownikiem bloku, ponieważ odmówił jej przepustki przez most i skutkiem tego nie mogła odebrać butów od szewca. Podczas kłótni powiedziała: “Może się to kiedyś zmieni, wówczas porozmawiamy z sobą”.
Odkąd wypuszczono Trautl na wolność, zbliżyłam się do Hildy. Hilda w niewiadomy sposób zdobyła błękitną suknię barwy niezapominajek, w rzucik z czerwonych kwiatuszków (coś w rodzaju nieudanej “tyrolki” ze stojącym kołnierzykiem), i ofiaruje mi ją; wreszcie moje stare, męskie spodnie wiszą uprane na sznurze.
Hilda wie zawsze, którą z cel męskich zaprowadzono na golenie do łazienki funkcjonariuszy więziennych. Jest to innowacja i Haneczka twierdzi, że w gestapowcach obudził się zmysł estetyki: chcą zaprezentować przystojnych więźniów, gdyby Rosjanie nagle weszli.
Gdy mężowie naszych kobiet są przy goleniu, Hilda zawiadamia jednego z kalefaktorów, który zwykle przychodzi do nas po kosz z łupinami i zabiera grypsy, to jest małe karteczki zawierające kilka słów, albo zaoszczędzony przez nas chleb.
Edith, której męża rozstrzelano, pracuje u Thiemego. Stara pani Moritz, matka Pauli, która ma na sumieniu list do Stalina, pani Runow, która owdowiała w więzieniu i do tej pory o tym nie wie, oraz jeszcze kilka starszych kobiet, obierają kartofle z wielką wprawą. Można często odpoczywać, trochę pomarzyć i podumać. Do dudnienia artylerii tak się już przyzwyczaiłyśmy, że nie zwracamy niemal na nie uwagi, ale naloty powietrzne przerażają nas wciąż od nowa. Mimo że jest to bez sensu, za każdym razem zrywamy się na równe nogi, ukrywamy twarze w dłoniach i tulimy się do ścian, śmiertelnie przerażone, aż na dworze zwolna wszystko się ucisza.
Jest koniec marca.
Kobiety, które zwykle zanoszą kubły do Hasego, wracają z nową wiadomością. Są bardzo podniecone: między mężczyznami znalazł się kryminalista. Pracuje w kuchni. Jest to piekarz, którego nazwisko przed ośmiu laty było na ustach całego miasta. Zamordował swoją żonę. Straszne. Skąd się właściwie tutaj wziął? Dostał przecież co najmniej piętnaście lat więzienia. Widocznie uciekł z więzienia, może z transportu, a teraz go złapali! Gwar podnieconych głosów rozbrzmiewa w reli. Hilda opowiada bliższe szczegóły. Dzisiejszy wieczór jest wyjątkowo niespokojny. Kryminalista wywołuje równie namiętne dyskusje jak swego czasu długie sprawozdania, które ukazywały się codziennie w gazetach, opatrzone tłustymi nagłówkami.
Hase daje mi znać za pośrednictwem kobiet, że próbował wszelkich możliwych dróg, ale Hüsgen nie chce mnie puścić. Hase ma mi coś do zakomunikowania i muszę bezwarunkowo przyjść do niego. Od chwili otrzymania wyroku, każda moja próba wydostania się chociażby na podwórze kończyła się porażką. Dziś dyżur przypadł na starego Reichelta, który pełni straż przy drzwiach wejściowych i ma klucz w swym posiadaniu.
Paula, która pomogła przenieść pierwszą partię kartofli do kuchni, komunikuje mi szeptem, że Nickel podobno wyszedł na miasto. - Jazda, kobito - mówi Paula - nie napełnimy kadzi po brzegi i jakoś damy sobie radę.
Reichelt z zaspanymi oczami stoi przy drzwiach i otwiera je. Chwytamy kadź i jak za dawnych dobrych czasów idziemy do Hasego, wierna Paula i ja. W kuchni witają nas radośnie. Spryciarz Emil jest jeszcze tu, również niemieckie dęby, Franz i Theo. Rudolf nie odzywa się do mnie, ma dziś znowu muchy w nosie. Adolfa nie ma, leży gdzieś w okopach. Hase bierze mnie za rękę i ciągnie za sobą do swego królestwa, aż do stołu. — Psst - powiada - nie dotykać!
Na stole leży kartka, napisana ręką Grety Laue.
“Przeprowadziliśmy się już trzeci raz. Babunia jest z nami. Powodzi jej się dobrze, mówi, że wrócisz na pewno. W Twoim plecaku wynieśliśmy wszystko, co jeszcze pozostało. Dom jest spalony aż do fundamentów. Bywaj!”
