Maria Langner "Ostatni bastion"

Przed atakiem

Babunia znowu zrywa kartkę z kalendarza: 26 stycznia 1945. Strzelanina zbliża się coraz bardziej. Czas się wlecze, chociaż jest pełen napięcia. Nasze zdenerwowanie wzrasta i uwijamy się bezcelowo, choć przeczuwamy, że wszelkie nasze przygotowania są bezsensowne.

Znosimy do piwnicy koce, materace, kufry, świece i żywność. Harry i Pietro zakładają antenę, wbijają gwoździe, budują, sprawdzają przejścia w piwnicy i podziemne drogi ucieczki. Spokojny głos Harry’ego działa odprężająco na nasze skołatane nerwy. Pietro natomiast, typ prawdziwego południowca, jest jak żywe srebro. Od wielu dni zapomina o swoich włosach, które zwykle ujarzmia przy pomocy wody i siatki. Jak czarny dziki las unosi się w górę ciemna chmura włosów nad jego spiczastą, żółtą twarzą dziecka o czarnych, mysich oczkach.

Małgorzata, która z zawodu jest fotografką i posiada szósty zmysł w typowaniu “obiektów”, potrząsa ciągle głową i wzrusza ramiona - Nie mogę tego pojąć - mówi, kiedy Pietro zasiada z nami do stołu. Wygląda pan jak doniczka szczypiorku. Chętnie sfotografowałabym pana, ale to wydaje mi się zbyt idiotyczne.

Małgorzata jest kobietą pełną rozmachu i fantazji. Czesze się i ubiera skromnie, a siła jej indywidualności, którą można natychmiast wyczuć, skoncentrowana jest w mądrych, pełnych wyrazu oczach.

Ośrodkiem naszego zainteresowania jest dziecko. Nie można pojąć, że leży tak spokojnie wśród przepełniającego nas niepokoju i oczekiwania i z dziecięcą powagą wydaje nieartykułowane dźwięki lub pogrążone jest we śnie. Różowe i pulchniutkie, prowadzi między nami swoje własne odrębne życie.

Babunia gotuje w wielu rondelkach potrawy dla małego gościa i jest szczęśliwa, że może być pożyteczna.

Dotąd odkładaliśmy z dnia na dzień przeniesienie naszej kwatery do piwnicy. Radio często zapowiada zbliżanie się nieprzyjacielskich samolotów, które zataczają nad miastem jakieś tajemnicze, niezrozumiałe kręgi. Spoglądając przez okno na szeroką ulicę, łączącą północną część miasta z południową, przy której znajduje się nasz dom, widzi się przygotowania i pośpiech wojska. Wyciągnięte w marszu kolumny nowych jednostek płyną nieprzerwanie na front. Formują się przeważnie z dywizji cofających się z frontu wschodniego. Czołg za czołgiem toczy się obok domu, łącznicy na motocyklach, oficerowie w samochodach, z mapami sztabowymi rozłożonymi przed sobą, mkną w największym pośpiechu.

Fala uchodźców już dawno odpłynęła. Całe miasto wydaje się gotowe do zbrojnej obrony. Wszędzie wystawione są posterunki wartowników w szerokich i obszernych płaszczach. Pietro nazywa ich okrycia głowy żelaznymi kapeluszami i nikt tego nie prostuje, gdyż uważamy, że należy wyeliminować z naszego języka zaszczepione przemocą nazwy wojskowe i rzeczowo podejść do tych spraw. Mówi się tak lekko “hełm stalowy”, a słowo to obejmuje cały świat pojęć.

Wieczorem siedzimy przy stole w małym pokoiku i rozmawiamy na ten temat. - Dlaczego mundur - mówię z uśmiechem - dlaczego nie ubranie żołnierskie?

  • Dlaczego nie strzelec przymusowy - mówi Pietro - zamiast żołnierz.

Babunia potrząsa głową: - Ubranie przymusowego strzelca - chcecie chyba świat przewrócić do góry nogami.

