Sanatorium Thiemego
Podczas wieczornych apelów Wanda stoi u boku Thiemego. Jej taksujące spojrzenie rzeczowo i bezlitośnie szuka wśród nowoprzybyłych więźniów ludzi nadających się do pracy na polu startowym.
Gdy w ciągu dnia Wanda staje w otwartych drzwiach z listą albo kartką w ręku i wywołuje nazwiska więźniarek, wiemy, że oznacza to rozprawę, zwolnienie lub śmierć. Od kilku dni nie mamy żadnych wiadomości, gdyż Thieme jest zajęty urządzaniem nowego więzienia. Wielki gmach zakładu karnego w północnej części miasta został zamieniony na koszary. Opowiadają, że służy jako pomieszczenie dla dwóch tysięcy żołnierzy volkssturmu. W jednym z domków urzędniczych, należących do więzienia, mieszka prokurator i tam przeniósł się sąd. Hilda dowiedziała się od Manka, że Thieme przygotowuje wszystko do naszej przeprowadzki. Po rozprawie zasądzeni pozostają już w nowym więzieniu. Edith Schmidt, żona rozstrzelanego malarza, jest obecna przy rozmowie telefonicznej, jaką Hüsgen prowadzi z jakimś urzędnikiem w sprawie dostarczenia samochodów ciężarowych dla transportu więźniów.
Cilli, nasza pupilka, już trzeci dzień jest z nami. Mówi niewiele, rana w piersi jątrzy się i Cilli nocą gorączkuje. W ciągu dnia siedzi przy nas podczas obierania kartofli, ale nie pozwalamy jej pracować. Siedzi w swojej ulubionej pozycji na ziemi, objąwszy ramionami kolana, granatowa spódniczka rozpościera się w fałdach dokoła niej. Skłoniła główkę pełną loków opierając policzek i czoło o ramię, oczy jej, rozwarte szeroko, patrzą poważnie. Do tej pory Cilli była w Gestapo tylko na przesłuchaniu, los jej jest jeszcze niepewny. Również ciocię Małgosię kilkakrotnie przesłuchano. Cilli dostała od Pauli cukierka, za który podziękowała nikłym bolesnym uśmiechem. Każda z nas pragnie jej sprawić jakąś przyjemność, kochamy ją bardzo. W celi jest kilka kobiet, które nie znoszą cioci Małgosi. Czasami mówi trochę od rzeczy, zaleca nam wkładać na noc mokre pończochy i ma bzika na punkcie mokrych okładów, ciągłego nacierania i zwilżania ciała wodą. Hannchen twierdzi, że ciocia Małgosia zamierza przekształcić więzienie w zakład wodoleczniczy; widocznie ma doświadczenie w zwalczaniu wzrastającej gorączki i gwałtownych wzruszeń, a to nasuwa przypuszczenie, że ma za sobą dłuższy pobyt w takim zakładzie. Ciocia Małgosia zrozumiała wyraźną aluzję i jest bardzo obrażona. Wypowiada uszczypliwe uwagi i twierdzi, że “niektórzy” mają taki pogląd lub inny, że “wielu rzeczy” można nie znać, że trzeba być obiektywnym i nie wyobrażać sobie, iż się jest czymś lepszym niż inni. Gdy Małgosia wpada w ferwor, mówi bez końca i nikt właściwie nie wie dobrze, o co jej idzie.
Wanda wywołuje Cilli i ciocię Małgosię, jak również dwie młode robotnice ukraińskie, które przyprowadzono do nas poprzedniego wieczoru. Uciekły podczas pożaru, który wybuchł w obozie obcokrajowców, i zostały ujęte przez Gestapo.
Cilli wstaje skwapliwie i nie obejrzawszy się wychodzi lekkim i elastycznym krokiem kołysząc fałdami szerokiej, krótkiej spódniczki. Ciocia Małgosia myszkuje jeszcze po wszystkich kątach, nie może znaleźć kurtki i zawiązuje w fartuch swoje skarby, resztki odzieży, należącej do kobiet, które po przesłuchaniu nie wróciły do celi. Potem drzwi zamykają się za nimi…
O godzinie dziesiątej w nocy jedna z kobiet stwierdza: - Nie wrócą już. - Okazuje się, że każda z nas oddzielnie czekała na Cilli. Może ją posłali do lekarza, może do szpitala, a może nawet do obozu obcokrajowców, gdyż przybyła z terenu zajętego przez wojska radzieckie. Bardzo chciałybyśmy wiedzieć, gdzie jest dziewczyna, która zaprząta nasze umysły i serca. Nigdy świadomość, że jesteśmy w klatce, że pogwałcono naszą wolność, nie jest tak bolesna i dotkliwa, jak wtedy, gdy z naszego grona znika towarzyszka niedoli i nie wiemy, co się z nią stało.
