Hasło "Zwycięstwo"
Nowy regulamin służby ułożony jest z największą dokładnością ściśle wedle planu dziennego sturmbannführera.
Rano o szóstej wypuszczają z cel więźniów zatrudnionych w gmachu więziennym i tych, którzy wychodzą do pracy na pole startowe.
Tino, oficer z grupy Badoglia, ruchliwy Włoch słabo mówiący po niemiecku, zostaje mi przydzielony jako kalefaktor i ordynans szefa. Przynosi mi wodę ze studni, gdyż wodociągi już od dawna nie działają. Czyści buty, pali w piecach i jest odpowiedzialny za zaciemnienie okien.
Z uderzeniem godziny siódmej wchodzimy do pokoju Jarossa. Stawiam przegotowaną wodę do golenia na umywalni i zdejmuję z półki zastawę stołową, która musi być przechowywana w jego pokoju. Tino stawia lśniące jak lustro buty przy łóżku i zdejmuje zasłony zaciemniające, które co wieczora zakłada z całą starannością. To jest wstęp do ceremonii dziennej. Tymczasem Jaross, który sypia w bryczesach i skarpetkach, nastawia radio. Mamy więc codziennie możność słuchania wiadomości porannych.
Hasło pozostało niezmienione: - Zwyciężamy.
Ale komunikat ogranicza się do skrótów pozbawionych wszelkich komentarzy. Niemcy stają się coraz mniejsze, a świat, po który Adolf Hitler wyciągnął chciwe ręce, daje mu jedną krwawą nauczkę za drugą. Największy w świecie wróg ludzkości wciąż jeszcze posyła nowe dywizje na śmierć.
W szumnych frazesach sławią “jednomyślną bohaterską walkę” twierdzy nazywając ją bohaterską epopeją, która przejdzie do historii.
Dlaczego oddziały alianckie ze Wschodu i Zachodu posuwają się coraz dalej, tego nigdy nie ośmielą się wytłumaczyć narodowi niemieckiemu. Naród powinien wierzyć w führera i w zwycięstwo. Naród, który wybrał Hitlera, musi zapłacić za to krwią i łzami. Ale dziś protest milionów przełamał granice i zerwał wszystkie tamy.
Walka trwa dalej.
Każdej nocy otwierają się drzwi i nowi więźniowie przekraczają próg celi. Każdy ranek ukazuje nowe twarze, odsłania nowe losy.
Dozorczyni Wanda nie troszczy się o więźniów. Mamy w celi kobiety chore, wypadki załamania nerwowego, biegunkę podobną do czerwonki, ciężkie grypowe zaziębienia, szerzy się świerzb. Jeśli sobie same nie poradzimy, nie pomoże nam nikt. Kto choruje jest chory, kto umiera musi umrzeć. Ludzie, którzy są przeciwni Hitlerowi, to bezużyteczne zwierzęta.
Pewnego popołudnia, gdy podaję Wandzie i Hüsgenowi kawę w biurze, zaskakuje nas nalot tak nagły i nieoczekiwany, że załoga i pracujące kobiety zaledwie mogą schronić się między oknami. Wszyscy przywarli do ścian. Na górze na pierwszym piętrze rozlegają się krzyki kobiet, które nie mają żadnego schronienia w celach o trzech frontowych oknach. Z jakiejś męskiej celi na dolnym piętrze dolatuje odgłos walenia ciężkim przedmiotem w drzwi: - Otworzyć! Mamy rannego!
Wołanie nie ustaje. Gdy po nalocie Nickel otwiera celę, jest już za późno. Wynoszą Malige, młodego Czecha w mundurze niemieckiego konduktora tramwajowego. Odłamek trafił go w głowę. Przed godziną widziałam go jeszcze wśród noszących wodę. Był to cichy skromny człowiek, którego jedynym przestępstwem była czeska narodowość.
Maliga leży na kamiennej podłodze, krew płynie z jego głowy, Oczy zachodzą bielmem śmierci.
