Kryminaliści
Gmach lśni teraz czystością od góry do dołu. Stopniowo pod komendę Hildy dostaje się piętnaście kobiet. Wanda akceptuje wszystkie propozycje, ostatecznie, jeśli zostanie zaprowadzony ład i porządek w więzieniu, będzie to poczytywane za jej osobistą zasługę. Po dziewięciotygodniowym pobycie w prezydium, gdzie nikt nie mógł się nawet umyć, nikt nie miał możności zmienić garderoby, gdzie w ciemnych piwnicznych celach panował zaduch i brud, ta zmiana wydaje nam się prawdziwym dobrodziejstwem. Hilda przynosi z magla garderobę, którą obdziela nowoprzybyłe więźniarki, bo kobiety w twierdzy są teraz niejednokrotnie bardziej zaniedbane i brudne niż my.
W maglowni, w wyłamanych i rozgrzebanych koszach i walizkach, stanowiących własność ewakuowanych rodzin i urzędników, Hilda znalazła jeszcze niejedną nadającą się dla nas część garderoby, a ja posiadam teraz bluzkę. Stary granatowy sweter zimowy włożyłam do plecaka. Plecak schowałam pod koc, jego zawartość rozczarowała mnie. Matka wyjęła wszystkie moje skarby, które chciałam uratować, a zastąpiła je najbardziej zniszczonymi starymi łachami. Widocznie uważała, że na okres więzienia najgorsze rzeczy są jeszcze zbyt dobre. Znalazłam w plecaku tylko pończochy z wstawionymi stopami, łataną bieliznę i trochę przyborów do szycia - to było wszystko. Przy podziale rzeczy Gerti Hagens dostałam ładną szarą sukienkę, którą wkładam tylko w niedzielę. Błękitną tyrolkę już dawno podarowałam. Hilda ofiarowała mi również barwny szalik. Zwykle przynosi takie rzeczy pod maglowaną bielizną.
Gdy Wanda spotyka mnie w nowym ekwipunku, mierzy mnie rzeczowym i krytycznym spojrzeniem.
-
Jak ci tam idzie z Jarossem? - pyta.
-
Jaross codziennie chwali moją kuchnię, jest zadowolony.
Wanda siada na stołku kuchennym. - Mój Boże - mówi - nie udawaj głupiej. Przecież Jaross nieustannie się skarży, że jest taki samotny. Jeżeli koniecznie chce mieć towarzystwo, nie powinno to być problemem dla mądrej kobiety. Wystarczy tylko sięgnąć… albo pozwolić sięgnąć. Czy nigdy nic nie zauważyłaś?
-
Nie, nigdy nic nie zauważyłam.
-
Na mój gust jest zbyt miękki, lubię prawdziwych mężczyzn, którzy już coś przeżyli. Heinz to odpowiedni chłopak dla mnie. Mężczyzny należy się bać, trzeba mu pokazać zęby, a on powinien być brutalny. Jaross pasuje lepiej do ciebie.
-
Ależ, Wando, Jaross jest co najmniej o dziesięć lat młodszy ode mnie, a poza tym jest dyrektorem więzienia Gestapo, a ja jestem politycznym więźniem… to by dopiero była dziwaczna para kochanków. Elegancki Jaross i jego siwowłosa miotła… masz naprawdę szalone pomysły.
-
Poczekaj, w najbliższych dniach dostaniesz oddzielną celę. Tak czy owak jesteś zawsze jeszcze o ósmej poza celą… Już ja to urządzę.
-
Wando - powiadam - daj mi spokój z takimi głupstwami i proszę cię zostaw mnie z innymi kobietami. Nie chcę żadnych wyjątków, a oddzielna cela już zupełnie mi nie odpowiada. Zostaw mnie tu, gdzie jestem.
Wanda zrywa się z krzesła, jak zwykle urywa rozmowę i wybiega.
- Mała mateczko! - woła jeszcze od drzwi - ty głuptasku! Jestem o wiele mądrzejsza od ciebie. Pozwól raz działać twojej wielkiej Wandzie.