Kartka zaadresowana jest ze śródmieścia. Znajduje się ona już od dłuższego czasu u Hasego, również mój plecak ze schronu leży u niego. Greta podała się u wartowników za szwagierkę Hasego i udało jej się dostać do kuchni. Opowiedziała, że matka moja starała się uzyskać w Gestapo zezwolenie na zobaczenie się ze mną, ale odmówiono jej.
Plecak na razie musi pozostać u Hasego, adres zapamiętałam. Gustaw Hase klepie mnie po ramieniu jak starego towarzysza broni. - Głowa do góry! - powiada.
-
Ach, panie Hase! Czy pan sądzi, że się martwię, iż dom się spalił? Będziemy mogli mówić o szczęściu, jeżeli z tej twierdzy uratujemy tylko życie! Dobytek? I tak z miasta pozostaną tylko gruzy - jaka różnica, czy dziś bomba trafi w mój dom, a jutro w pański, czy też dziś w pana dom, a jutro w mój? Tak czy owak wszystko przepadnie. Czekamy końca - czy mam lamentować z powodu moich mebli - żal mi tylko miasta, tego pięknego, wielkiego, starego miasta.
-
Miasto przepadło - mówi Hase sucho - możemy stąd wywędrować, jeśli nas przedtem Rosjanie nie chwycą i nie poderżną nam gardła.
-
Mnie nie poderżną, panie Hase odpowiadam i śmieję się, gdyż Hase ma bardzo zmartwioną minę, a niedopałek cygara smutno zwisa z jego ust. - A jeśli pana chwycą, niech im pan powie, że jest Gustawem Hasem z kuchni Schutzpolizei i że ma pan dla nich pozdrowienia ode mnie.
Hase siedzi na stołku kuchennym, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach.
-
Mariechen - powiada - czasem mam takie dziwne uczucie, wydaje mi się, że nasz Adolf nas zawiedzie.
-
Nasz Adolf z ustępu w Dreźnie?
-
Niee, nie ten, Mariechen, myślę o naszym führerze, ten chyba zupełnie o nas zapomina.
-
Tak - powiadam zamyślona - ten minął się z powołaniem - w ustępach przynajmniej nie można nikomu zaszkodzić, a można zarobić ładne pieniądze.
Hase wstaje i patrzy na mnie, jakby miał przed sobą upiora.
…I teraz biedak musi iść na front. Niech go pan serdecznie ode mnie pozdrowi, gdy się kiedyś tu zjawi. To była wierna dusza.
-
Mario - mówi surowo - zawsze byłem dobrego zdania o tobie. Cztery lata to chyba dosyć, a ty w dodatku chcesz jeszcze oczerniać führera.
-
Jak to führera? Adolf jest przecież tylko kapralem - wtrąca się do rozmowy Emil, który staje w drzwiach. - Czy też otrzymał awans? Nie wiem o niczym. W końcu Adolf zostanie generałem i przegramy wojnę.
-
Z ciebie też jest ziółko - mówi Hase bardzo obrażony, wypina klatkę piersiową i przechodzi obok nas sztywno wyprostowany, żołnierz i obrońca reżimu w każdym calu.
Przykro mi, że dotknęłam Hasego, jest zawsze dla mnie dobry i sprawił mi przecież wielką radość. Ale gdy Paula i ja zabieramy się do wyjścia, Hase stoi przy drzwiach, podaje mi rękę i mówi:
178
-
A my dwoje zostaniemy chyba nadal przyjaciółmi, prawda?
-
Naturalnie, panie Hase. I pięknie dziękuję za wszystko.
Na dziedzińcu dwaj nowi pomocnicy kuchenni, o których opowiadały kobiety, zgarniają łopatami koks do kosza. Ten gruby, czarny, to pewnie piekarz, który rzekomo zamordował swoją żonę. Rzuca z boku błyskawiczne spojrzenie na nas i pracuje dalej. Drugi opuszcza łopatę, patrzy na mnie i mówi z niedowierzaniem: - Ach, niemożliwe!… - Wydaje mi się, że skądś go znam.