Następnego dnia zaczyna się pakowanie. Thieme sprowadził skrzynie i wielkie kosze. Pakuje się rzeczy załogi, urządzenie kuchenne, zapasy wełny Thiemego i cały jego dobytek pochodzący z kradzieży. Czeka nas przeprowadzka.
W nocy zachorowała Lidia. Wije się w bólach. Maria, druga Łotyszka, siedzi przy niej i trzyma w swoich dłoniach jej wilgotne od potu ręce. Walimy pięściami w drzwi celi, ale nikt się o nas nie troszczy.
Na dworze z głośnika rozbrzmiewają melodie taneczne, przerywane donośnymi salwami karabinów maszynowych.
Następnego ranka zjawia się niewidoczny od kilku dni Thieme. Wybiera dziesięć kobiet, które zamierza wziąć ze sobą. Między wybranymi jest również Lidia, która blada i wyczerpana leży na materacu. Thieme namawia Lidię, aby wstała. Błaga ją formalnie. Klęka obok niej, ujmuje jej rękę i usiłuje ją podnieść. - Lidio - namawia ją czule - chodź z nami. Położysz się na leżaku w słońcu. Tamten gmach to prawdziwe sanatorium i wszystkie będziecie się czuły jak kuracjuszki.
Ale Lidia ma oczy przymknięte i odpowiada znużonym potrząsaniem głowy. Gdy Thieme wreszcie odchodzi, Lidia mówi z obrzydzeniem: - Wolę już umrzeć.
Jest to ostatni dzień w piwnicy prezydium policji. Hilda ma jeszcze zdjąć bieliznę. - Dzisiaj koniecznie musisz pójść ze mną - zwraca się do mnie - pożegnamy się z miastem.
Nickel wcale nie zważa na to, że nie wolno mu przepuszczać przez bramę więźniów po wyroku, jego spojrzenie jest dziwnie puste. Otwiera nam bramę, mijamy go z koszem, idziemy przez podwórza i wchodzimy przez tylne wejście do prezydium. Mijamy długi korytarz, puste mieszkanie służbowe jakiegoś wysokiego urzędnika. Drzwi pokojów stoją szeroko otworem, luksusowe szafy są wyłamane, szuflady wyciągnięte, Hilda mówi, że zebrała tu tylko pokłosie, policjanci już dawno wszystko wywlekli.
187
Na korytarzu stoi magiel, w jednym z pokojów Hilda na rozkaz Wandy rozwiesiła bieliznę. Do sąsiedniego pokoju przylega oszklona weranda. - A teraz coś zobaczysz - mówi Hilda. Pociąga mnie na werandę, otwiera drzwi - drzwi prowadzą na ulicę.
- A co teraz powiesz?
Nie mogę w ogóle wydobyć słowa.
Mogłybyśmy teraz pójść do domu. Ale nie mamy domu, a bez kart pracy nie doszłybyśmy nawet do następnego rogu ulicy. Stoimy oparte o ścianę domu, jakbyśmy stały na brzegu wyspy leżącej pośrodku jeziora, pokrytego zwodniczą, lekką powłoką lodu. Stoimy pośrodku miasta jak duchy, obezwładnione i wstrząśnięte widokiem wypalonych domów, rozbitych kościołów, pustki jakiegoś nieznanego nam świata ruin, przypominającego swoimi konturami pogruchotanego kalekę wojennego, którego zachowało się w pamięci jako zdrowego, silnego mężczyznę.
Naprzeciw nas leżą Miejskie Wały, za nimi Plac Zamkowy, na którym odbywały się wielkie parady SA, mieniące się barwnymi sztandarami defilady partii przy tryumfalnych dźwiękach orkiestry dętej, które przyciągały tysiączne tłumy ciekawych. Pod kikutami drzew stoją ukryte działa i wozy z amunicją. Spojrzenia biegną daleko i wzrok ogarnia tragiczną panoramę.
