Odsiecz, grypsy i demony starego Reichelta
Jedenaście tygodni upłynęło od dnia, w którym wierzyliśmy, że wojna potrwa jeszcze tylko dwadzieścia cztery godziny, kiedy Heisig szukał u nas kryjówki, a Kessler nas aresztował.
Przeżycia i wrażenia ostatnich tygodni starczą, aby człowieka zwalić z nóg, wstrząsnąć nim do głębi lub tak podnieść na duchu, że już nic nie może go wytrącić z równowagi, ani strach, ani pokusy, ani upiększanie sytuacji. Pośredniej drogi nie ma.
Wieczorami często rozmawiam na ten temat z Hildą i dwiema starszymi kobietami. Jest wśród nas kilka kobiet, które przez cały dzień leżą na swych łóżkach, pogrążone w zupełnej apatii, z wyrazem udręki na twarzach. Uchylają się od każdej pracy, wyobrażają sobie, że są chore, i poddają się bezwolnie biegowi wypadków, zamiast stawiać im czoło z podniesioną głową. Nie chcą nic widzieć ani słyszeć, uważają się za udręczone ofiary. Każde słowo otuchy przebrzmiewa bez echa.
Jest nas około dwadzieścia kobiet, dla których zwolnienie nie wchodzi w grę, gdyż pierwszym warunkiem zwolnienia jest wymiar kary niższy niż pół roku. Hilda i ja, Hannchen i Paula, a także Ruth, przyjaciółka zmarłej Giseli, należymy do tej grupy. Łączą nas więzy siostrzane i przyjaźń, aczkolwiek nigdy nie wyłączamy się z wspólnoty pozostałych czterdziestu pięciu kobiet w celi.
Nastawienie tych dwudziestu kobiet nie jest tylko demonstracją lub, jak w pierwszym okresie, wynikiem osobistych przeżyć. Nawet u całkiem młodych dziewcząt skrystalizował się zdecydowany sąd o narodowym socjalizmie, toteż jestem przekonana, że z murów Gestapo wyjdą najlepsze antyfaszystki, które właśnie w więzieniu znalazły potwierdzenie słuszności swoich poglądów. Doświadczenie jest najlepszym nauczycielem, a nasza szkoła w więzieniu Sicherheitspolizei w oblężonym mieście - wypełniła plan od a do zet.
Nieufność, jaką okazywano w pierwszych dniach mnie i Hildzie, ustąpiła.
Gdy “zaszczycono” nas funkcją kalefaktorek, w celi zapanowało przekonanie, że jesteśmy niepewne i dwulicowe, ale wkrótce stosunek do nas zupełnie się zmienił i teraz towarzyszki jeszcze chętniej niż przedtem wtajemniczają nas we wszystkie swoje kłopoty.
225
Jesteśmy jedyne, którym praca umożliwia myszkowanie po wszystkich kątach, a biorąc żywy udział w życiu więźniarek i niosąc pomoc wszędzie, gdzie tylko można, osiągamy pomyślne wyniki, które zyskują nam uznanie. Drobne przysługi towarzyszek celi są najpiękniejszą nagrodą, piękniejszą niż podziękowanie. Pani Menzel popruła swój szalik i zrobiła mi parę skarpetek. Hilda postarała się w szwalni o druty. Ruth w czasie spaceru zerwała na dziedzińcu gałązkę forsycji i wetknąwszy ją do flaszeczki po lekarstwie postawiła przy moim łóżku. Paula położyła na łóżku Hildy papierosa, który otrzymała w darze od żołnierza z volkssturmu wraz z listem miłosnym, spuszczonym na nitce z okna, a stara pani Moritz, matka Pauli, zaprasza nas na czerwiec do swego ogrodu na poziomki. Na tle tych drobnych objawów prawdziwej serdeczności, z jaką kobiety to wszystko nam ofiarują, tym jaskrawiej rysuje się odrażająca sieć intryg i wyścig o władzę, który rozgrywa się poza naszymi celami.
