Nieudana ucieczka, akty i kochanki schronowe
W pojęciu Hüsgena istnieje tylko jeden rodzaj nieuczciwości, a mianowicie - być przeciwnikiem führera. Ponieważ jednak jestem odmiennego zdania, przeprowadzam wieczorem bardzo poważną rozmowę z młodocianą Gerti Hagens. Gerti została skazana na karę więzienia rzekomo z powodu uchylania się od pracy i należy do komanda pracującego na polu startowym. Opowiada, że sturmführer SS pojechał z nią dziś do jej mieszkania. Pozwolił jej zabrać walizkę z rzeczami. Zaprosił ją nawet na kieliszek koniaku. Okoliczność ta wzbudziła nieufność Gerti. Plotka o komisarzu pochodzi przypuszczalnie od jej przyjaciółki, pięknej awanturnicy, która w ten sposób chciała na siebie zwrócić uwagę. Nie uważam Gerti za niewinną, jednak nie dorosła do utrzymywania nielegalnych kontaktów i nie potrafiłaby też stawić czoła niebezpieczeństwu. Oczywiście mogę się mylić, ale to już nie moja sprawa. Podczas naszej rozmowy, którą prowadzimy na brzegu jej łóżka, jakieś oko zagląda przez judasza… może Hüsgena.
Następnego dnia komando wraca już w południe z pola startowego. Pole jest pod obstrzałem. W ogólnym zamieszaniu Gerti i Janina znikają. Ogromne podniecenie panuje w całym gmachu; dziewczęta są pierwszymi więźniarkami, które spróbowały ucieczki i ta się powiodła. Hüsgen zjawia się, aby mnie przesłuchać, pyta, jaką rozmowę prowadziłam wczoraj wieczorem z Gerti. Odpowiadam, że przecież nie mogłam się zachować jak słoń w sklepie z porcelaną; przecież należało wpierw obudzić zaufanie Gerti, gdyż w przeciwnym wypadku cała sprawa byłaby szyta zbyt grubymi nićmi. A jeśli Gerti dziś uciekła, to muszę wyrazić zdziwienie, że tak podejrzana osoba nie była lepiej pilnowana. Uważam to za brak odpowiedzialności, co na pewno nie jest po myśli führera.
Udaje mi się zmylić Hüsgena i uspokoić go. Ziemia pali mi się pod stopami. Jeśli Hüsgen posądza mnie o to, że przestrzegłam Gerti, muszę liczyć się co najmniej z izolowaniem mnie w oddzielnej celi. Jednak jest rzeczą jasną, że obie młode dziewczyny popełniły wielki błąd, chyba że miały absolutnie pewną kryjówkę i dotarły do niej.
W nocy obie znów pojawiają się w więzieniu. Rankiem Wanda wy prowadza je z celi; odtąd już ich nie widzimy.
-
A może je wypuszczono? - wyraża nadzieję jedna z kobiet, która się nie orientuje.
-
A jakże, do nieba - mówi starsza kobieta ze sparaliżowaną nogą, która siedzi za uchylanie się od pracy.
Fiołkowej barwy gazowy szalik, którym Gerti czasem owijała włosy, wisi na gwoździu przy jej łóżku; nikt nie interesuje się walizeczką z jej rzeczami.
Od tego dnia kobiety komanda pracującego na polu startowym dostają biało-granatowe kitle obłąkanych, które leżą całymi stosami w szwalni Hildy. Tłuściutka czarnula, która znów u Thiemego wpadła w niełaskę, szlocha i oponuje. Pakują ją do ciemnicy, gdzie w razie zmęczenia może położyć się na podłogę. Wanda twierdzi, że zarządzenie to wydał Jaross. Byłby to pierwszy wypadek osobistej ingerencji Jarossa w regulamin więzienny; ponieważ jednak chodzi tu o nieposłuszeństwo, więźniarki, o uchybienie dyscyplinie, możliwe, że zaniechał swojej zwykłej rezerwy.
Gdy podaję obiad, Jaross siedzi jak zwykle między dwoma oknami swego pokoju i czyta jedną z tanich, barwnie oprawionych kryminalnych powieści, które stoją na półce. To jego główne zajęcie.