Gdy wracamy do celi, wśród obieraczek kartofli panuje ogromne zdenerwowanie. Przed chwilą przyprowadzono naszą Liesel z rozprawy i zamknięto do jednej z cel śmierci. Skazano ją na śmierć za pomoc w dezercji. Liesel jest cichą, bladą dziewczyną o wielkich, brązowych oczach, wzruszającą postacią z powieści. Przywlekła swego rannego narzeczonego z frontowej linii ognia i w piwnicy opatrzyła jego rany. Oboje mieli nadzieję, że front radziecki wkrótce przetoczy się nad nimi, gdyż o parę piwnic dalej rozpoczęły się już walki. Po trzech dniach znalazł ich jeden z licznych patroli wojskowych, nieustannie przeszukujących piwnice i domy. Patrol zabrał rannego, a Liesel oddano w ręce Gestapo. Jest u nas od tygodnia. Ubogo ubrana i milcząca siedzi na końcu długiej ławki i pracuje pilnie. Tani ciemny płaszczyk otula jej chudą, pozbawioną wdzięku figurę. Chustka zakrywa pochyloną twarz. Gdy podnosi głowę, widać jej piękne, wielkie, brązowe oczy, w których maluje się dostojeństwo i bezmierne cierpienie. Liesel opowiedziała mi swoje dzieje prostymi słowami, bez skargi i bez żadnej nadziei. Na każde słowo pocieszenia odpowiada tylko potrząsaniem głowy.
Jeden z kalefaktorów widział, jak przed kwadransem weszła do celi, którą otworzył Nickel. Mamy nadzieję, że Liesel zostanie ułaskawiona i tak jak pani Stanjek skazana na ciężkie roboty przymusowe.
Równie wielkie niebezpieczeństwo zagraża cioci Małgosi, ale ta nic nie przeczuwa. Ciocia Małgosia jest siwowłosą starą kobietą, bardzo ubogo ubraną. Jak sama powiada “coś u niej z nerwami nie jest w porządku”. Małgosia przybywa z zachodniego przedmieścia, w którym już od stycznia są Rosjanie. Córka jej mieszkała w mieście, a ponieważ od tygodni już nic o sobie nie wiedziały, stara kobieta wybrała się pewnego dnia pieszo w długą drogę “bo autobus nie nadjeżdżał i nie nadjeżdżał”. Wydaje się, że ciocia Małgosia nawet nie wie, iż przechodziła przez dwa fronty. Rosjanie przepuścili ją i wcale nie są “tacy”. Kilku z nich mieszkało już od tygodni w jej domku i mówiło do niej “matko”, a jeden naprawił jej maszynę do szycia. To jest zeznanie, podane przez Małgosię do protokołu. Gestapowcy pragnęliby usłyszeć z jej ust coś na temat okrucieństwa Armii Radzieckiej, ale gdy napominają ją, aby mówiła prawdę, Małgosia skwapliwie opowiada to, co wie: Żołnierze radzieccy bardzo lubią dzieci. Początkowo dzieci wrzeszczały, gdy brali je na ręce obcy mężczyźni, przerażały je głębokie, niezrozumiałe dźwięki obcej mowy - a matki na pewno czuły lodowatą rękę na sercu - ale teraz żołnierze radzieccy i dzieci są najlepszymi przyjaciółmi.
Stara kobieta opowiada, że podczas kilkakrotnych przesłuchań obecni byli wysocy dygnitarze wojskowi i partyjni. Małgosia posądzona jest o szpiegostwo, gdyż została ujęta po niemieckiej stronie frontu. Jej wszystkie bez wyjątku zeznania są dla niej obciążające. Nie wie, że powinna wyrzekać na Rosjan, i w naiwności swej uważa, że opowiedziała wielkie i zajmujące nowiny. Nie ma pojęcia o zakazie “rozpowszechniania tendencyjnych wiadomości, osłabiających zdolność oporu”. Opowiada nam, że mówiła tym panom w sądzie, iż byłoby lepiej, gdyby się miasto poddało. To nieprawda, że żołnierze radzieccy mordują ludzi, i wielkie głupstwo zrobili ci, którzy masowo ewakuowali miasto. Małgosia dała się ponieść zbytniej gorliwości i szczerze ich namawiała, aby wreszcie zaprzestali wojny, gdyż uważała, że ci, do których mówiła, to byli wielcy dygnitarze, którzy na pewno mogli coś zrobić i, zdaniem cioci Małgosi, byli tylko źle zorientowani.