Zdaje się, że postanowiono unieszkodliwić Jarossa. W pojęciu załogi jest zbyt miękki i każdy wyobraża sobie, że po jego odwołaniu posunie się o krok dalej. Thieme potknął się o ten plan i na polecenie Jarossa zostaje wysłany na front. Za wcześnie chełpił się, że poczynił odpowiednie przygotowania i że “stary” dojrzał do bohaterskiej śmierci. Wanda wygadała się z tym przede mną, ode mnie dowiedział się o tym Emil, a Emil pała śmiertelną nienawiścią do Thiemego. Słowo Emila znaczy coś u szefa i Thieme znika z więzienia. Teraz z kolei Hüsgen ubiega się o stanowisko dyrektora więzienia. Raz po raz usiłuje mnie wybadać, jakie rozmowy prowadzi Jaross z więźniami, w jakich wypadkach przyrzekł interwencję, czy robił jakieś uwagi na temat - dobrego czy złego traktowania więźniów przez załogę, w ogóle chciałby wiedzieć wszystko, co mogłoby posłużyć do obalenia szefa gestapowskiego więzienia. Hüsgen zaprasza mnie na te rozmowy do swego pokoju i nawet ofiaruje mi krzesło. Oznajmia mi, że ma z “góry” polecenie pilnowania szefa, gdyż Jaross dopuszczał się okrucieństw. Uważa, że jako więźniarka powinnam być zainteresowana w tym, aby takiego człowieka jak Jaross unieszkodliwić. Posunięcia szachowe Hüsgena są jak zwykle głupie i szyte grubymi nićmi.
Kombinacje i plany Wandy są znacznie zręczniejsze i bardziej niebezpieczne. Przed nią należy nieustannie mieć się na baczności. Wszystko jest u niej komedią, nawet jej histeryczna miłość, bo nie jest zdolna do żadnych uczuć prócz ambicji. Przeważnie traktuje mnie jak sprzątaczkę, ale zdarza się, że nagle wpada do kuchni, otwiera ramiona i woła z zachwytem:
- Mateczko! Jestem nieludzko szczęśliwa! - Potem obejmuje mnie i całuje, porywa coś ze stołu kuchennego, co przygotowałam dla Jarossa, i biegnie uszczęśliwić pewną więźniarkę, która siedzi obok w celi śmierci. Podobno jest to młoda dziewczyna, której narzeczony był dezerterem i został rozstrzelany.
Niekiedy daje do zrozumienia, że pragnie nam pomóc, że tylko dlatego została urzędniczką Gestapo - można sobie to przecież łatwo wyobrazić - i właśnie dlatego musi być podwójnie ostrożna. Ale jej usiłowania, zmierzające do zatrudnienia jak największej ilości kobiet na polu startowym, najbardziej przemawiają przeciw tym zapewnieniom, mimo to Wanda stara się zepchnąć swoją oczywistą winę na sturmbannführera.
Stara pani Forst, która zwróciła się do niej z prośbą o pewne względy dla jej okaleczonych nóg, otrzymuje odmowną odpowiedź.
- Zagoją się przy pracy. - i zostaje przydzielona do robót na polu startowym. Pani Forst otrzymała wyrok śmierci z powodu kanapy, a po tygodniowym pobycie w samotnej celi śmierci ułaskawiono ją i skierowano na roboty przymusowe.
Także stary Merckert jest między tymi, którzy dzień za dniem wychodzą do pracy. Przeraźliwa rozpacz, którą wyrażała jego twarz w chwili gdy rozstrzelali mu syna, teraz znikła. Tępa uległość, apatia wychudłego jak szkielet starca wywołują wrażenie że człowiek ten nie odczuwa już żadnych cierpień. Gdy po południu mężczyźni ustawiają się do mycia, widok tego starca między półnagimi chudymi postaciami, które słońce wiosenne opaliło na brąz, wzruszyłby kamienie, gdyby kamienie posiadały serce.
Cztery lub pięć razy dziennie szumią nad nami eskadry nieprzyjacielskich samolotów, od huku spadających dokoła bomb drżą i chwieją się mury więzienia. Po przerwach, które niekiedy trwają całe godziny, następuje znowu kanonada ciężkiej artylerii, łomot, świst, trzask, które odbierają człowiekowi zdolność myślenia.
Kobietom pracującym na dolnych piętrach wolno schodzić do schronu; załoga nie wyłączając szefa jest tam w komplecie. Na górze w celach rozlega się nieustanny wrzask kobiet i walenie drewnianymi stołkami w drzwi. Ponieważ niektóre kobiety były już raz zasypane, przy każdym nalocie dostają ciężkich ataków nerwowych i należy obawiać się o stan ich umysłu.
Edith Schmidt, piękna młoda żona malarza, delikatna smukła Lidia, pani Forst i czterdzieści innych kobiet stoją rzędem w swoich niebiesko-białych pasiakach po jednej stronie korytarza, po drugiej mężczyźni, podczas gdy Hüsgen przejmując ich od wartownika odlicza: - osiemdziesiąt - dwie - cztery - zgadza się!