Na strychu więzienia, na którym Hilda ma wieszać bieliznę - gdyż i tutaj uruchomiła pralnię - leżał stos starych książek, powieści podróżniczych Juliusza Verne’a, Ganghofera i inne głupstwa, a między nimi, dziwnym zbiegiem okoliczności, Fallady “Kto raz je z miski blaszanej”.
Zwracam się do Jarossa, który zwykle uważnie słucha, gdy go ktoś zagadnie, i zapytuję, czy nie zechciałby przeczytać tej zajmującej książki, o ile jej dotąd nie zna.
Jaross odpowiada, że nie ma żadnego zainteresowania dla problemów więziennych, stanowisko w więzieniu narzucono mu, sam nie wie, jak do tego doszło.
Z jego odpowiedzi wynika, że stanowisko dyrektora więzienia bynajmniej nie napełnia go radością. Jeśli pragniemy czytać, pozostawia mi wybór książek dla cel kobiecych. Okazja jest pomyślna, wobec tego pytam go, czy wolno mi zabrać dla kobiet jego stare dzienniki. Nie godzi się na to, ale zezwala zabrać mi je dla siebie do kuchni.
To jest sukces, aczkolwiek gazeta przynosi mało interesujących nas wiadomości. Bohaterskie historie kobiet poświęcających swoich mężów i synów, bajeczki o kurierach, którzy z narażeniem życia doręczali rozkazy, o poległych bohaterach, którzy zjawiali się ze zbawiennymi ostrzeżeniami, o dzieciach poczętych w łonie wdów wojennych, z których narodzą się nowi bohaterowie, wreszcie nieustanne przekonywanie żołnierzy, że śmierć na polu chwały jest piękna - wszystko to jest dziecinne i aż do obrzydzenia zakłamane. Komunikaty Wehrmachtu, mimo usilnych starań, nie są już w stanie zamaskować prawdziwej sytuacji. Wiadomo, jeśli komunikaty z pewnym ociąganiem przyznają, że o jakieś miasto toczą się walki, miasto to jest na pewno w rękach nieprzyjacielskich. Smutne to doświadczenie znajdowało podczas wojny często potwierdzenie w komunikatach stacji zagranicznych. Biuro propagandy nigdy od razu nie przyzna się do strat, raczej stopniowo przygotowuje ludność do tego.
Zagrzewające do walki artykuły wstępne gauleitera i odezwy generała dają więcej do myślenia, niż leży to w ich zamiarach.
Z Emilem jestem urzędowo na stopie wojennej, poza służbą żyjemy z sobą doskonale.
Emil nadał mi przydomek “zaborczej istoty”, gdyż jak głosi, przychodzę do jego kuchni tylko po to, aby coś zabrać.
Także Herbert melduje szefowi: - Już przyszło to zaborcze stworzenie! - Emil coraz bardziej ogranicza wydawanie przydziałów żywności dla mojej kuchni, nie ma już tłuszczu, rosół z peklowanego mięsa zbiera dla siebie i nawet z tej odrobiny bardzo niechętnie rezygnuje.
Myśląc o zmobilizowaniu pomocy - gdyż jasne jest, że Emil chce mnie prześcignąć w gotowaniu - rozpoczynam rozpaczliwy flirt z rozpijaczonym, jasnowłosym, czerwonookim o białych rzęsach kucharzem z volkssturmu, który czasem siedzi u Emila w kuchni. Nazywam go “Seppelątko”, a on od czasu do czasu przynosi mi z swojej kuchni makaron, który Jaross z apetytem zjada, marmoladę, z której robię sosy owocowe i kaszkę mannę, z której zawsze wyczaruję coś, czego nikt w więzieniu nie potrafi, nawet Emil. W walce konkurencyjnej zwycięzcą jestem ja, zwłaszcza że Wanda mi pomaga i kradnie z magazynu resztki marynowanych zapasów Thiemego. Powodem mej gorliwości nie jest - jak przypuszcza Emil - chęć zdobycia uznania sturmbannführera ani śmieszna i fałszywa ambicja dobrej gospodyni, ale chęć zachowania tego osobliwego stanowiska obserwatora. Moja głowa zamieniła się w notes, a swoboda ruchów w więzieniu dostarcza mi każdej chwili okazji do nowych spostrzeżeń.