Również wśród pracujących na polu startowym są ranni. Więźniowie, którzy tam pracują, wychodzą z więzienia każdego rana, czasami wracają już o trzeciej. Bombardowanie pola startowego uniemożliwia pracę i ukończenie budowy.
205
Piątego kwietnia kobiety wracają z pola startowego w opłakanym stanie. Na polu startowym pozostało dużo trupów i ciężko rannych. Również nasza Gisela, ukochana Andrégo, jest w ich liczbie. Odłamek bomby urwał jej nogę aż po udo i w beznadziejnym stanie przeniesiono ją na wóz sanitarny.
Następnego dnia z samego rana spotykam Nickla, który spaceruje na drugim piętrze po korytarzu i zagląda do wszystkich cel; pytam go, czy wie coś o Giseli, która wczoraj straciła nogę, wszystkie bardzo się o nią martwimy.
Nickel szczerzy zęby w uśmiechu i mówi wesoło: - No i co to wielkiego? Sprawi sobie drewnianą nogę.
Wanda również nie udziela żadnych informacji. Z pogardą wydyma nozdrza i mówi, że lepiej będzie, jeśli Gisela umrze, gdyż spodziewa się francuskiego bachora.
Czech Fryc poszedł w zapomnienie. Wanda odrzuciła swoje poprzednie życie jak używaną bieliznę.
Hüsgen przerobił tekst swojej ulubionej piosenki. Marianka nie ma już jasnych, lecz czarne włosy. Wanda wstaje rano z szarą twarzą, w złym humorze i do obiadu chodzi nie uczesana. A w nocy znów słychać jej pijackie zawodzenie, wrzask i hałaśliwe śpiewy ucztujących mężczyzn, którzy przy dźwiękach poloneza uganiają po całym gmachu niosąc ze sobą patefon.
Jaross jada pięć razy dziennie, za każdym razem nakrywam również dla Wandy, aby wywołać wrażenie, że tylko przypadek przeszkodził jej przyjść. Wanda czasem siada na parę chwil na brzeżku krzesła, zjada kilka kęsów, a Jaross wydaje się zdenerwowany i zagniewany. Dopóki jestem w pokoju, dopóty milczy. Mam zawsze wrażenie, jakbym przerwała kłótnię.
Nieco później, gdy wchodzę z tacą do pokoju, Wanda wśród śmiechu tarza się z Hüsgenem na tapczanie. Hüsgen nie krępując się zupełnie mówi o szefie, że jest błaznem, który chce go szykanować. Wciąż od nowa zapytuje mnie, czy Wanda była w pokoju szefa. Jaross mówi niewiele, ale każde zdanie rozpoczyna od słów: - Panna Wanda. - Żaden z obu mężczyzn nie wie nic pewnego o drugim, ale każdy z nich czuje, że jest oszukiwany.
Na biurku Jarossa stoi fotografia miłej jasnowłosej kobiety. Wanda rozstawia w pokoju szefa mnóstwo kwiatów wiosennych i gałęzi. Po obiedzie szef na podwórzu uczy ją strzelania z pistoletu. Każdy nieudany strzał byłej sprzedawczyni wędlin wywołuje radosne wycie więźniów przyglądających się z okien. Nowe zarządzenie zabrania podchodzenia do okien. Ale od dawna już nie ma szyb, a w okna zagląda słońce wiosenne i gdy Wanda nie strzela, parapety okien są gęsto obsadzone.
Szóstego kwietnia dowiadujemy się, że Gisela umarła. W ostatnich dniach miała osobliwe przeżycie, które Wanda uważa za zmyślone, ale Ruth opowiedziała takie szczegóły, których skromna i romantyczna Gisela na pewno nigdy nie potrafiłaby zmyślić.