Nie jest trudno odgadnąć, co “moja wielka Wanda” zamierza zdziałać. Chce narzucić Jarossowi kobietę, aby potem za pośrednictwem Hüsgena wydać go w ręce obersturmbannführera. Zanosi się na niebezpieczną grę. Jaross, Hüsgen, Thieme, Nickel, wszyscy czterej mieli nadzieję zdobyć Wandę. Jaross chce się pozbyć Thiemego, Thieme zamierza według relacji Wandy, wykończyć Jarossa, skoro tylko spotka go w ciemnościach poza więzieniem. Hüsgen nienawidzi Jarossa, ponieważ jest o niego zazdrosny, a sturmbannführer przeciwstawia się jego krakowskim metodom. Z kolei Jaross odnosi się niechętnie do Hüsgena, który widocznie wygrał wyścig o Wandę, bo robi ortograficzne błędy w swoich sprawozdaniach, a jego postawa wobec przełożonego, mimo zachowania wszystkich wojskowych przepisów, jest wyzywająca.
Nickel nie bierze udziału w tej grze, zadowala się wypytywaniem więźniarek o Wandę i przekazuje dalej otrzymane w ten sposób informacje. W doniesieniu oskarża Wandę o faworyzowanie więźniów. Ponieważ jednak doniesienie dociera do Wiczorka, szefa Sonderdienstu, nie znajduje żadnego oddźwięku.
Wanda pragnie zdobyć dla Hüsgena stanowisko Jarossa. Nie może jednak dowieść szefowi żadnego uchybienia.
Tyle wiem o całej tej zagmatwanej historii. Wiem również od Wandy samej, że Wiczorek odegrał ważną rolę, gdy szło o powierzenie jej obecnego stanowiska. Cale to miłosne gruchanie nie obchodziło mnie do tej pory. Sposób, w jaki Wanda chce osaczyć Jarossa jest nieopisanie podły. Ale Wanda nie docenia sturmbannführera.
Najlepszym tego dowodem jest fakt, że w parę dni po owej rozmowie Thieme zostaje wysłany na front. Na jego miejsce przychodzi niemłody jegomość, biurokrata w grubych okularach, który nikogo nie krzywdzi. Nie wiadomo, kto teraz wykonuje wyroki śmierci, wydane przez egzekutywę Gestapo. Należy przypuszczać, że robi to Nickel lub Ondrusch.
Wyjazd Thiemego przyniósł nam pewne drobne ułatwienia. Hüsgen i Wanda siedzą w biurze przy zamkniętych drzwiach lub w pokoju Wandy, sturmbannführer prawie nie wychodzi ze swego pokoju. Nickel i Ondrusch przeważnie są pijani i leżą na swych łóżkach. Bawarczyk Fryc przymyka jedno oko, a strażnicy więzienni, którzy i tak mają tylko nocną służbę, przymykają oboje oczu.
Mam teraz możliwość zabrania lekarstw z szafy biura. W kuchni napycham kieszenie fartucha kalefaktorskiego małymi brązowymi pierniczkami, które mi podsuwa Herbert; Herbert wypieka teraz olbrzymie ilości tych pierników; kobiety w celach po chudych i nieapetycznych zupach są wygłodniałe i łakome.
Herbert kradnie z magazynu cukier, a kalefaktor Beinlich, szczwany chłopak, ściąga przy wyładowaniu żywności całe wiadro marmolady, Hilda kradnie dla nas garderobę, gdzie tylko może ją znaleźć, i nikt z tego powodu nie ma najmniejszych skrupułów. Wręcz przeciwnie, przeważnie uważamy każdą udaną wyprawę złodziejską, która się opłaciła, za dowód wyjątkowej inteligencji. Nasze zasady moralne brzmią: zdobycie czegoś potrzebnego dla ogółu to nieodzowna samopomoc, na którą jesteśmy skazani. Kradzieże indywidualne uważamy nadal za podłość. Każdy stosuje się do tego, a kto wykracza przeciw temu prawu, spotyka się z potępieniem i pogardą ogółu.
