Maria Langner "Ostatni bastion"

Bohaterowie bez broni

Gdy następnego ranka wychodzimy z cel, na wszystkich korytarzach roi się od ludzi. Pilnują ich wartownicy, którzy postawili swoje karabiny na ziemi i oparłszy ręce o lufy obojętnie patrzą w próżnię z wyrazem zmęczenia i niechęci na twarzach. Stare i młode kobiety, ubogo i dostatnio odziani mężczyźni, prostytutki i damy, prosty lud i panowie, siedzą i stoją w długim korytarzu drugiego piętra. Na korytarzu ustawiono ławki z szwalni, na których siedzą złamane, łkające, gęsto stłoczone kobiety, niewyspani, milczący, wystraszeni ludzie, niektórzy zaś stoją i patrzą spokojnie przez kratę na podwórze więzienne.

Twarze ich noszą ślady nocnego przesłuchania, wielu z nich ma opuchnięte oczy lub sińce. Niektórym mężczyznom wystają spod marynarki strzępy koszul.

  • Pośpiesz się - mówi Hilda cicho - ugotuj kawę. Ale duży garnek.

  • Może ty ugotujesz kawę - odpowiadam - a ja zbiegnę szybko na dół do Emila.

Tino rozpalił już ogień w piecu, Hilda chwyta dzbanek na kawę, a ja z koszykiem na chleb zbiegam szybko na dół. Na parterze stoją czterej mężczyźni odwróceni twarzami do ściany. Obok każdego z nich - wartownik z karabinem. Aresztowani wyglądają okropnie. Jeden z nich ma usta rozdarte na parę centymetrów, a krew spływa z nich na ubranie. Inny, w zielonym mundurze żandarmerii polowej, stoi z uginającymi się kolanami i opuszczonymi ramionami, a przez ciało jego przebiega raz po raz drżenie - twarz jego jest szara. Nagle jakiś młody człowiek pada na ziemię, starszy przygląda mu się z boku bojaźliwie. Hüsgen przybrał swój najbardziej służbowy wyraz twarzy i stoi na schodach; uważa, aby więźniowie nie porozumiewali się z nowoprzybyłymi. Gdy zagaduję Emila, nie odpowiada mi wcale, z zamkniętymi oczyma potrząsa tylko głową i daje mi do zrozumienia, żebym go o nic nie pytała. Ludzie w jego kuchni poruszają się szybko i nie patrzą na siebie. Wszyscy są pod wrażeniem tej nocy pełnej trwogi, masowych aresztowań i rozdzierających krzyków.

Nie dowiedziawszy się niczego, wracam znów na górę do Hildy, która zgotowała już kawę. Podajemy kobietom na ławkach kubki z gorącą kawą, jedna z naszych ze szwalni uważa na schodach. Wartownik stoi w klatce schodowej oparty o ścianę, jest to jeden ze znanych nam ludzi z plutonu egzekucyjnego.

We wszystkich pokojach stukają maszyny do pisania; agenci Gestapo śpieszą z wiadomościami od jednego referenta do drugiego. Dom przepełniony jest urzędnikami. Całe Gestapo zostało postawione na nogi. Przesłuchania trwają od nocy i kończą się dopiero w południe.

Część aresztowanych zostaje zwolniona. Około trzydziestu osób pozostaje w gmachu. Od pani Schwanke, małej blondynki z wysokim czubem włosów nad czołem, o rozmarzonych niebieskich oczach, dowiadujemy się bliższych szczegółów. Pani Schwanke pracuje od kilku dni w więzieniu. Jest krawcową i Wanda zatrudnia ją w szwalni. Schwanke w niemiły sposób udaje ważną i nonszalancko gra rolę wytwornej damy. Od pierwszej chwili podkreśla w rozmowach z nami, że znajduje się tu jedynie w charakterze świadka. Jest tylko w więzieniu prewencyjnym, gdyż życie jej było zagrożone.

Pani Schwanke, wdowa wojenna, zrobiła doniesienie na swego kochanka, mężczyznę w mundurze żandarmerii polowej. Jest ojcem jej najmłodszego dziecka. Aresztowani należą do grupy ruchu oporu. Pani Schwanke - jak twierdzi - współpracowała z tą grupą tylko pod przymusem. W całym tym wypadku główną rolę odegrała zazdrość. Schwanke podała wiele adresów i aresztowano osiemdziesiąt osób. Grupa ruchu oporu od dłuższego czasu zaopatrywała karty pracy w fałszywe pieczęcie, a podobno niektórzy mężczyźni posiadali broń i planowali większy zamach. Na kierownictwo miejscowej grupy partyjnej dokonano już zamachu, którego sprawców dotąd jeszcze nie wykryto, a pani Schwanke, która zdecydowanie opowiada się za dalszym prowadzeniem wojny, podejrzewała o to swego “narzeczonego”. Jest zdumiona, że Gestapo aresztowało tak wielką ilość ludzi, gdyż niektóre podane przez nią adresy były nieścisłe, a nazwiska fikcyjne, wobec czego agenci zabierali wszystkich mieszkańców danego domu; ktoś podejrzany zawsze się między nimi znajdzie.