- Chodź - mówi Hilda - musimy poczekać na koniec.
Nie ma sensu uciekać, w ciągu niewielu godzin znalazłybyśmy się tam, skąd wyszłyśmy.
Musimy poczekać na koniec.
Rzucamy z Hildą ostatnie spojrzenie dokoła, wzrok przesuwa się wzdłuż długiej i prostej linii frontowej gmachu prezydium policji, sięga aż po odległy, miniaturowy podwójny posterunek przy głównym wejściu i wracamy przez werandę do maglowania bielizny.
Hilda zaczyna opowiadać.
W domu ma wspaniałą bieliznę i nawet płaszcz kąpielowy. Rudi byl na wojnie i posyłał dużo rzeczy do domu, całe kartony jedwabnej bielizny i pyjam, wszystko w najlepszym gatunku. Jedzenie też zwoził. Gdy przyjeżdżał na urlop, uginał się pod ciężarem prawdziwej kawy, masła, białej mąki, jajek, gęsi i miodu z Ukrainy, papierosów i materiałów z Włoch, oliwy z Rosji, obuwia z Francji. Rudi nie należy do głupców.
Hilda jest dozorczynią w domu czynszowym. W sobotę wieczorem, o ukończeniu pracy, wkłada długie spodnie z czarnego jedwabiu, gotuje kawę i siedzi z książką za okrągłym stołem, oczywiście z papierosem w ustach.
Hilda, książka i jedwabne spodnie pasują do siebie jak kwiatek do kożucha, ale Hilda ma zamiłowanie do piękna. Zanim objęła posadę dozorczyni, życie dobrze jej się dało we znaki. Hilda uważa, że jest zaklętą królewną, którą zła wróżka skazała na przebywanie wśród pomywaczek.
Nurtuje ją nie tyle nienawiść do ludzi, ile nieufność, rozczarowanie i obawa, że ktoś mógłby ją zlekceważyć. We wszystkim dopatruje się złych pobudek, nieszczerości i podstępu, przy czym wyciąga najbardziej nieprawdopodobne wnioski i konsekwencje.
Obracając koło magla silnymi ramionami, Hilda zdradza mi wielką tajemnicę, że sturmbannführer Jaross nie jest wcale nazistą, ale na pewno należy do partii narodowoniemieckiej (przypis: Deutsch-Nationale Volkspartei - monarchistyczna partia wielkich kapitalistów i junkrów niemieckich zlikwidowana w pewien czas po dojściu Hitlera do władzy.). Podobno skarpetki jego znaczone są cienkimi niteczkami barwy czarno-biało-czerwonej, a na jego biurku stoi sowa z brązu. Sowa! Hilda zapytuje, czy wiem, co to oznacza, a ponieważ zaprzeczam, z ubolewaniem potrząsa nade mną głową: - Zwykle nie jesteś taka głupia! - Sowa jest symbolem wolnomularzy, a białe płótno, które kazał przybić do okien w miejsce rozbitych, małych szyb, też ma swoją wymowę; Hilda uważa, że Jaross jest wyjątkowo chytry, ale ona to zauważyła, bo zawsze potrafi przejrzeć wszystkich i wszystko - białe płótno, ha, ha, ha!
Gdy wojska radzieckie wkroczą do miasta, wystarczy, aby Jaross stanął w oknie w swoich skarpetkach z sową pod pachą i wskazał ręką na białe płótno. Te przytłaczające dowody antyhitlerowskiego nastawienia uratują go na pewno. Tak zapewne interpretuje Hilda sens jego przygotowań na wypadek oddania wrogowi twierdzy. Pozostaje tylko zagadnienie, czy Jaross sam wszył niteczki do skarpetek, czy też ich w ogóle dotąd nie zauważył.
Hilda podchodzi do wszystkich problemów bardzo poważnie. Lubię ją i nazywam naszym generałem. Bardzo jest rada, gdy powierzamy jej tajemnice, sprawy, o których nikt prócz niej nie powinien wiedzieć. Wówczas wysuwa dolną szczękę, raz po raz rozgląda się do koła uważnie i nieufnie, jakby była otoczona wrogami i zdrajcami.