Z papierowych torebek w biurze wyjmuję wszystko, co może przynieść ulgę więźniom w ich licznych dolegliwościach, występujących często nagminnie. A więc herbatkę walerianową, zioła miętowe, herbatę na kaszel, środki przeczyszczające i wstrzymujące biegunkę. W biurze są wszystkie potrzebne lekarstwa, tylko nikt dotąd nie troszczył się o cierpienia zamkniętych ludzi. Tino, mój nosiwoda i główny kalefaktor, przemyca dzbanki z herbatą między konwiami z wodą przeznaczoną dla cel. Tino przynosi również polecenia z męskich cel, różne odpowiedzi i liczne pozdrowienia, które z kolei przekazuję zonom, narzeczonym i siostrom. Trudno sobie wyobrazić, ile miejsca zajmuje miłość, ta stara odwieczna choroba ludzkości, nawet w więzieniu, nawet w obliczu niedoli i śmierci. Ważniejsze natomiast jest to, co więźniowie mają sobie do powiedzenia w sprawie zeznań złożonych podczas przesłuchania. Muszą być uzgodnione w najdrobniejszych szczegółach. W tych sprawach najmniejsza nieścisłość może zadecydować o przebiegu przesłuchania, a nawet o losie człowieka.
Gdy otwierają cele śmierci, mamy niekiedy możność zajrzenia tam na chwilę. Jedno krótkie spojrzenie, rzucone na tych skazańców, na ich postacie i ruchy, z których bije beznadziejność, starczy, aby wstrząsnąć człowiekiem. Skazańcy trzymani są w zupełnej izolacji i tylko bardzo rzadko można ich zobaczyć albo czegoś się o nich dowiedzieć. Gdy rano wynoszą kubły, są pilnie strzeżeni. Między nimi jest również jakiś młody człowiek w mundurze SS. Wysoki tęgi jegomość jest, według relacji Hildy, właścicielem fabryki wódek. O innych nic nie wiemy. Po upływie kilku dni znowu pojawiają się nowe twarze, które widzimy, gdy pochylają się nad miskami przy wydawaniu jedzenia. Gdy Nickel zauważa nas na korytarzu - wygania nas natychmiast. Herbert, stary praktyk wśród więźniów, gdyż ma już za sobą prawie dziesięć lat więzienia, bardzo się interesuje wszystkim, co się dzieje w budynku. Powiada, że to jest najosobliwsze więzienie, ja kie kiedykolwiek widział: plugawa stajnia, w której człowiek czuje się tak, jakby spacerował między minami. Trup nie ma tu większego znaczenia niż zdechła mysz… a cały ten niesamowity gmach wywołuje wrażenie, jakby za chwilę miał wylecieć w powietrze. On, Herbert, czuł się o wiele lepiej w poprzednim więzieniu. W styczniu uciekł z transportu więźniów z Brieg, ukrywał się całymi tygodniami w twierdzy, a po wprowadzeniu kart pracy wybrał jedyne możliwe wyjście: zgłosił się dobrowolnie do policji.
W roku 1936 zasądzony za popełnione morderstwo, jest wśród nas jakby zabłąkanym ptakiem; rozsadza go wprost świadomość przewagi nad nami, jeśli chodzi o znajomość wszystkich zagadnień pruskiego sądownictwa i regulaminu więziennego, jak również problemów kryminalistyki w każdej dziedzinie. Jest zdania, że ponosi karę za jedno tylko morderstwo, natomiast gestapowcy mają znacznie więcej na sumieniu, a największym mordercą jest Hitler. Wobec tego czuje się zupełnie rozgrzeszony, tym bardziej że żona była kompletną histeryczką i zmieniała jego życie w piekło. Podczas jakiejś wyjątkowo przykrej i obraźliwej kłótni, po długiej i cierpliwie znoszonej pańszczyźnie, wpadł nagle w niepohamowaną wściekłość i wymierzył pięścią cios, który powalił ją na ziemię. Umarła na atak serca; los okazał się sprawiedliwy. Herbert wyraża niezłomne przekonanie, że ludzie dopiero w więzieniu stają się źli.