Zapomina dodać: - sztuk.
Szef ma teraz psa; nakazuje podawać psu tylko przegotowaną wodę. Hüsgen kopie psa, gdzie go tylko spotyka. Uważa, że jest zwykłym kundlem, którego należy zastrzelić, i że to obrzydliwe psisko doskonale pasuje do tego błazna sturmbannführera. Obaj nie mają szpiku w kościach, ani stary, ani kundel. Stary podobno rozmawia z psem. A z psami rozmawiają tylko obłąkani. Gdyby wszystko szło po myśli Hüsgena, w ogóle inny wiatr powiałby tutaj. Ale co się odwlecze, to nie uciecze.
Wanda często wpada do mnie do kuchni:
- Usuń z drogi Jarossa! Szykanuje Heinza i obawiam się nieszczęścia.
Mimo woli myślę o Emilu i o jego uwadze, abym pilnowała garnków, bo na strychu jest istny skład trucizn.
Emil pilnuje Wandy jak detektyw.
- Tutaj dzieją się rzeczy, których sens dopiero w ostatniej godzinie zostanie zdemaskowany - powiada.
Mogłabym niejedno wyjaśnić Emilowi, ale wolę milczeć.
Pewnego wieczora tego samego tygodnia panuje w gmachu uderzająca cisza. Perschel, jeden z wachmistrzów więziennych, którzy nie mieszkają w więzieniu i każdego wieczora obejmują wartę, przychodzi o godzinie ósmej na drugie piętro i zatrzymuje się na progu drzwi częstując Hildę i mnie papierosem. Opowiada, że generał przemawia w głównym budynku więziennym do volkssturmu i że cała załoga łącznie z Wandą tam się znajduje. Perschel jest dobrodusznym prostym człowiekiem; cieszy się, że wolno mu usiąść na krześle w kuchni, i zupełnie otwarcie nazywa SD-manów świniami. Hilda korzystając z tego, że powietrze jest czyste, schodzi do Emila, aby wyżebrać kieliszek wódki dla Perschla. Perschel grzbietem reki gładzi czarnego wąsa i oznajmia, że wkrótce należy spodziewać się końca, gdyż wojska radzieckie stoją tuż pod Berlinem. Hilda przypuszcza, że po zdobyciu Berlina stolicą zostanie ogłoszony Magdeburg. Ale Perschel oświadcza, że pod Magdeburgiem stoją Amerykanie.
-
No, dzieci, ale teraz koniec, chodźcie - mówi życzliwie i otwiera drzwi naszej celi na pierwszym piętrze. - Panie Perschel - szepczę błagalnie - czy nie mógłby pan wstąpić do mojej matki?
-
To załatwia Reichelt - odpowiada - ale ostrożnie!
Nazajutrz Wanda opowiada, że generał przemawiał wspaniale. Zapewniał, iż z Berlina podąża z odsieczą armia, która już w drodze odniosła wielkie sukcesy. W najbliższej przyszłości kraj zostanie oczyszczony z wojsk nieprzyjacielskich, generał Wenck, dowódca armii, zobowiązał się słowem honoru, iż w ciągu czternastu dni odbędzie pieszy marsz z Berlina do Wrocławia bez zetknięcia się z nieprzyjacielem. Führer jeszcze nigdy nie opuścił swoich żołnierzy, żołnierze nie powinni więc opuścić führera. Wierność za wierność, twierdza zostanie utrzymana. Walka o Wrocław przejdzie do historii jako chlubna, złota karta.
W tym samym czasie Goebbels komunikuje, że pod Berlinem wojska niemieckie przygotowują Rosjanom krwawe przyjęcie.
Po przemówieniu generała barometr nadziei znowu idzie w górę. Znowu rozlega się w całym gmachu głośny śpiew Hüsgena.
Po południu jest ciężki atak artylerii i barometr spada do zwykłego poziomu.
W ostatnich dniach Jaross często stoi przy oknie i spogląda nieruchomo w jeden punkt czerwonego muru. Wanda ozdobiła parapet jego okna wazonami kwitnących tulipanów; ciśnienie bomby zmiotło wszystkie wazony. Koło południa zwykle szef się ożywia i uwija się pracowicie i milcząco po gmachu, wieczorami znów jest zupełnie przybity.
Odpowiada uprzejmie na każde pytanie, a tylko jeden raz zagaduje mnie sam - wprost niepojęte - w osobistej sprawie. Otrzymał list od żony, list, który podobno zrzucił pocztowy samolot. Na jego nieruchomej zwykle twarzy maluje się radość.