Generał był powtórnie na polu startowym. Ponownie kazał Giselę zawołać do siebie i przyjął ją w drewnianym baraku. Generał pytał Giselę, czy zgodziłaby się, aby wywiózł ją swoim samolotem z miasta. Wówczas postarałby się o jej zwolnienie i zabrałby ją z sobą. Gisela boi się przyznać, że chciałaby zostać ze względu na Andrégo. Prosi o tydzień czasu do namysłu. Generał przyrzeka przyjechać po nią za trzy dni i zabrać ją ze sobą do domu, okres próby już minął. Trzeciego dnia wieczorem Gisela rozdzieliła w celi różne drobne pamiątki. Hilda stwierdziła sucho, że generał jest starym świntuchem i widocznie uważa, że nadszedł już czas, aby szukać opieki u politycznych więźniów. Następnego dnia pole startowe znajduje się nieustannie pod gradem bomb i obstrzałem artylerii. Samochód z generałem, którego Gisela wypatruje, nie nadjeżdża, a umierającą Giselę odwozi samochód sanitarny. Generał zapomniał chyba o planowanej schadzce albo przełożył ją na inny dzień.
Następnego dnia w południe Hilda szepcze z ważną miną: - Wyjrzyj z okna kuchni. Otworzysz oczy ze zdziwienia. Ale bądź w oknie dopiero za pięć minut!
Oniemiałam! Hilda pracuje z dwiema kobietami w ogródku obok muru. Kobiety kopią ziemię. Hilda zgarnia właśnie do fartucha liście i daje mi potajemne znaki. W chwilę później jest już u mnie. - Kobieto - szepcze - znalazłam coś.
Hilda zobaczyła z okna szwalni czerwoną kartkę leżącą w ogrodzie. Przekonała Wandę, że należy doprowadzić ogródek do porządku. Potem zebrała liście razem z kartką i teraz wydobywa ulotkę.
Przykucnęłyśmy pod piecem i czytamy. Jest to oskarżenie niemieckiego dowództwa: Hitler walczy obecnie tylko o przedłużenie swego życia. Niemiecki żołnierz powinien myśleć o swojej rodzinie, o swoim domu, który może ocalał, powinien złożyć broń.
207
Niemiecki żołnierz niewątpliwie myśli o tym wszystkim, a mimo to walczy nadal. Rodzina jego tłucze kamienie na polu startowym, a on, jeśli nawet w głębi serca jest przeciwnikiem Hitlera, ma na klamrze paska swastykę, symbol zwycięskiego słońca zamiast napisu: “uwaga - samobójca!”
Gdy późnym wieczorem wracamy z Hildą do celi, kobiety zasypują nas pytaniami. Początkowo fakt, że wśród więźniarek tylko my dwie mamy pracę w gmachu więziennym, wywołuje niechęć. Ponieważ jednak dużo dla nich robimy, wkrótce znów nastaje zgoda. W najgorszych chwilach, to znaczy w nocy, jesteśmy wszystkie razem i to w dużej mierze równoważy nasze wyróżnienie.
Sen jest czymś rzadkim i nieocenionym. Wciąż od nowa po jedno – lub dwugodzinnych przerwach brzęczy nad miastem mały czarny ptak, radziecki samolot nazwany przez nas “maszyną do szycia”. Wkrótce potem nadlatują bombowce i wąski, pozbawiony piwnic gmach więzienny chwieje się w posadach, a przez dwadzieścia do trzydziestu minut wszystko dokoła tonie w ogniu i huku bomb. Ukrywamy twarze w dłoniach, kulimy się i przywieramy do materaców. Za każdym razem wydaje się, że nie można już tego dłużej znieść. Ale oddychamy z ulgą, gdy znów nad nami rozlega się brzęczenie “maszyny do szycia”, gdyż wiemy, że oznacza to koniec bombardowania.
W celi panuje ustawiczny niepokój. Kobiety kaszlą, wiatr wpada przez rozbite wielkie okna i hula po wszystkich kątach. W nocy starsze kobiety często wstają, zawsze coś potrącają i hałasują pokrywami kubłów. Pani Frost, która tutaj nie może spać na kanapie i w niepojęty dla nas sposób ciągle jeszcze nie może się pogodzić z utratą guzika od palta, nocą kąpie nogi w swej misce do jedzenia, widocznie ma bzika na tym punkcie.