  • Tak, babuniu mówi Małgorzata z zapałem - ku temu zdążamy, świat dojrzał już do tego, aby stanąć na głowie, o ile przez głowę ma się na myśli “rozum”.

Ja też nie chcę używać słowa “hełm stalowy” - mówię z humorem. - To zbyt przypomina pomnik bohaterów, gwałtowny zapał, stal, chociaż te kapelusze są ze znacznie tańszego materiału, a podobieństwo do hełmu polega na tym, że przepasany rzemykiem podbródek nadaje najniewinniejszej twarzy wyraz zdecydowania i pewności. Istotnie, pod nazwami i określeniami kryje się tak wiele strasznych rzeczy. Zresztą często używany wyraz z biegiem czasu traci na ostrości i w stosunku do nas, i do rzeczy, którą oznacza.

  • Dowód? - przerywa Harry.

  • “Hełm stalowy” - cytuję śmiejąc się - “to żelazny kapelusz służący do ochrony ludzkiej głowy. Jest to męskie nakrycie głowy o charakterze wojennym, którego stopniowe przeobrażenie się można łatwo zaobserwować. W Niemczech nakrycia te pojawiły się wpierw u dawnych Germanów jako głowy zwierząt, z których zwisała skóra, a przeznaczenie ich było podwójne. Przejawia się to w dzisiejszych formach wojskowego nakrycia głowy. Te noszone przez Germanów głowy zwierząt mają na celu wywołanie uczucia strachu i nie ustępują w niczym celom, jakie miały żelazne kapelusze w r. 1945”.

Wtem zadźwięczał dzwonek u drzwi.

Popow i Nennow, dwaj bułgarscy studenci, przyszli do nas w odwiedziny. Dziwią się, że znajdują nas w tak wesołym nastroju, i Greta objaśnia, że przed chwilą cytowałam pewien rozdział z Brockhausa z roku dwa tysiące czterdzieści pięć. Ciekawi są, o czym mówiliśmy; przyznają mi rację.

Popow mówi, że zbyt szybko zapomina się o tym, iż żelazne kapelusze mają chronić ludzkie głowy od kul. Niestety udaje się to tylko w rzadkich wypadkach, o wiele częściej zdarza się, że głową zostaje urwana wraz z hełmem stalowym. Nie chodzi jednak o określenie, choć zmiana nazwy pociąga za sobą zmianę pojęć. Najlepszy dowód to propaganda hitlerowska, która z Niemiec i krajów anektowanych stwarza “Wielkie Niemcy”. Słowa te, które oznaczają coś wspaniałego, lekko i wytwornie przechodząc do porządku dziennego nad stosowanymi metodami zwyczajnego rozboju, usiłują ukazać narodowi i światu prawdziwą hostię “Wielkich Niemiec” w aureoli promiennego blasku i zwycięskiej potęgi. Więc nie tylko z pojęciami, lecz i z samymi faktami musiałoby się raz na zawsze zrobić porządek. A te czasy już się zbliżają. Hełm stalowy… “Wielkie Niemcy” z artylerią przeciwlotniczą, i bronią M-P (przypis: Maschinenpistole (pistolet maszynowy).), aneksjami i inwazjami, wystawione są na poważną próbę, do której nie dorosły. Te słowa znikną, i to właśnie w Niemczech, w kolebce faszystowskiego militaryzmu.

  • Co pan robi w Niemczech, panie Popow - pytam.

  • Ot, studiujemy trochę.

  • Obawiam się, że przy takich poglądach tutejszy grunt jest za gorący dla pana.

  • Oczywiście. Rozumiem - przyznaje Popow - wydaje mi się jednak, że pani też nie może narzekać na zimno.

  • Czy pan zna rosyjski język? - pyta Greta.

Popow spogląda na nią badawczo. - Wyciąga pani fałszywe wnioski - mówi - Nie jestem rosyjskim agentem. Ale istotnie mówię trochę po rosyjsku.

  • Pisze pan też? - pytam.

  • Trochę. Czy pani sobie czegoś życzy?

