Aresztowanie
Każdy z nas przygotowuje małą walizkę z najważniejszymi i najcenniejszymi rzeczami, jakie posiada. Matka w związku z mającą się odbyć przeprowadzką jest nieco zdenerwowana. Najchętniej pozostałaby w domu. Harry, mający doświadczenie wojenne, objaśnia jej, że dla kobiet będzie korzystniej znaleźć się pod opieką szpitala, Tak wiele cudzoziemskich robotników pozostało w mieście. Nie będzie się można dziwić, jeżeli dojdzie do rabunków i gorszących scen. Ucisk hitlerowców i ich pogarda przybrały takie formy, że w chwili wkroczenia wojsk radzieckich mogą zajść groźne wydarzenia. Babka powinna też pamiętać o odezwie Hitlera, że: “każdy płot, każde drzewo, każdy krzak będzie broniony, a jeśli okaże się to konieczne, nawet przez kobiety i dziewczęta”.
Pietro wraca z wyprawy do śródmieścia i opowiadamy mu o naszych zamiarach. Cieszy się, że i o nim pomyślano, i z egzaltacją całuje moją rękę. Pietro ma na sobie nowe ubranie, o którym opowiada, że gdzieś ktoś podarował je komuś, kto potrzebował pieniędzy. Można z tego wywnioskować, że plądrowanie opuszczonych mieszkań już się zaczęło. W tym okresie nie było w Niemczech zwyczaju darowywania ubrań. Jednak Pietro jest lepiej zorientowany: na gościńcu za miastem leżą masami walizki uciekinierów. Ludzie podjeżdżają małymi wózkami i zabierają rzeczy.
Siedzimy bezczynnie. Nikt nie ma nic ważnego do roboty. Z chwilą gdy ustaje obowiązek pracy i zarobkowania, życie mieszczańskie jest jakby wygasłe, prawie zapomniane. Każdy pomysł urasta do ogromnych rozmiarów, każde zdarzenie nabiera wielkiej wagi.
Brat Małgorzaty od kilku dni jest w mieście. Uciekł z obozu dla politycznie podejrzanych w środkowych Niemczech i ukrywa się w szpitalu w zachodniej części miasta. Narzeczona jego, która pracuje tam jako pielęgniarka, drży na myśl o kontroli i codziennie telefonicznie donosi, jak się powodzi “choremu dziecku”. Ona też opowiada, że na zachodnim przedmieściu rozgorzały walki.
Również i tu na południu słychać bez przerwy strzały artyleryjskie. Znowu zrobiło się niespokojnie, przez ulicę, wzdłuż domów wstrząsanych drżeniem, toczą się ciężkie czołgi, podobne do ruchomych pałaców lodowych, a na nich skamieniali i skostniali wartownicy w zaśnieżonych kożuchach, z soplami lodu na brodatych twarzach. I kolumny szybko maszerujących wojsk zdradzają, że wkrótce od południa ma nastąpić atak i że przegrupowanie znowu stało się konieczne.
Krążą pogłoski, że czołówki pancerne ze wszystkich stron nacierają na miasto. Jeśli nadejdą niezbędne posiłki, mogą wtargnąć w każdej chwili. Dzisiejszej nocy albo jutro może nastąpić rozstrzygnięcie.
Ciągle znowu “jutro” i to trwa już cały tydzień. Człowiek wciąż się wysila, aby wpaść na jakiś zbawienny pomysł i skrócić nie kończące się godziny oczekiwania.
Na ścianach domów i w oknach wystawowych pojawiają się ogłoszenia i rozporządzenia komendanta twierdzy i gauleitera. Podają do wiadomości, co w twierdzy podlega karze, a jest tego niemało; jakie są obowiązki mieszkańca twierdzy: uzbroić się w odwagę i ufność, wystrzegać się zdrajców, trzymać język za zębami - “wróg podsłuchuje!” być gotowym do czynu i do ostatniego tchu walczyć za Adolfa Hitlera.
Mnóstwo wielkich czerwonych plakatów podaje wiadomość o pierwszej egzekucji w twierdzy Wrocław, która odbyła się z wyroku sądu doraźnego. Wiceburmistrz miasta został stracony. Ludzie opowiadają sobie szeptem, że wiceburmistrz interweniował u gauleitera, aby cały obszar miasta ogłosić jako “miasto otwarte”. Zapewniłoby to wolny przemarsz wojskom nieprzyjacielskim, a miasto nie zniszczone w ciągu pięciu lat wojny w dalszym ciągu pozostałoby nietknięte.
Propozycja jest wprost potworna i stoi w niebezpiecznej sprzeczności z rozkazem Hitlera, aby pozostawiać wrogowi jedynie wypaloną ziemię.
Burmistrza Wolfganga Spielhagena prowadzono przez miasto przywiązanego do samochodu i stracono publicznie na rynku. Pluton egzekucyjny SS rzucił ciało przez balustradę mostu do Odry.
Odtąd każdy czuł na karku nabity rewolwer.