Tego przedpołudnia Schwanke została skonfrontowana z aresztowanymi i poznała przypadkowych gości swego kochanka. Rozpromieniona opowiada, że wszyscy mężczyźni staną przed sądem doraźnym.

Zemsta pani Schwanke na człowieku, który miał widocznie do niej zbyt wiele zaufania, jest okrutna i bezwzględna. Czterej mężczyźni, którzy stali na parterze pod ścianą, jeszcze tego samego dnia przestępują próg celi śmierci. W piwnicy zostali tak straszliwie zmasakrowani, że wyszli półżywi.

W drugiej celi umieszczono aresztowanych wczoraj w nocy czterech mężczyzn, którzy nie należą do tej samej grupy. Jednego z nich zdołałam zobaczyć w chwili, gdy go Nickel wywołał z celi. Jest to wysoki, szczupły, blady, młody człowiek, o nieprzeniknionej, inteligentnej twarzy i jasnym czole; odwaga, z jaką wychodzi z celi, wydaje się niemal wyniosłością. Gdy go Nickel nieco później odprowadza do celi, koszula jego jest na plecach podarta. Ale wyraz jego twarzy jest jeszcze bardziej wyniosły.

Przez cały dzień trwa nieprzerwany ruch w gmachu. Po południu długo jeszcze siedzimy z Hildą na opustoszałych ławkach drugiego piętra i nie możemy nawiązać rozmowy. Nie umiemy ubrać w słowa tego, co rozegrało się dzisiaj znowu przed naszymi oczami. Hilda złożyła ręce na kolanach, patrzy przed siebie w próżnię i od czasu do czasu mówi: - no tak!… lub: to jest… Czas już podać herbatę Jarossowi. Tak jak i przedtem Jaross przestrzega surowo pory posiłków i nie odstępuje od swoich nawyków. Prawdopodobnie na chwilę przed rozstrzelaniem też się jeszcze będzie golił.

Z tacą w ręku stoję przed drzwiami jego pokoju, na moje pukanie nie ma odpowiedzi. Szef powinien przyjść lada chwila, jest pedantycznie punktualny. Otwieram drzwi i wchodzę do pokoju. W fotelu siedzi człowiek - nie, to nie jest człowiek!

239

Trupia czaszka wystaje z kołnierza munduru, wąska blada głowa powleczona jest cienką, sinobiałą skórą.

Kessler!

Przez chwilę czuję na sobie jak uderzenie spojrzenie jego zimnych, ciemnych oczu, za którymi płonie całe okrucieństwo świata.

Śmierć i szatan o eleganckich manierach, światowiec i morderca, demon w mundurze, władca piekła dwudziestego wieku.

Bezładne obrazy przesuwają się przede mną; widzę Heisiga w chwili gdy go zabierają, młodych, straszliwie wzburzonych żołnierzy z prezydium policji. Widzę Fryca Schmidta, malarza z zamarłą twarzą, w chwili gdy go wyprowadzają na śmierć, Cilli i wiele innych, których nazwisk nie znam; w uszach dźwięczy mi krzyk obcej kobiety w półmroku hali dworcowej - jakiś szaleńczy film przesuwa się przed moimi oczami.

Kessler siedzi bez ruchu.

Imbryk z herbatą chwieje się na tacy. W jakiś sposób wydostaję się z pokoju. Wanda, która w kilka minut później, oburzona moją niepunktualnością, wpada do kuchni, znajduje mnie zemdloną na ziemi. Śmierć jest w gmachu, najwierniejszy i najokrutniejszy pachołek Hitlera. Widok Kesslera odebrał mi wszystkie siły i całą odporność, po raz pierwszy od tygodni załamałam się.

Wieczorem tego samego dnia Hilda przynosi coś pod fartuchem. Każe mi zamknąć drzwi na zasuwę i dopiero wówczas pokazuje mi, co jeden z kalefaktorów znalazł w schronie.

Pęk związanych sznurów, na końcach każdego pasma są supły; supły i pasma są zakrwawione.

Patrzymy na siebie z przerażeniem i osłupieniem… Ubrania nie krwawią, nagie ciała krwawią.