Skończyłyśmy maglowanie bielizny, zabieramy kosz i wędrujemy z powrotem. Przechodząc przez dziedziniec nie mogę oprzeć się pokusie pożegnania się z Hasem i jego ludźmi. Nadarzająca się okazja nęci zbyt silnie, a Hilda nie oponuje. Gdyby nas ktoś przychwycił na tym, wówczas Hilda powie, że w praniu była też bielizna z kuchni.
W kuchni zastajemy tylko dwóch nowoprzybyłych więźniów: piekarza, który podobno zamordował podczas kłótni żonę, i małego mężczyznę o jasnych jak słoma włosach, byłego kelnera z lokalu pani Griebsch; niekiedy po długich tygodniach pracy wpadałam wieczorami do restauracji pani Griebsch, urządzonej z wielkim smakiem i utrzymanej w pięknych stonowanych barwach, gdzie kelner podawał mi luksusowy koniak. Czasy szarych fotelików, ciemnoczerwonego dywanu, łagodnego światła spływającego spod sufitu powleczonego chińską tkaniną - dawno minęły. Rzewnie łkające skrzypce, perliste dźwięki gitary, miękkie, urywane tony dyskretnie akompaniującego fortepianu dźwięczą mi w uszach budząc wspomnienia i wywołując odległe obrazy, które wyłaniają się teraz przede mną.
Kelner, pan Lampert, zmiata miotłą czerwone, karbowane płyty podłogi kuchennej Hasego. Rzuca mi pełne urazy spojrzenie, gdyż lokal pani Griebsch był wytworny i pan Lampert nigdy nie przypuszczał, że gości jego będzie można spotkać w moralnym bagnie karnego więzienia.
Herbert, piekarz, manipuluje ciężkimi sprzętami kuchennymi jak zabawkami. Ramionami boksera podnosi pięćdziesięciolitrowy garnek i pełnym rozmachu, wytwornym ruchem wlewa jego zawartość do kotła. Ani jedno spojrzenie nie zdradza, że chełpi się swoją siłą, ale jako kobieta czuję to.
Herbert jest typem otyłego, dobrodusznego mieszczucha o oczach jak czekoladowe pierniczki i pogodnej twarzy. Skóra jego, od lat pozbawiona słońca, jest kredowo biała. Gdyby się nie znało jego dziejów, można by pomyśleć, że nie potrafi zabić nawet muchy. Hilda pyta go o Hasego i dowiadujemy się, że za kilka minut wróci z konferencji z intendentem.
Herbert dopytuje się, za co siedzimy. Hilda opowiada o swojej historii z przepustką. - A ty masz ciężkie więzienie? - pyta Herbert zdradzając, że jest dokładnie poinformowany o mojej sprawie.
-
Tak. Cztery lata.
-
Cztery lata? To tyle co nic.
-
Dziękuję, dla mnie wystarczy. Gdy wyjdę, będę babką.
Widocznie starzy przestępcy oceniają się wzajemnie wedle wymiaru kary.
- Ja dostałem czternaście lat - mówi Herbert - ale niektórzy między nami byli skazani na dwadzieścia i dwadzieścia pięć lat. Takich jak ty w Brieg nie zaliczano nawet do więźniów. W więzieniu karnym cztery lata mijają migiem.
Jestem pobita.
Tymczasem zjawia się Hase z Emilem. Hase ofiaruje mi na pożegnanie paczkę “Cytów”, ohydne, czarne papierosy męskie; żaden człowiek nie jest w stanie wypalić dwóch takich papierosów po kolei, ale lepsze gatunki się skończyły. Hase ma nadzieję, że spotkamy się kiedyś po wojnie, ale uważa, że wpierw muszę odsiedzieć moją karę. Emil wyraża powątpiewanie. Twierdzi, że podstępny los może jeszcze inaczej zrządzić, może to ja będę wolna, a Hasego posadzą do paki. Hase nie chce o tym słyszeć. Ciągle jest zwycięzcą i to jedyna jego wada. Zapewniam go, że był dla nas uosobieniem dobroci i ofiarności i że nigdy nie zapomnę, iż z własnej, nieprzymuszonej woli zaopatrywał wszystkich więźniów w żywność, dopóki nie przejął nas Sonderdienst.