- Przecież ty dawniej też nie kradłaś - mówi stojąc na czatach przy drzwiach magazynu, podczas gdy ukrywam pół chleba razowego w dużym garnku z kaszą. Emil zaczyna oszczędzać, a mężczyźni są głodni.
Herbert ma rację, a ja pojmuję, że pierwszy krok wcale nie jest taki trudny i tam gdzie panuje nędza, szybko zaciera się różnica między złem a dobrem.
Gdzie leży właściwie granica? Gdzie tkwi błąd, jeśli tak szybko i łatwo można przekroczyć tę granicę? Czy w ludziach, czy w ustawodawstwie, czy też w niedoli ludzkiej? A może nasza moralność jest podwójna i sprawia, że wybaczamy sobie to, co potępiamy u innych?
Odkąd wpadły mi w ręce opisy chorobowe obłąkanych więźniów, absorbuje mnie pytanie, co to jest przestępczość, gdzie zaczyna się krzywda i jaka jest jej geneza.
Nikt nie rodzi się przestępcą, mordercą czy włamywaczem, tak samo jak nikt nie rodzi się generałem, właścicielem ziemskim lub zakonnikiem. Nadzy mali ludzie, którym potrzeba miłości i ciepła, leżą w ramionach matek… zdarza się tu i ówdzie jakiś niedorozwinięty umysłowo albo pozbawiony hamulców człowiek, dla którego obranie łatwiejszej drogi oznaczać będzie klęskę, jeśli nie znajdzie się pod bacznym okiem wychowawcy; ale liczba takich jest znikoma.
223
Do Hildy takie problemy nie mają dostępu. Uznaje jedną metodę pedagogiczną: mocno lać! Gdy mówię o społecznych bolączkach, przerywa mi ruchem ręki. W jej pojęciu niemal wszyscy ludzie są źli. Zdaniem Herberta tylko kobiety są winne każdemu nieszczęściu. Minna, chuda, stroskana mała kobiecina, która pomaga mi szorować kamienną posadzkę, często rozmyśla nad tymi sprawami. Minna skazana jest na kilkuletnią karę więzienia za ograbienie zwłok. Ma syna, którego ewakuowano z transportem dzieci do Czechosłowacji. W ostatnim liście, który otrzymała od niego, pisał, że zdarł jedyną parę trzewików. W domu Minny umarł wówczas staruszek, którego Minna pielęgnowała i zaopatrywała w żywność. Minna ostrożnie wyjmuje kawałki zbitej szyby, które pozostały w drzwiach wejściowych, i tą drogą dostaje się do mieszkania staruszka. Bardzo się boi i ma takie uczucie, jakby nieboszczyk mógł każdej chwili wyciągnąć zimną woskową rękę i ją pochwycić. Ale przezwyciężając uczucie grozy, powiada sobie, że martwy staruszek nie potrzebuje już butów. Zabiera to, co jest konieczne jej dziecku, myśli jej bezustannie krążą dokoła jego potrzeb.
W prostych słowach Minna sama rozstrzyga pytanie, czy jest przestępczynią, czy nie. Mówi: - Gdyby wszystkie dzieci na świecie miały buciki i odzież, żadnej matce nie wpadłoby na myśl kraść. Ale kto kradnie po to, żeby mieć więcej niż inni, ten jest przestępcą. A ten, kto nie dopuszcza do sprawiedliwego podziału, też jest przestępcą. Czy to nasza wina, że się nam źle powodzi? Całe życie pracowałam i do czego doszłam? Nawet nie mogę kupić memu chłopcu pary butów. Pan prokurator powinien u siebie w domu przejrzeć swoją szafę, a jeśli w niej nic nie ma, a on ma na nogach parę podartych rozczłapanych pantofli, wówczas wolno mu usiąść i zastanowić się, kogo ma skazać. Ale jego szafa nie jest pusta, tego możesz być pewna! Człowiekowi sytemu łatwo jest wydać wyrok na głodnego.
Uważam, że to rozumowanie jest całkiem proste.