  • To Boenischa - mówi Hilda.

Boenisch jest jednym z referentów Gestapo. Niektórzy więźniowie opowiadali już o jego biczu.

Hilda zna jego nazwisko, bo prała dla niego bieliznę. Boenisch był dzisiaj w więzieniu. Przed pół godziną prosił o kawę. Wanda przysłała go do mnie. Przez chwilę rozmawiał ze mną. Pochodzi z Berlina i, jak zapewniał, cieszy się ze spotkania krajanki. Radość była tylko jednostronna. Boenisch wygląda tak odrażająco, że w jego obecności ręce moje stają się lodowato zimne. Ma w sobie coś z drapieżnego ptaka, a jego władczy sposób mówienia jest nie do zniesienia, nawet jeśli się o nim nic nie wie.

Boenisch informuje się, jakie cele są po prawej i lewej stronie kuchni i czy są zajęte.

Gdy słyszy, że siedzą tam czterej skazani na śmierć mężczyźni, rzuca kilka słów, które w zestawieniu z uwagami Wandy i Hüsgena i z nazwiskiem, które Nickel wykrzykuje w głąb sali, upewniają mnie, kim jest aresztowany, którego przed kilkoma minutami widziałam.

Boenisch mówi, że te psy żydowskie drukują ulotki.

Wanda twierdzi, że to był nie lada połów.

Hüsgen natomiast uważa, że wszystkich tych mieszańców należało natychmiast uśmiercić, wówczas nie mogłoby się zdarzyć, żeby za drutami kolczastymi znajdowali się ludzie, mający tak wyrafinowane pomysły.

Nickel woła: - Langer!

Gdy w pierwszych dniach oblężenia brat Małgorzaty po udałej ucieczce z obozu w środkowych Niemczech zjawił się we Wrocławiu, była mowa o kilku jego kolegach i o Rudim Langerze. Podobno był to zdolny i śmiały chłopak.

Młody człowiek nazwiskiem Langer, którego Hüsgen nazywa mieszańcem, odpowiada temu opisowi.

Uciekli w piątkę z obozu dla Żydów, mieszańców i Niemców ożenionych z Żydówkami. Jako mieszkańcy obozu musieli pracować przy budowie gigantycznych rozmiarów fabryki podziemnej. Przeznaczona była do fabrykacji broni V.

Gdy czołgi radzieckie natarły na wschodzie na jego miasto rodzinne, Rudi Langer, uciekając z narażeniem życia, zjawił się, aby wziąć udział w podziemnej pracy politycznej i ratować to, co jeszcze ze zniszczenia uratować można, jeśli zbierze się garstka odważnych, których nie przerazi nawet groźba sądu.

Wnioskując z uwag Boenischa drukowali ulotki. Rozruchy w mieście są z tym zapewne związane.

W gazecie wychodzącej w twierdzy ukazuje się apel gauleitera, który zwraca uwagę na sabotaże i godne pogardy podziemne organizacje oraz podkreśla, że ludność żywi niezłomną wolę wytępienia zdrajców i obrony życia führera własną piersią. Tylko wiara w zwycięstwo może przynieść oswobodzenie. Rozgorzały walki o Berlin.

241

Samoloty zaopatrzeniowe nie przylatują już do twierdzy. Artyleria posiada skąpe tylko zapasy amunicji; pewnego dnia ogranicza się do oddania zaledwie dziesięciu strzałów. Liczba czołgów zmniejszyła się do dwóch. Ostatnie rezerwy volkssturmu - dwa tysiące ludzi znajdują się w gmachu więzienia bez broni. Piechota, do której wcielono wszystkich, począwszy od lotników aż do reporterów z oddziałów propagandy, ciągle jeszcze usiłuje zrobić wyłom w radzieckim froncie i przerwać pierścień otaczający miasto. W podziemnych lazaretach, gdzie temperatura dochodzi do czterdziestu stopni, leżą setki rannych w straszliwym zaduchu. Daje się odczuć dotkliwy brak lekarzy, personelu szpitalnego, opatrunków, środków dezynfekcyjnych i lekarstw. Ranni leżą na ziemi, siedzą na schodach i żebrzą o wodę; umierają masami. Obowiązkowe, bohaterskie pielęgniarki walczą z własną rozpaczą i w ponurym świetle zapasowych lamp uwijają się wśród mrocznej ciasnoty podziemnego piekła, w którym walczące wojska szukają schronienia na swej ostatniej rozpaczliwej drodze.

Ta wojna po klęsce, ta walka pokonanych przebrała już wszelką miarę. Kieruje nią wola szaleńca.