Gdy Emil mnie pyta, co dziś gotuję, często otwiera szeroko oczy słysząc moją odpowiedź. Zawsze jest to odrobinę więcej, niż on może zaofiarować. W końcu Emil rezygnuje z dalszej rywalizacji.
Emil załatwił sobie cywilne ubranie, ale nie może się zdecydować, czy ma je włożyć, gdy wejdą wojska radzieckie, czy powinien uciekać, czy też może polegać na więźniach. Ma bardzo poważne wątpliwości i robi niejedną uwagę, która kwalifikuje go do więzienia. Chętnie mówi też o wieczorach koleżeńskich, odbywających się co tygodnia w pokoju szefa. Po resztkach wina i wódki, pozostałych w kieliszkach, po przewróconych popielniczkach, skorupach szkła i oblanych trunkami obrusach, po wyziewach alkoholu w pokoju i twarzy Jarossa następnego dnia mogę się zorientować, że bawiono się tu nieźle. Poznać to także po nieustannie wygrywanym na patefonie “Marszu Krzyżaków”, doprowadzającym mnie do rozpaczy; jest to ulubiona płyta Jarossa, której bym już nigdy w życiu nie chciała usłyszeć.
Sturmbannführer widocznie też zagląda coraz częściej do kieliszka, czasami już po południu, chodzi z purpurową twarzą. A może i on słyszy już rozlegające się pukanie?
Niekiedy więźniowie, którzy mają karę krótszą niż pół roku, zostają ułaskawieni. Odnosi się to do oskarżonych o drobne kradzieże, nieprzestrzeganie obowiązków zaciemniania, uchylanie się od pracy przez trzy dni. Coraz mniej miejsca jest w małym gmachu, w którym umieszczono w czterech wielkich celach ponad dwieście osób, a słuchaczy nieprzyjacielskich stacji nadawczych przybywa coraz więcej. Poza tym pojawia się nowy typ kobiet: kochanki schronowe. Są to młode dziewczęta i kobiety odświętnie ubrane, które kręciły się wśród żołnierzy w piwnicach, leżących na linii frontu. Wyprawiały z nimi krótkotrwałe orgie miłosne, a teraz opowiadają chełpliwie o pijatykach i ucztach; we włosach mają sztuczne kwiaty. Mówią “wóda” i “żarcie” i nawet tutaj rzucają zakochane spojrzenia, skoro tylko ukaże się mężczyzna na widnokręgu. Sposobność ku temu nadarza się podczas wyjścia na podwórze, gdy rano i wieczorem opróżnia się pełne kubły, co zwykle odbywa się celami. To umożliwia spotkania na schodach, a kochanki schronowe, które przeważnie siedzą na parapecie okna śpiewają modne przeboje, ubiegają się o prawo wynoszenia kubłów; chętnie pozostawiamy im tę robotę. Są to kobiety, które, ogarnięte lękiem przed śmiercią, prostytuują się i im bardziej rozpaczliwa staje się sytuacja okrążonego i ostrzeliwanego miasta, tym bardziej wzmaga się ich namiętna żądza używania życia. Stają się najwstrętniejszym robactwem w twierdzy, a liczba ich wzrasta jak liczba much na padlinie.
Każdego tygodnia zwalnia się pewną część tych kobiet, ale w miejsce pięciu zwolnionych zjawia się sześć nowych. Hilda i ja dochodzimy do zgodnego wniosku, że nawet Hedwig, trzeźwa i praktyczna w sprawach miłości, stoi o wiele wyżej od nich.