- No dobrze, dobrze - zbywa mnie Hase i silnie ściska moją rękę.
Emil przeprowadza się z nami, w nowym więzieniu ma zostać szefem kuchni. Theo i Franz wyłaniają się ze swoich pomieszczeń w piwnicy, gdzie w ciszy poobiedniej po małej pijatyce ucięli sobie krótką drzemkę na łóżkach schronowych. Żegnają się z nami bardzo wzruszeni, a gdy Hilda posyła Thea po Rudolfa, Rudolf odpowiada, że bolą go zęby. Wiadomo, ten przyzwoity chłopak chce uniknąć sceny pożegnania. Hase zwraca mi mój plecak, który ukrywamy pod bielizną. Hilda umieszcza go potem w koszu pod rzeczami Nickla. Trudno, trzeba się zdać na los szczęścia. Może w nowym gmachu więziennym będziemy mogły wypakować wszystko. Także reszta naszego małego dobytku, nici, plastry, pigułki, benzyna do zapalniczek, zwędzona Thiememu przy czyszczeniu rzeczy, i woreczek z tytoniem Emila, ukryta jest na dnie rondla.
191
Spędzamy ostatnią noc w prezydium. Na dworze znów odbywa się sabat czarownic. Głośnik rosyjskiej stacji nadawczej z frontu słychać dziś tak wyraźnie, jakby się znajdował tuż pod naszymi oknami. Podaje nazwy dzielnic miasta, które następnego dnia zostaną zbombardowane, podaje nawet dokładnie porę dnia, wzywa ludność cywilną do odpowiedniego zachowania się i nawołuje, jak każdej nocy, do zaprzestania walki.
Jesteśmy przygnębione i milczące. Nie wiemy, co nas czeka, chwila wyzwolenia znów się oddaliła.
Dziś strzelanina trwała do białego rana. O piątej godzinie już pobudka, o pół do szóstej każą nam ustawić się na dziedzińcu. Każda z nas ma pod pachą paczkę z kocem i miskę do jedzenia. Hüsgen odbywa apel z wszystkimi szykanami, z odliczaniem, po czym ładują nas na samochody ciężarowe, których motory, gotowe do drogi, warczą bez przerwy. W czterech rogach wozu siedzą znani nam ludzie z plutonu egzekucyjnego i trzymają na kolanach gotowe do strzału pistolety automatyczne. Kierowca naciska starter i już pierwszy wóz mija pędem bramę.
Z największą szybkością jedziemy przez miasto, którego wygląd jest tak zupełnie zmieniony, że trudno to wprost pojąć: jedno upiorne pole ruin, tlące się gruzy domów, wyludnione ulice rozciągają się przed nami w błękitnawym chłodzie wiosennego poranka. Wyłaniają się i znikają poszczególne obrazy: hełm stalowy, jakiś trup, wypalony samochód, który zarył się chłodnicą w ziemię… Samochód ciężarowy mknie w szalonym tempie. O siódmej należy się spodziewać pierw szych nalotów dziennych, a wozy muszą kilkakrotnie odbyć tę drogę. Drugi samochód pędzi tuż za nami.
Mijamy wiadukt kolejowy, samochód bierze na pełnym gazie zakręt prowadzący w boczną ulicę, teraz drogowskazem do głównego wejścia więzienia jest wysoki, czerwony mur po lewej stronie. Posterunki, hasło, potem przejazd do drugiej bramy. W głębi stoi wielki, ponury budynek główny, którego od ulicy nie widać. Na placu przed budynkiem uwijają się żołnierze, właśnie kończą toaletę poranną lub na pokrywkach z manierek niosą ostrożnie gorącą kawę.
Wóz zatrzymuje się przed masywną bramą żelazną trzymetrowej wysokości, której górny brzeg zaopatrzony jest w długie, ostre końce, w kształcie sopli lodu. Gruby czerwony mur otacza pierścieniem plac znajdujący się w samym środku wielkiego kompleksu budynków więziennych. Brama stoi otworem, widnieje na niej wielka, biała tablica, pokryta świeżym lśniącym lakierem. Czarne litery tworzą napis: Więzienie Sicherheitspolizei w twierdzy Wrocław. Thieme przygotował wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Stoi opierając się obiema rękami o kij golfowy i obserwuje nas, gdy szybko wyskakujemy z wozu. SS-mani zarzucili pistolety automatycznie na plecy, wyciąga ją ręce ku górze i pomagają kobietom schodzić z wozu. Ale kobiety przeważnie unikają dotyku tych rąk.