Znaleźliśmy więc człowieka, który ułoży po rosyjsku plakat dla lazaretu doktora Heisiga. Popow pisze parę słów na karteczce.

  • Będziecie państwo musieli się pośpieszyć z wręczeniem tej kartki doktorowi. Możliwe, że bardzo szybko będzie mu potrzebna. Na zachodzie wojska radzieckie wtargnęły już na przedmieścia.

  • W takim razie główna linia kolejowa na Berlin jest już odcięta?

  • A więc oni posuwają się w górę od strony zachodniej; doktor Heisig może na południu czekać, aż osiwieje.

  • A może upatrzyli sobie wpierw lotnisko?

  • Stacja nadawcza na południu jest przecież niemniej ważna.

Każdy z nas kolejno wypowiada swe naiwne zdanie laika.

  • Na pewno tak jest - sądzi Popow - najpierw twierdza zostanie okrążona ze wszystkich stron. A wiele już nie brakuje, aby tak było.

To zdanie działa na mnie jak dotknięcie różdżki czarodziejskiej. Ma oczywiście rację. Jak niedorzeczne wydaje mi się naraz wyobrażenie, że Rosjanie mogliby wkroczyć z jakiejkolwiek strony do miasta. Gdyby chociaż wiadome było, jak daleko posunęło się już okrążenie. Ale nie można tego stwierdzić w żaden sposób. Nikt nie wie, gdzie właściwie przebiega front.

  • Niewiarygodne - mówi Harry do Popowa - znam pana już przeszło rok i nagle dziś otwiera pan usta. Że nie jestem nazistą, mógł pan już chyba dawno zauważyć.

  • Oczywiście - mówi Popow. - Ale co poza tym wiedziałem o panu? Jeśli się nie jest nazistą, to musi się być czymś innym, Więc jest pana obowiązkiem, jako Niemca, pouczyć mnie, że pan jest czymś innym. Proszę mi wybaczyć, nie chciałem pana obrazić. Ale czy, jako obcokrajowiec, nie miałem powodu do zachowania większej niż pan ostrożności?

Harry nie może zrozumieć, o co mu chodzi, ale Małgorzata pojmuje natychmiast, co Popow ma na myśli - To znaczy, że powinniśmy byli każdemu obcokrajowcowi przede wszystkim dać dowód, że nie jesteśmy nazistami.

  • Bezwzględnie - mówi Popow.

  • No! Te problemy już wkrótce się skończą - odzywa się babunia.

  • Obawiam się, że pani się rozczaruje.

  • Posłuchajcie mnie - wtrąca milczący dotąd Pietro zrywając się z krzesła. To już się skończyć - w tej chwili tak, ale dużo krew płynąć, bo dużo jeszcze walczyć, bo Hitler chcieć, nie ludzie.

  • No i co z tego? Czyż “ludzie” nie walczą za Hitlera? Myśli pan, że wystarczą spóźnione zapewnienia, iż chętnie się tego nie robiło?

  • Oni musieć, musieć - woła podniecony Pietro.

  • Nie, oni nie muszą. Gotów jestem wymienić setki przykładów, że ludzie, o których pan by również powiedział, że muszą, dali dowód, że nie muszą.

  • Ależ Popow - sam pan wie o tym, że te pana mówi Harry “setki przykładów” przypłaciły to życiem. Tak skrajnie nie może pan na to patrzeć. Byłem też cztery lata żołnierzem.

Popow podnosi się z krzesła. Jest bardzo wzburzony i twarz jego przybiera wyraz powagi.

  • Jestem również żołnierzem - mówi. - Ale dla, nie wbrew moim przekonaniom. Teraz mnie pan rozumie?

  • Tak - mówi Harry po prostu i milknie.

Pietro chciałby jeszcze coś dodać, zaczyna już gestykulować rękami. Ale nagle odzywa się moja matka: - Daj pan spokój, Pietro, pan Popow ma zupełną rację.