215
Wanda, dozorczyni oddziału kobiecego, wręcza szefowi listę więźniów przewidzianych do zwolnienia, a on z kolei oddaje ją prokuratorowi. A gdy już brak miejsca, to za sprawą Wandy nie zwalnia się matek drżących o los swoich dzieci, lecz zawsze tylko dziewki i złodziejki. Chcąc przyjść z pomocą kobietom, które mają dzieci w twierdzy, i umożliwić im rozmowę z sturmbannführerem, umawiamy się z Hildą, że w drodze wyjątku wciągniemy je do pracy w pralni i w szwalni. Poza tym podejmuję się sprzątania pokoju i łazienki Jarossa, co dotąd robiła więźniarka, którą zwolniono. Wanda zgadza się, aby mi pomagała jedna z kobiet zatrudnionych w szwalni, i po przygotowaniu terenu u Jarossa inscenizuję spotkanie. Jaross, który codziennie po południu odwiedza prokuratora, przyrzeka wstawić się u niego, oczywiście jeśli kary nie są zbyt wysokie. Także Sturmbannführer dotrzymuje słowa i następuje kilka zwolnień. Hertha, młoda kobieta zaprzyjaźniona z Belgijczykiem Leonem, która spodziewa się niedługo rozwiązania, może wrócić do swoich dzieci.
Współpraca z Hildą daje zawsze dobre wyniki. Hilda jest koleżeńska, a poza tym zręczna i pomysłowa. Otwarcie przyznaje się, że nie ma do mnie zaufania. Nie umie określić dlaczego. Twierdzi, że kiedy znajdziemy się w domu, nie będę chciała utrzymywać z nią znajomości i nigdy mnie nie odwiedzi, bo jest pewna, że przyjmę ją w kuchni. Hilda spędziła swoją młodość na służbie. Jej pewność siebie doznała silnych wstrząsów, a moja obrotność wywołuje w niej niechęć. Dlatego nazywam ją naszym generałem i walczę jak diabeł o jej duszę. Ale to nie pomaga. Hilda jest kalefaktorką więzienia, a ja kucharką, a kucharka uchodzi w jej oczach za coś lepszego. Przy tym Hilda jest o wiele pilniejsza i zręczniejsza ode mnie. W szwalni łata się teraz starą bieliznę więzienną w granatową kratkę. Prawie wszyscy więźniowie mają powleczone koce. W pralni gotuje się w wielkich kotłach bielizna załogi, a niejedna część garderoby, bez której teraz na wiosnę możemy się obejść, zostaje wraz z nią uprana. Hilda zaprowadziła czapkę przeciw wszom, która obowiązuje wszystkie nowoprzybyłe więźniarki, gdyż skutkiem zbiorowego życia w piwnicach i braku odpowiednich warunków higienicznych, wiele nowoprzybyłych kobiet ma we włosach pełno robactwa. Hilda postarała się również o to, aby z pralni przynoszono na drugie piętro gorącą wodę do mycia dla ludzi pracujących na polu startowym, i w ten sposób przesiąknięci potem mężczyźni i kobiety mogą codziennie, umyć się porządnie po powrocie.
216
Więźniowie znajdują w łazience, w miejscach z góry określonych, chleb razowy, który dostaję od Emila dla szefa, jakkolwiek Emil wie, że jest rzeczą niemożliwą, aby Jaross spałaszował takie ilości chleba. Również rondle z jedzeniem, które przynosi kucharz volkssturmu Seppl, przemyca się w najbardziej nieprawdopodobny sposób na drugie piętro, a ich zawartość trafia do wygłodniałych żołądków ludzi z pola startowego. Kalefaktorzy i Herbert, w którego posiadaniu jest klucz do magazynu, pomagają przemycać żywność. Porcje chleba zmalały do dwustu gramów, pracujący ciężko na polu startowym są wiecznie głodni. Emil robi wszystko, co jest w jego mocy, ale zapasy topnieją coraz bardziej.
Porcje, które dostaję dla szefa, też nie są wcale obfite. A przecież muszę wyżywić Hildę i Tina. Berger wciąga chciwie zapach smażonych kartofli i gdy mi zostaje choć trochę okruchów, zanoszę mu je prędko. Gdy dziewczęta przynoszą obrane kartofle z parteru, proszą o kawałek chleba posmarowany tłuszczem i czasem wydaje mi się, że jak w Biblii muszę wykarmić dziesięć tysięcy ubogich trzema koszami chleba i kilkoma rybami.