Thieme każe się nam ustawić w dwuszeregu, twarzami ku frontowi domu. Możemy więc przyjrzeć się nowemu sanatorium od strony zewnętrznej.
Samochody znowu odjechały.
Dom jest długim, dwupiętrowym, płaskim gmachem. Posiada większe okna i grubsze kraty niż reszta budynków. W środku znajdują się drzwi wejściowe, do których prowadzą białe, kamienne schody. Mur, dom i wszystkie pozostałe budynki są z ciemnoczerwonych cegieł. Na podwórzu znajduje się trawnik, a na nim pierwsze białe stokrotki na krótkich łodyżkach; w pewnym oddaleniu stoi studnia.
Dwaj żołnierze volkssturmu zmywają tam swoje naczynia, ale oczy ich zwrócone są gdzie indziej. Między nami jest dużo młodych dziewcząt. Thieme odwraca się i wchodzi do budynku. Obaj żołnierze zbliżają się do nas z boku.
-
Kim jesteście?
-
Jesteśmy politycznymi więźniami twierdzy.
-
My też jesteśmy zamknięci… wcale nam nie jest lepiej niż wam - żartują. - A coście zbroiły?
-
To, co wam jest nie w smak i na co nie macie odwagi.
-
My przecież nie możemy.
-
Ale my możemy!
-
Kobiety, jesteście szalone… przecież i tak nic nie można poradzić… a zresztą jesteśmy żołnierzami. Czy są wśród was szpiedzy?
-
Wszystkie jesteśmy szpiegami! - odzywa się jakiś głos za mną, to Hannchen.
Kilka kobiet wybucha śmiechem.
-
Nie macie wcale powodu do śmiechu - mówi jeden z żołnierzy. - Już całą masę kobiet rozstrzelano.
-
Wczoraj dopiero rozstrzelano cztery. Dwie Rosjanki w barwnych chustkach na głowie, jakąś starą kobietę z paczką pod pachą по i młodą dziewczynkę, taką małą, z główką pełną loków. Może znałyście je - mówi drugi.
Ciocia Małgosia i Cilli!
-
Jeszcze leżą w cieplarni, tam gdzie są złożone kartofle i marchew… stara kobieta jest zupełnie zielona. Mała śpi jak aniołek, Rosjankom przykryli twarze chustkami. Widocznie nieźle oberwały - opowiada pierwszy żołnierz.
-
Dostały strzał w plecy. Mała nawet nic nie zauważyła. Powiedział jej, żeby zerwała kilka stokrotek, a gdy się schyliła, wystrzelił. Taki też czasami ma jeszcze serce w piersi. - opowiada drugi. - Chciałbym tylko wiedzieć, co ta mała zawiniła… a może wy coś o tym wiecie?
Ani jedna z nas nie odpowiada, ani jedna o nic nie pyta.
Z budynku wychodzi Thieme. Żołnierze szybko chwytają swoje naczynia i zabierają się do odejścia.
Cilli, stara kobieta i dwie Ukrainki, które spędziły z nami tylko jedną noc, zostały rozstrzelane.
Mała, słodka Cilli! Poczciwa, stara, niemądra Małgosia! Biedne nieznajome.
Dwie młode dziewczyny wiejskie, które zrządzenie losu zagnało podczas wojny do obcego kraju, stara, nierozsądna kobieta, która martwiła się o los swego dziecka, i niewinne, młode stworzenie, dziewczynka, która schyliła się po kwiatek - oto na wieki umilkłe ofiary straszliwego sądownictwa twierdzy, ofiary panicznego lęku przed szpiegostwem.
Przez oba szeregi przechodzi szeptem z ust do ust: - Cilli nie żyje.
”…Nigdy się go nie wyprę, bo był dobry dla mnie” - mówi Hannchen i tym razem dźwięczy w jej głosie najuroczystsza powaga. Stoimy w szeregu, sto dwadzieścia osób. Samochody po raz ostatni wyruszyły w drogę.