Nennow, który towarzyszy Popowowi, wypowiada kilka słów w swoim ojczystym języku. Ten wielki, silny, czarnowłosy mężczyzna przez cały czas wpatrywał się wiernymi oczami w smukłego, tryskającego życiem, jasnowłosego Popowa. - Co do niego możecie państwo być spokojni - mówi Popow, jakby umiał czytać myśli - studiujemy razem.

Obaj mężczyźni zabierają się do wyjścia. Pietro odprowadza ich do bramy i wraca z wiadomością, że wróciły obie stare damy mieszkające w piwnicznym, schronie.

Następny dzień mija bez szczególnych wydarzeń. Odbywam moją codzienną drogę na pocztę. Od wielu dni listonosze nie dostarczają listów. Przesyłki można samemu odbierać. Stary siwy jegomość pozostał jeszcze jako urzędnik w oddziale przyjmowania paczek. Ale oto i on też zrezygnował, drzwi urzędu poczty są zamknięte. Na karteczce nalepionej na szybie zamkniętych drzwi wejściowych widnieje napis: “Nie nadeszły żadne przesyłki”.

Po obiedzie odwiedzam obie staruszki, które wróciły do mieszkania w piwnicy. Trzy dni były u swoich znajomych na peryferiach miasta. Ktoś im powiedział, że właśnie piwnica w naszym domu jest specjalnie zagrożona, ponieważ właściciel domu jest bezbożnym starym skąpcem. Ale nie mogły tam wytrzymać, gdyż tęskniły za domem.

Częstują mnie filiżanką czarnej, wojennej kawy i oto dowiaduję się, że obie już od trzydziestu lat zamieszkują ten dom. Mają nadzieję, że święta Jadwiga, do której pobożnie się modlą, weźmie pod swoją opiekę ten dom, podobnie jak przez wszystkie lata wojny odpędzała nadlatujące na Wrocław nieprzyjacielskie samoloty. Obie staruszki są szczęśliwe, gdyż mogą mówić ze mną o swej głębokiej wierze w opiekę potężnej patronki miasta. Naturalnie w pierwszym przerażeniu uciekły, ale postanowiły przechytrzyć starego sknerę, właściciela domu, który nie zbudował nawet schronu, wciągnąć go do wspólnej modlitwy. Wobec tego, że siedemdziesięcioletnie stare panny zamiast w łóżkach muszą teraz spać na stosie węgla, święta Jadwiga zrozumie powagę i nagłość tej prośby i wysłucha je. Nie chodzi o “ten dom”, ale nie chciałoby się jednak na stare lata zamarznąć na ulicy.

Tuż za miastem, gdzie zaczyna się autostrada, widnieją już pierwsze mogiły pokryte śniegiem.

Później na górze w moim mieszkaniu rozmawiamy na temat św. Jadwigi, ufności i siły, której źródłem jest wiara. Matka jest zdania, że życzenia i myśli mają siłę. Jednak Małgorzata i ja nie wierzymy w skuteczność życzeń i w to, że święta uratuje miasto lub jakiś dom. Nie wierzymy w cuda. Małgorzata uznaje jeszcze św. Jadwigę ze względu na jej czcigodne miejsce wśród świętych, natomiast wiara w cuda, na które czekają miliony ludzi, jest całkiem bezpodstawna nawet w sensie duchowym: mianowicie wiara w cuda doktora - cudotwórcy z Ministerstwa Propagandy. Również na Zachodzie Rzeszy, gdzie “elastyczny front” ciągle jeszcze nie może rozwinąć żadnej akcji, alianckie wojska posuwają się naprzód. Strzały, które rzekomo ukrywa w kołczanie “największy wódz wszystkich czasów”, jak go określa Ministerstwo Propagandy, ta wciąż na nowo zapowiadana broń, cofanie się napiętego luku frontu aż do jakiegoś tajemniczego punktu - wszystko to przestało być wiarygodne.

Naród wciąż jeszcze wierzy, bo jego żołnierze jeszcze walczą. Niezrozumiały świat! Wydaje się pełen przestępców i głupców, natomiast posiadanie rozumu podlega karze śmierci.

Tego wieczoru jesteśmy wszyscy cisi i milczący. To straszne wyczekiwanie z biegiem czasu osłabia nerwy.