Helena, starościna celi, podejrzana o szpiegostwo z powodu posiadania aparatu fotograficznego, w dniu przybycia do więzienia została najdokładniej zrewidowana przez Wandę, która nie pominęła nawet szwów biustonosza. Jest to kobieta o wyjątkowej energii; z nazistami rozprawia się krótko. Przydziela im najgorsze materace, zardzewiałe łyżki, najmniejsze porcje chleba.
- A po co się tu pchałaś? - odpiera każde zażalenie.
Helena dba o utrzymanie porządku za wszelką cenę, a wielkość jej rąk budzi niepokój.
Przeważnie kobiety są zgodliwe i koleżeńskie. Starają się dodać otuchy nowoprzybyłym i pomagają im przetrwać pierwsze godziny lęku. Najlepiej potrafi to Hannchen. Na pierwsze pytanie: - Gdzie jestem? - które niemal zawsze stawiają nowoprzybyłe więźniarki wchodząc nocą do celi. Hannchen odpowiada: - W domu wariatów - a gdy wybuchamy śmiechem, pryska zły czar i obawa przed ciemnością celi pełnej obcych ludzi natychmiast się rozwiewa. Na trwożliwe pytanie: - Czy mnie rozstrzelają? - Hannchen umie beztrosko odpowiedzieć: - Owszem, jutro rano, a tymczasem umyj się. - Gdy Hannchen wyciąga lusterko spod materaca, przegląda się w nim i ochrypłym głosem mówi marzycielsko: - Ach, dzieci, bezwarunkowo muszę sobie ufarbować włosy, mam już dość tych moich jasnych włosów - brzmi to groteskowo, a że Hannchen mocno przy tym sepleni, doprowadza do śmiechu nawet najbardziej nachmurzone babki.
Także Helga, o którą najbardziej się martwimy, śmieje się czasem z dowcipów Haneczki. Helga oczekuje dziecka, którego ojciec został rozstrzelany. Ukrywała go od stycznia do marca w domu na działce. Ilekroć przychodził patrol, ukochany Helgi wyskakiwał przez okno do ogrodu. Jednak pewnego razu przychwycili go. Helga zawsze wraca z przesłuchań zupełnie wyczerpana i przygotowana na śmierć. Chwilowo ratuje ją jej stan; pocieszamy ją, że zanim dziecko przyjdzie na świat, będzie już po wojnie.
Alianckie wojska z dwóch stron zbliżają się do Berlina. W godzinach wielkiego przygnębienia nieraz wątpimy w wyzwolenie; czekamy nań od dziesięciu tygodni i nie możemy pojąć, dlaczego nie nadchodzi. Nerwy, biczowane zdawałoby się od wieków, odmawiają chwilami posłuszeństwa, a pod wpływem nieustannych, pełnych grozy wrażeń fantazja maluje nocą ponure i przeraźliwe obrazy długoletniego więzienia, z którego nie ma już powrotu do życia bez cel i krat więziennych.
Gdy patrzę w ciągu dnia na zatroskaną twarz sturmbannführera, gdy widzę wzmagającą się histerię Wandy, niespokojne oczy Hüsgena po nalotach, niepohamowane pijaństwo Nickla i Ondruscha, nerwową, bezcelową ruchliwość i zły humor Thiemego, ulatniają się obawy, które trapią mnie nocą.
Praca u Jarossa nie jest ciężka. Jada pięć razy dziennie, przy czym drugie śniadanie składa się ze smażonych kartofli, herbaty i kanapek. Emil zaprzyjaźnił się z szefem kuchni volkssturmu i czasem otrzymuje coś z jego lepszych przydziałów żywnościowych, a niekiedy nawet całe rondle z resztkami jedzenia. Wieczorem Emil rozdziela je między komando pracujących na polu startowym pod pozorem, że to są resztki obiadu więźniów.
Thieme nie troszczy się o te sprawy i nie zagląda do garnków.