Thieme, dziś bardzo oficjalny i czujny, mierzy nas ukośnymi spojrzeniami; z rękami opartymi o kij stoi przed nami w wyczekującej pozie.
Przez bramę wjeżdża pędem elegancki, granatowy samochód, łukiem okrąża plac i zatrzymuje się przed wejściem do gmachu. Z samochodu wynurza się pełna loków głowa Wandy. Wanda jest w męskich spodniach, w granatowej czapce z daszkiem, którą odsunęła na tył głowy, Jaross pomaga jej wysiąść z wozu jak wielkiej damie.
Szef podchodzi do Thiemego. Thieme trzaska obcasami i wyrzuca ramię w górę. Składa meldunek. Stoją naprzeciw siebie, twarzą w twarz, i mierzą się spojrzeniami, z których można wyczytać jawną wrogość samców.
- Niech pan odłoży ten kij, nie jesteśmy w Krakowie - powiada Jaross bez specjalnego nacisku, ale tak głośno, że wszyscy dokoła to słyszą. Thieme zaciska wargi, odwraca się i wchodzi do gmachu. Natychmiast wychodzi Hüsgen, zaczyna się odliczanie.
Tymi kilkoma słowami Jaross się zdemaskował. Obok Hüsgena, fanatyka i ślepego wyznawcy Hitlera, obok Thiemego, sadystycznego mordercy, i Nickla, bezmyślnego, ograniczonego wykonawcy rozkazów należy wymienić sturmbannfülirera jako człowieka uznającego tylko wojskowy punkt widzenia i przysięgę wierności, która nie cofnie się nawet przed zbrodnią. Nie jest zimny i pozbawiony uczuć, pełni tylko swój obowiązek. Jest żołnierzem, otrzymuje rozkazy, wykonuje je i milczy. Nie zastanawia się, czy są sprawiedliwe, czy krzywdzące, robi to, czego od niego żądają.
Służy cesarzowi, republice, Hitlerowi i prawdopodobnie tak samo będzie służył następcy Hitlera. Tacy ludzie jak Jaross trzaskają obcasami i stają na baczność. W jakim stopniu są ludźmi, a w jakim żołnierzami, to zależy od okoliczności, ale zawsze bardziej są żołnierzami niż ludźmi.
Jaross również każdej chwili byłby gotów wykonać rozkaz rozstrzelania nas wszystkich, tak jak tu przed nim stoimy. Jak długo nie ma rozkazu i rozporządzenia służbowego, może jeszcze powiedzieć: - Niech pan odłoży kij.
Z jakichś drzwi, znajdujących się na końcu gmachu, wychodzi Emil. Kłęby pary biegną za nim. Emil jest przepasany białym fartuchem jak Hase. Jest teraz szefem kuchni.
Spojrzenie Emila, badawcze i zatroskane, wędruje wzdłuż naszego pierwszego szeregu. Będziemy w nim miały dobrego i sprytnego pomocnika. Szkoda, że nie umie gotować, to smutna perspektywa. Także otyły piekarz Herbert zjawia się na dziedzińcu. Spłukuje kocioł i wywija nim tak silnie, że woda zatacza dziesięciometrowy łuk.
195
Hüsgen wydaje rozkaz: - Obieracze kartofli, wystąpić! - po czym grupy więźniów, odliczone i podzielone według cel, ruszają w drogę i wchodzą do gmachu z kocami i miskami.
Siedzimy w płaszczach na podwórzu i obieramy kartofle do obiadu. Hertha, delikatna, jasnowłosa, młoda kobieta, nagle pada zemdlona. W grupie mężczyzn spostrzega swego przyjaciela. Hertha opowiadała nam o nim. Jest Belgijczykiem o miłej, siwej głowie i nazywa się Leo. Mieszkał w jej domu i wpierw zaprzyjaźnił się z jej dziećmi. Podobno jest przyzwoitym człowiekiem, a Hertha, której mąż jest na froncie i która spodziewa się trzeciego dziecka, opowiedziała mu o swoich troskach. Jest zdecydowaną antyfaszystką. Zanim wprowadzono obozy dla obcokrajowców, Leo przebywał wraz z wszystkimi lokatorami w schronie przeciwlotniczym. Ale przyjaźń Herthy z Belgijczykiem ludzie tłumaczyli sobie fałszywie. Na skutek doniesienia oboje zostali aresztowani.