Po przeciwległej stronie frontu, w południowej części miasta, niemieccy żołnierze, którzy dokonali wyłomu na linii frontu radzieckiego ujęli młodą dziewczynę. Szesnastoletnia Cilli jest najmłodszą wśród więźniarek. Jej historia jest najbardziej awanturnicza, ona sama zaś najbardziej niewinna wśród nas. Cilli pracowała w sklepie spożywczym. Matka jej została przymusowo ewakuowana z młodszym rodzeństwem. W ostatniej jeszcze chwili matka podbiegła do kierownika grupy dzielnicowej i błagała, aby pozwolił jej zabrać Cilli ze sobą lub pozostać z nią razem w mieście. Kierownik powoływał się na swoje instrukcje. Groził, że czworo młodszych dzieci wyśle przymusowo z narodowo-socjalistyczną Opieką Społeczną. Otrzymał rozkaz ewakuowania swojej dzielnicy i dopilnowania, aby zobowiązani do służby wojskowej i pracownicy zakładów zbrojeniowych pozostali na posterunku. Zaopatrzenie pozostających w mieście nie może ulec zahamowaniu, a przeznaczone do tego celu sklepy nie mają prawa zwalniania swego personelu. Gdy w dwa dni później ojciec Cilli, zaopatrzony w starą czapkę wojskową, wyruszył na front z grupą volkssturmowców, dziewczyna została zupełnie samotna.
Front radziecki bez trudności dał sobie radę z volkssturmem, który powołał pod broń mężczyzn niezdolnych do służby wojskowej. Kilka salw i Armia Czerwona pozostawia za sobą ten huragan, który dla niej nie był nawet wiaterkiem.
Przez parę godzin wszystko kotłuje się dokoła. Drżą ściany domów, piwnice chwieją się jak trzcina, czołgi toczą się przez ulice, ludzie biegną przez przekopy piwniczne albo chowają się w śmiertelnym lęku po różnych kątach. Cilli ucieka z swego płonącego domu. W dziecinnej, granatowej sukni marynarskiej przykucnęła pod ścianą jakiegoś domu i patrzy w płomienie rozprzestrzeniające się po drugiej stronie ulicy. Tam płonie jej dom, a ona jest samiuteńka na całym świecie. Niemłody pan major radziecki znajduje ją wystraszoną i bierze pod swoją opiekę “tego małego ptaszka, który wypadł z gniazda” - jak mówi nieco twardym, ale płynnym językiem niemieckim. Spodziewa się wkroczenia piechoty i uważa, że nie jest wskazane, aby młoda dziewczyna w takiej chwili pozostawała sama na ulicy.
Cilli pozostaje przez parę dni z swoim dorosłym przyjacielem i opiekunem. Jego żołnierze rozpieszczają ją i karmią. Major stracił żonę i dwoje dzieci w Leningradzie i to sprawiło, że stał się poważny, milczący. A dziecinny urok Cilli i jej bezbronność zrobiły na nim głębokie wrażenie. Major jest dobrym człowiekiem, jak mówi Cilli.
Pewnego dnia powstaje nagły alarm. Oficer posyła Cilli szybko do pobliskiego schronu i zanim jeszcze pojęła, co się stało, rozpoczyna się dzika strzelanina. Po schodach dudnią pośpieszne kroki, do piwnicy wpada ręczny granat, w tej samej chwili następuje eksplozja. Cilli w śmiertelnej trwodze krzyczy głośno. Gdy po długim omdleniu otwiera oczy, czuje, że ma opatrunek dokoła piersi, i widzi niemieckich żołnierzy i sanitariuszy. Cilli jest jeńcem niemieckiego Wehrmachtu. Próby przełamania rosyjskiego frontu zostały odparte, Cilli jest łupem wojennym niemieckich żołnierzy i po dwóch dniach prowadzą ją do śródmieścia. Koło niej kroczy żołnierz z pistoletem automatycznym i oddaje ją najbliższemu kierownictwu dzielnicowemu. Stamtąd transportują Cilli do Gestapo wraz z dwiema prostytutkami, które włóczyły się na linii frontu, i z człowiekiem, który ogołacał trupy i u którego w kieszeni znaleziono kilka obrączek ślubnych.
A teraz siedzi wśród nas urocza i pełna wdzięku. Korona jedwabistych loków dokoła okrągłej delikatnej twarzyczki, niebieskie oczy patrzą szczerze i otwarcie. Cilli nie ma nic do ukrywania, żadnej myśli, żadnego uczynku. Podała w protokole wszystko, co przeżyła, a naszym ostrzeżeniom przeciwstawia się z nieugiętym uporem. Gdyby zeznała, że ją uprowadzono i zgwałcono, mogłaby się uratować. Podczas przesłuchań podsuwano jej raz po raz taką odpowiedź.
Ale Cilli trzyma się tego, co raz zeznała. W odpowiedzi na życzliwe rady kobiet potrząsa głową i mówi: - Nigdy się go nie wyprę, bo był dla mnie dobry.