Największy apetyt ma Tino, który jest tak chudy, że ma dziury zamiast policzków. Tino przynosi na górę prawie każdy kawałek drzewa oddzielnie, a niekiedy wylewa do zlewu dopiero co przyniesioną wodę, aby wiele razy odbyć tę samą drogę. Drzwi kuchni mają dla wszystkich tę samą niesamowitą siłę atrakcyjną. Hüsgen przyłapał dwóch kalefaktorów stojących w drzwiach kuchni. Jest to surowo wzbronione i Hüsgen robi straszliwą awanturę. Obydwaj natychmiast zostają pozbawieni swych funkcji, a Manek otrzymuje rozkaz założenia zasuwy przy moich drzwiach, które powinnam zamykać od wewnątrz. Teraz nawet sturmbannführer musi pukać do moich drzwi i nareszcie mogę zatopić się bez przeszkód w czytaniu starych aktów ze szwalni Hildy, z których kilka od dłuższego już czasu ukrywam w piekarniku. W południe po ukończeniu zmywania i po herbacie o godzinie trzeciej mogę czytać swobodnie. Są to opisy chorobowe więźniów, którzy wpadli w obłęd, i dołączone do nich pamiętniki, listy i podania. Odsłaniają się przede mną wstrząsające Szczegóły z życia wyrzutków społeczeństwa. Przeważnie każdy wypadek zaczyna się od wykolejenia w młodocianym wieku, potem włóczęgostwo, kradzieże, włamania, przestępstwa podlegające karze, aż do lekceważenia cudzego życia, wreszcie następuje obłęd.
Wstrząśnięta do głębi czytam zapiski człowieka, którego rozwój, aż do chwili psychicznego zamroczenia, ukazany jest w jego pamiętniku, i mam wrażenie, jakbym czytała komentarz do “Tkaczy” Hauptmanna. Johannes Wolf jest dzieckiem tkacza z Langenbielau. Młodość miał twardą i smutną, ojczym był alkoholikiem, a matkę wyczerpały i otępiły liczne porody. W niezręcznych słowach Johannes opisuje dzieje swego życia. Jako dwunastoletni chłopak został posądzony o kradzież, zbyt późno okazało się, że pieniądze ukradł i przepił jego ojczym. Chłopca zbito wtedy okrutnie. Wyrządzona krzywda wywołuje w nim zaciętość i uczy go nienawiści.
W dzieciństwie już zepchnięty na drogę nieszczęśliwych i wyzyskiwanych, wychowany w najgorszych społecznych warunkach, przeżywa pierwsze brutalne przesłuchanie policjanta wiejskiego i poprzez pierwsze nieuczciwości, pierwsze małe kradzieże i kary więzienia do staje się do zakładu poprawczego, stamtąd do więzienia, z więzienia do zakładu karnego i w samotności celi popada w obłąkanie. Rozmyślania o ubiegłym życiu, splot wrogich mocy, wobec których od początku był bezbronny, ukazują mu życie w świetle podstępu i zła i w końcu wpędzają go w manię prześladowczą.
Dzieje życia więźnia Wolfa, spisane w ciągu dwu lat, ukazują początkowo, i w typowym charakterze pisma i w sposobie wyrażania się, byłego ucznia szkoły wiejskiej; można się zorientować, że zaczął je spisywać, gdy po raz pierwszy zrozumiał krzywdę, jaką wyrządzono mu w dzieciństwie. Pismo zdradza coraz silniejsze drżenie ręki, coraz bardziej gmatwa się beznadziejne oskarżanie społeczeństwa ludzkiego, aż wreszcie pamiętnik zamienia się w krzyk człowieka, który nie może wyjść poza swój jednostkowy los, nie może nigdy wyzwolić się z niedoli.
Pozostałe teczki z aktami zawierają opisy podobnych tragedii ludzkich, które były udziałem szczutych i wyklętych, wyrzuconych poza nawias społeczeństwa mieszkańców tego domu.
Skierowaniem do domu obłąkanych kończą się wszystkie akty. Jest dla mnie rzeczą jasną, że eutanazja, owa “pomoc w umieraniu”, którą w zbrodniczy sposób stosowano za czasów Hitlera, kładła wreszcie kres okrutnemu dziełu tępienia tych ludzi.
218
Straszna lektura wpadła mi w ręce. Zdziera ostatnią zasłonę z oblicza porządku społecznego, w którym istnieje niedola obok dobrobytu, nędza obok bogactwa.