Włączamy “Rozgłośnię Żołnierską Zachód”. Masowe ucieczki z Prus Wschodnich powodują straszne katastrofy. Wielu ludzi zginęło w katastrofach okrętowych i na skutek paniki. Rozgłośnia podaje adresy kierowników partii, których mieszkania zamieniły się w składy materiałów, artykułów skórzanych i innych reglamentowanych towarów. Spis adresów obejmuje teren całej Rzeszy. Informacje są bardzo ścisłe. Adresy są dokładne, z numerami mieszkań, i nawet ilość towarów podana jest z dokładnością do jednej sztuki.

Zagraniczna rozgłośnia zaleca konfiskatę towarów i przekazanie ich na rzecz odbywającej się w Niemczech zbiórki ubrań, obuwia i tkanin.

Małgorzata po powrocie z miasta opowiada, że w oknach wystawowych zamkniętego domu towarowego “Wertheim” - wciąż jeszcze mówi się Wertheim, a nie AWAG - widać bardzo cenne dary, zebrane podczas tej zbiórki. W oknach wystawowych zamkniętego domu towarowego przy opustoszałej ulicy leży futro lotnicze, złożone w darze przez rodzinę znanego lotnika, który zginął w wojnie światowej, mundur starego generała pruskiego, którego nazwisko uwiecznione jest w historii, i cały szereg innych darów, które robią wrażenie rekwizytów z niedokończonej sztuki teatralnej.

Znamienne jest - mówię - że arystokracja w kraju pozbywa się nawet muzealnych okazów, stanowiących pamiątkę rodową po przodkach, aby tylko świecić przykładem i zachęcić innych.

Ależ oczywiście - mówi babunia - mają przecież najwięcej do stracenia, dlatego łatwiej im rozstać się z generalskimi mundurami pradziadów.

  • Babuniu - mówi Harry śmiejąc się - chyba pani nie przypuszcza, że coś więcej kryje się za tym niż chwilowa fikcja. Futro lotnicze i mundur generalski z pewnością wrócą do rodzinnych muzeów. Do gremplarni w przędzalniach idą wyłącznie stare halki, a do kuśnierskich warsztatów, pracujących dla potrzeb armii, psie skórki z kołnierzyków starych pań z piwnicy. Wyższe sfery zbyt szybko się ulotniły, ale przedstawienie w istocie nie dobiegło jeszcze końca.

  • I gdyby ta rupieciarnia została przez bombę spalona - mówi Greta z właściwą jej surowością - cała ta sfera znów wysunęłaby się na pierwszy plan twierdząc, że najświętsze pruskie wartości kulturalne uległy zniszczeniu i że usprawiedliwione są akty zemsty i metody lynczu stosowane wobec nieprzyjacielskich lotników. Czy fakt popełnienia tak szaleńczych mordów oburzył choćby jednego człowieka? Wzmianki na ten temat w dziennikach stanowiły zachętę do jeszcze większej gorliwości w tym kierunku. I nikomu do głowy nie przyjdzie, że naszym lotnikom mogłoby grozić to samo. Widocznie mamy lepsze mniemanie o Rosjanach i Anglikach niż o nas samych. A może furia narodowa to uświęcone prawo hitlerowców?

  • Ciekaw jestem, czy Niemców po wojnie powiesić szyld z “D”, jak Polacy teraz nosić “P”? - pyta Pietro.

Zbyteczne. Nasz język zawsze nas zdradzi i nawet nie można powiedzieć, że już najwyższy czas, aby tym anomaliom położyć kres. Niestety już jest za późno - odpowiadam.

  • Nie ma słowa “za późno” - mówi dobrodusznie stara dama, znajdująca się w naszym gronie. Ludzie znowu nauczą się patrzeć sobie prosto w oczy.

  • Babuniu - woła porywczo Małgorzata, a w głosie jej brzmi oskarżenie - wpierw muszą się nauczyć nie móc patrzeć ludziom w oczy. W tym tkwi całe nieszczęście!