Manek opowiada, że Thieme urządził sobie w mieście melinę. Zaprosił tam Lidię, która w dwa dni po naszej przeprowadzce została wypuszczona na wolność razem z Marią. Thieme przyrzekł jej piękną biżuterię.
W połowie kwietnia Lidia z Marią są znowu w więzieniu. Tym razem otrzymują długoletnią karę z powodu uchylania się od pracy i muszą teraz pracować na polu startowym.
Edith Schmidt, młoda żona rozstrzelanego malarza, zostaje skazana na dwadzieścia jeden miesięcy ciężkiego więzienia. Gdy po południu komando wraca z pracy, widuję ją na korytarzu przy apelach i odliczaniu. Ciągle rzuca mi się w oczy napięcie w jej rysach, jakieś skryte czajenie się. Edith będzie kiedyś groźnym niebezpieczeństwem dla Thiemego i jemu podobnych.
Od czasu przeprowadzki Hüsgen znowu jest pewien zwycięstwa, znowu rozlega się jego śpiew. W połowie kwietnia wzywa mnie przez Wandę do biura, zamyka drzwi i jest bardzo uroczysty. Ma dla mnie zlecenie: proponuje mi, abym się podjęła szpiclowania w celach.
W jednej z wielkich cel kobiecych siedzą dwie młode dziewczyny, Gerti Hagens i przyjaciółka jej Janina, która jest Belgijką. Gerti Hagens od dzisiaj ma się przenieść do naszej celi. Mam ją wybadać. Podobno obie kobiety utrzymują kontakt z sowieckim komisarzem.
- Panie Hüsgen - mówię - toż to chyba majaczenia gorączkowe - rosyjski komisarz w twierdzy? Można śmiać się do rozpuku!
Oczy Hüsgena poczynają groźnie błyszczeć, głos staje się ostry. - Jeśli pani nie chce, wystarczy, aby pani to powiedziała!
Wanda wtrąca się do rozmowy. Podobno Gestapo wydostało już dużo szczegółów.
-
Co takiego? - pytam; oboje milczą.
-
Dziewczęta musiały być pijane. Na pewno chciały wzbudzić zainteresowanie! Małą Hagens znam, jest zbyt głupia, to napuszona małpa i nic ponadto.
210
Hüsgen potrząsa przecząco głową. - Wiemy wszystko - mówi - tylko tego draba nie mamy jeszcze w rękach i dlatego nie możemy zlikwidować przedwcześnie tych dziewcząt. Może pani oddać wielkie usługi führerowi! Gauleiter podpisze akt łaski. Zostanie pani zwolniona! A w przyszłości dam pani doskonałe stanowisko. Skoro tylko twierdza będzie wolna, pobierzemy się z Wandą i wprowadzimy się do bloków urzędniczych, a pani poprowadzi nam gospodarstwo. Pozostaniemy razem, przecież pani doskonale się zgadza z Wandą; Wanda jako moja żona pozostanie nadal na posadzie, a ja obejmę tu stanowisko dyrektora. Po wojnie świetnie będzie się nam wiodło, Niemcy dojdą do takiego rozkwitu, jakiego sobie nikt nie może wyobrazić…
Hüsgen poucza mnie dokładnie, jak mam z Gerti nawiązać rozmowę. Mam rozpocząć pogawędkę o sukniach, schlebiać jej i zwolna przechodząc do poufałości dać jej wreszcie do zrozumienia, że mam kontakty w mieście, które w momencie wkroczenia wojsk radzieckich mogą być bardzo pożyteczne. - Kobiety są w takich wypadkach sprytniejsze niż mężczyźni - mówi i jest przeświadczony, że nazajutrz uda mu się “capnąć” Gerti.
Podczas tej rozmowy Wanda przygląda mi się niezgłębionymi oczami. - Niech pani myśli o końcowym zwycięstwie i o führerze, i że pani ma coś do odpokutowania - kończy Hüsgen. - Cztery lata więzienia to jednak jest coś!