W pierwszym okresie oblężenia wiele kobiet dostało się do więzienia z tego samego powodu. Wydano nakaz unikania kontaktu z robotnikami cudzoziemskimi, mieszkającymi w prywatnych domach, którzy na mocy tego nakazu musieli się przenieść do oddzielnych schronów. Tam, gdzie nie przestrzegano nakazu partii, dochodziło często do denuncjacji. Kierownicy grup partyjnych osobiście dokonywali aresztowań. Wszystkie kobiety, niezależnie od tego, w jakich punktach miasta zostały aresztowane, zgodnie podawały opis nieprzytomnie pijanego mężczyzny, wywijającego rewolwerem i strzelającego w sufit lub ścianę. Prawdopodobnie stanowisko kierownika grupy partyjnej związane jest z posiadaniem kwalifikacji, które z grubsza wykazuje Reichelt, były kat.
Gdy w piętnaście minut po rozpoczęciu pracy pierwszy dzienny nalot zmusza nas do szukania schronienia w gmachu, Wanda prowadzi nas do naszej celi.
Zastajemy tam Hildę kipiącą ze złości, bo znów ją zamknięto, Paule, Hannchen, panią Frost, która ukradła kanapę, parę znajomych i dużo obcych twarzy. Razem jest nas czterdzieści pięć kobiet w celi, również Ruth i Gisela są z nami, bo komando pracujące na polu startowym nie wyruszyło dziś do pracy.
Nie ma już w naszej celi Edith, z którą się serdecznie zaprzyjaźniłam, nie ma Lidii i Marii, nie ma kilku dawnych i bliskich towarzyszek.
196
Cela nasza jest wysoka i prostokątna. Osiem wielkich okien, zaopatrzonych w grube kraty, wychodzi na trzy strony świata. Wanda, dozorczyni więzienia, otworzyła kluczem francuskim pozbawione zasuw okna i oświadczyła stojącemu obok Nicklowi, że należy oszczędzać szyb. Wystarczy jedna bomba, a wszystkie wypadną. Zimny wicher hula po celi; ludzi przenika dreszcz, nie mogą zaznać chwili spokoju.
Dwadzieścia prymitywnych, żelaznych, dwupiętrowych łóżek z siennikami stoi tak ciasno obok siebie, że ledwie pozostaje wąskie przejście. Pośrodku celi znajduje się długi, nie heblowany stół na kozłach. W kątach stoją trzy klozety średniowiecznej konstrukcji, poza tym blaszany kubeł na śmieci z pokrywą. To stanowi całe urządzenie celi. Prawdopodobnie cela była kiedyś izbą chorych, wskazują na to łóżka żelazne, które mamy tu zamiast prycz.
Pierwszego dnia Emil nie mógł uporać się z gotowaniem; Manek, który jako pierwszy kalefaktor asystuje przy wydawaniu posiłków. szepcze z przekąsem, że to są resztki obiadu volkssturmu. Wkrótce też wyjaśnia się, dlaczego pozostały. Słodkawocuchnący zapach zepsutego mięsa unosi się z blaszanych misek i łączy z wonią tłustej kaszy. W godzinę później chorują już pierwsi więźniowie, a w nocy we wszystkich celach powtarzają się ataki bolesnych i budzących obrzydzenie wymiotów.
Wiosenna wichura szaleje wokół ciemnego domu i wpada przez otwarte okna do celi, która w tej chwili wygląda jak okręt miotany gwałtownym huraganem w ciemnościach nocy.
Na schodach w całym budynku rozlega się tupot nóg przy dźwiękach poloneza. Gestapo święci przeprowadzkę. I znów jednoczą się ochrypłe głosy w chóralnym śpiewie i rozbrzmiewają marsze i zwycięskie pieśni. Harmonia jęczy przeciągle jak torturowane zwierzę, od czasu do czasu przygłuszają ją wybuchy hałaśliwego śmiechu i głośna wrzawa rozmawiających biesiadników. Jakiś głos kobiecy wykrzykuje pijackie i mylne słowa komendy. To Wanda Kretschmer, która sprzedała swoją duszę.