Jak to być może, zapytuję sama siebie, że człowiek, który serdecznie rozmawia z swoim psem i dla którego list znaczy tak wiele, może znieść cierpienie w tym gmachu, znajdujących się w nim ludzi. Jak niezawodna musi być czarodziejska moc rozkazu i alkoholu.
229
Emil, który drogą wymiany z kucharzem volkssturmu dochodzi do spirytusu, otworzył małą rafinerię. W wielkich rondlach kipi i wre mieszanina kminku, aromatów, barwników, cukru i spirytusu, którego zapach przenika cały gmach. Głównymi odbiorcami są Nickel i Ondrusch, którzy ledwo gotowy trunek piją w stanie ciepłym z filiżanek. Konsumpcja alkoholu wzrasta z każdym dniem, zwłaszcza od chwili gdy komunikaty dowództwa wojskowego donoszą o pierwszych walkach pod Berlinem.
Czekam na spotkanie z Reicheltem; Hilda też wie, że Reichelt przekazywał do miasta różne wiadomości. Dawny kat nie jest taki towarzyski i uprzejmy jak Perschel, ale nocą dręczą go demony i jest bardziej uczynny niż jego kolega.
Każdego wieczora dolatuje mnie głośny kaszel starego Reichelta i z tęsknotą czekam na okazję spotkania go. Wreszcie słyszę jego głos na górze u szewca Bergera.
- Panie Reichelt - wołam - herbata dla pana już gotowa - przy czym mrugam oczami jak gwiazda filmowa z ubiegłego stulecia.
Ciężko jest nawiązać z Reicheltem tajne pertraktacje, Reichelt ma przytępiony słuch.
- Tak - mówi spoglądając na mnie z wysiłkiem i natężoną uwagą. - Czy mam już teraz pić, czy może później… i właściwie, gdzie mam wypić tę herbatę?
Mówię, że herbata jest jeszcze gorąca, ale może Reichelt zechce powiedzieć pannie Wandzie, że zniosę mu herbatę na dół do pokoju, przy czym znów kiwam głową i mrugam gwałtownie oczami. Dobrze mówi Reichelt. Wreszcie zrozumiał, że pragnę zejść na dół.
-
Czy jutro pani też chce mi ugotować herbatę? - pyta i również kiwa głową.
-
Tak - mówię - każdego wieczora. - Moje kiwanie wyraża zachwyt.
-
Świetnie umiesz to robić - chwali Berger. - na pewno już niejeden rok przesiedziałaś.
-
Ach nie, Berger - odpowiadam i nie mogę powstrzymać się od śmiechu słysząc jego opinię, w której brzmi uznanie dobrego kolegi więziennego. Jestem tu dopiero trzy miesiące. Ale wiesz, w więzieniu ludzie nie stają się lepsi, lecz gorsi.
230
Szybko piszę kartkę do matki, zawiadamiam, że przeniesiono nas do zakładu karnego w Kletschkau, że jestem zdrowa i cieszę się, iż się wkrótce zobaczymy. Jeśli Greta może przyjść, niech zapyta posterunek na dole o pannę Kretschmer, to nasza dozorczyni. Niech Greta postara się dojść z nią do porozumienia. Wyrażam nadzieję, że matka jest zdrowa i dotąd wszystko dobrze przetrwała. To już nie potrwa długo.
W dwie minuty później w klatce schodowej rozbrzmiewa głos Wandy:
- M-a-r-i-o! - Wanda każe mi podać natychmiast herbatę do pokoju pana Reichelta. Następnego wieczora już bez przeszkód schodzę z herbatą na dolne piętro i nie muszę wyczekiwać, aż Reichelt lub Perschel zjawią się przypadkowo na górze.
To jest bardzo ważne, gdyż obaj przychodzą dopiero o godzinie ósmej, a o tej porze nie mam nic do roboty na dole. Nie chcę rzucać się w oczy. Błogosławię kaszel Reichelta i życzę mu, aby jak najdłużej chorował. Reichelt jeszcze cztery razy zabiera od kobiet grypsy do miasta.
Po dwóch dniach zjawia się Małgorzata Laue.
Wanda stoi z nią na progu mojej kuchni i nagli do pośpiechu. Jest bardziej zdenerwowana niż ja.
Pytam Gretę o matkę i dowiaduję się, że opiekuje się dzieckiem jak rodzona babka. Dziecko odgrywa wielką rolę w piwnicy. Staruszka okazała się bardzo rozsądna i ma pełne zaufanie do mnie. Pietro jest w obozie cudzoziemców. Zapewniam, że jestem zdrowa, że pracuję, i proszę, aby nie upadali na duchu, na pewno zwyciężymy - matusia niezawodnie zrozumie to właściwie. Wzdłuż korytarza rozlegają się ciche, długie kroki Hüsgena, który szuka Wandy. Wanda i Greta oddalają się. - A tu - mówi Wanda - jest nasza szwalnia.
Hüsgen wypytuje mnie, kim jest ta obca kobieta, czy jest Czeszką, i zdradza się w ten sposób, że posądza ją o przyniesienie wiadomości od byłego kochanka Wandy, Fryca.
Wanda, która chętnie prowokuje Hüsgena i z przyjemnością snuje intrygi, żąda ode mnie rewanżu.
Prosi, abym dała do zrozumienia Hüsgenowi, że Jaross mnie napastuje. To przecież nie ma znaczenia, pragnie tylko, aby Hüsgen wyzbył się podejrzeń w stosunku do niej; nie może nawet pół godziny pozostać u Jarossa, Hüsgen stale urządza jej sceny.
Wanda dobrze wie, jak zarzucić pętlę. Należy mieć się przed nią na baczności. Jednak zdarza się, że niejedno uchodzi uwagi zajętej sobą dozorczyni. Fakt, że mało o nas dba, ma też swoje dobre strony. Dzięki temu w gmachu można zorganizować tajną pocztę. Wiadomości przedostają się do cel przez warsztat szewski i przez kalefaktorów. Gdy powietrze jest czyste, Tino drapie paznokciem w moje drzwi kuchenne. Nie zawsze przynosi ważne wiadomości, ale już choćby jedno słowo pozdrowienia może być przyczyną wielkiej radości. Kobiety posyłają mężczyznom małe amulety, czasem zwykły breloczek, łańcuszek; rzeczy wartościowych nikt przy sobie nie ma. Dla tych, którzy je otrzymują, są to jednak drobiazgi bezcenne. Mówią: - Kocham cię i myślę o tobie.
W ostatnich dniach zdenerwowanie w więzieniu wzrosło jak linia gorączki w czasie kryzysu.
Apele Hüsgena nie odbywają się już sprawnie. Lada drobnostka wyprowadza go z równowagi, a kombinacje jego są teraz nie tylko naiwne, ale i niebezpieczne.
Każdego popołudnia o godzinie piątej wszyscy więźniowie muszą wyjść na korytarze.
Bez słowa stoją w dwóch rzędach. Następuje odliczanie i sprawdzanie według list.
Hüsgen dzieli więźniów na dziesięcioosobowe grupy, liczy osobiście, każe wchodzić pojedynczo do cel. Jego cyfry nie zgadzają się nigdy.
Potem następuje rozdział odliczonych racji chleba, ale zawsze jest za dużo lub za mało. Hüsgen dostaje ataku szału, gdy zamiast czterdziestu dwóch więźniarek jest ich czterdzieści pięć, jakkolwiek nikt na pewno nie wkrada się dla przyjemności do więzienia.
Przez cały czas Hilda stoi obok mnie z gniewnie wysuniętą szczęką.
Apele mają w sobie coś nieskończenie poniżającego. Człowiek jest numerem i marionetką, otrzymuje kawał chleba do ręki, gdy rozsadza go gniew, jest rekrutem, gdy zrywa się w nim pęd do wolności, nienawidzi z całej duszy, a jest całkiem bezsilny.
Gdy ostatecznie rachunki Hüsgena nie zgadzają się, często jeszcze późnym wieczorem otwiera drzwi do cel i od nowa rozpoczyna ustawianie i odliczanie. Raz zapomniał wciągnąć do swoich ksiąg nowego więźnia, innym razem nie skreślił zwolnionego i nie może dojść, na czym polega błąd. Traci więc głowę, a konsekwencje jego gniewu ponoszą więźniowie. Wścieka się na nas, że jesteśmy za głupie, żeby same odliczać, każe nam maszerować oddzielnie dookoła stołu i zupełnie nie zważa na to, że niektóre kobiety mają na sobie tylko koszulę lub majtki.
W końcu z hukiem zatrzaskuje drzwi i wrzeszczy coś o postawieniu pod ścianę i wysadzeniu całego burdelu w powietrze.
A w mieście agenci Gestapo gonią przez płonące i rozpadające się w gruzy miasto i tropią wszystkich, którzy Hitlerowi i jego wojnie przeciwstawiają rozpaczliwe: - Nie.