Publiczna egzekucja nie wywołuje ani w wojsku, ani wśród ludności cywilnej jawnego oburzenia, tylko uniżoną pokorę, która płynie z lęku przed śmiercią.
Spielhagen nie znalazł przyjaciół, którzy by się do niego przyznali i ofiara jego była daremna.
Obwieszczenie gauleitera potępia odwagę i humanitarność wojsk radzieckich, nazywa je zdradą i tchórzostwem. Nawet ci, którzy dotychczas jeszcze nie rozumieli powagi sytuacji, pojęli, że to piękne, duże, stare miasto zostało skazane na zagładę.
Oczekujemy z godziny na godzinę wezwania Heisiga, które z pewnością nadejdzie we właściwym czasie. Na nim można polegać. Od jego odwiedzin minęły dwa dni. Kalendarz wskazuje datę trzydziestego stycznia. Matka zamyślona przesuwa rękę po kartce kalendarza i wymownym spojrzeniem patrzy na mnie. Nagle dzwoni telefon.
42
Siostra Anneliese jest przy aparacie. Ktoś musi niezwłocznie do niej przyjść, stało się coś strasznego… z W. H. Więcej powiedzieć nie może. Jest w tej chwili w mieszkaniu swoich rodziców - prosi, aby natychmiast przyjść. To wszystko.
W kilka minut później, po krótkiej nieobecności, wracają Harry i Małgorzata. Harry ma rower i postanawia natychmiast jechać do Anneliese. Podczas gdy rozmawiamy, rozlega się dzwonek u drzwi.
Przed drzwiami stoi doktor Heisig.
Z czapką w ręku, z czołem zlanym potem, robi kilka szybkich kroków, potem znowu staje. Spogląda na Małgorzatę i na mnie i czuje się, że przygnało go tu coś strasznego.
- Już po mnie - mówi z trudem, nieswoim, ochrypłym głosem. Prowadzimy go do pokoju. W płaszczu osuwa się na krzesło i milczy.
Matka zakrywa twarz rękami. Harry stoi tyłem do okna i wpatruje się nieprzytomnie, w Heisiga. Greta i ja stoimy przed Heisigiem. Podaję mu papierosa, Greta ognia. Nie mówiąc słowa, mechanicznie, bierze jedno i drugie.
Zaciąga się kilka razy, gasi papierosa, kładzie swoją okrągłą czapkę oficerską na stole. Ruchy jego są martwe.
W pokoju zapanowało jakieś nieznośne, straszliwe napięcie.
-
Doktorze! - mówi Harry.
-
Tak? - odpowiada Heisig. Brzmi to, jakby musiał zastanowić się, kim jest. - Chcecie wiedzieć naturalnie… to jest… zostałem aresztowany. Przyjechałem tu rowerem. Zwiałem - rozumiecie?
Patrzy na wszystkich po kolei i nie wiadomo, jak zapytać, co mu się właściwie stało.
Rękę przykłada do czoła.
-
Ta Gerlach - mówi. - Popełniłem wielki błąd. Teraz już sam nie mogę tego pojąć.
-
Doktor Gerlach zrobiła doniesienie? - pyta Harry.
-
Przed dwiema godzinami siedziała jeszcze przy mnie w samochodzie - mówi Heisig i teraz dowiadujemy się, co właściwie zaszło.
Doktor Heisig siedzi w swoim pokoju przyjęć. Ktoś puka i wchodzi lekarka. Prosi o rozmowę w cztery oczy stłumionym, błagalnym głosem, z którego można natychmiast wyczuć, że coś ją gnębi.
43
Chciałaby raz się wypowiedzieć, dziś człowiek przeżywa tyle ciężkich chwil, a wszystko musi tłumić w sobie, ale do lekarza sztabowego Heisiga ma duże zaufanie. Co się stanie, kiedy wkroczą wojska radzieckie? Ona, Gerlach, jest w partii, oczywiście pod przymusem i, jakby to powiedzieć, wcale nie z przekonania. Ale człowieka nikt o to nie pyta - musi i koniec - a zwłaszcza ona, na swoim stanowisku. Dlatego też tak ją zabolało, że doktor jej powiedział, iż winna zdjąć odznakę partyjną. Jest przyzwyczajona do przebywania z ludźmi, którzy byliby w najwyższym stopniu zdziwieni, gdyby choć jeden raz nie nosiła odznaki.
Lekarka wyciąga rękę do Heisiga. - Prawda, pan nie myśli o mnie źle?
W jednej chwili Heisig zmienił swoje zdanie o niej, mimo że cała ta sprawa nie wydała mu się szczególnie interesująca. Pani Gerlach należy widocznie do tych ludzi, którzy z obawy o swoje stanowisko kryją się pod fałszywą flagą. Fanatyczką nie jest, tym lepiej. Dobrze jest wiedzieć, że nie ma w najbliższym otoczeniu brunatnych ptaszków.
Lekarka przekonywająco mówi nadal o swych kłopotach i co Heisig o tym myśli, czy Armia Czerwona rzeczywiście może zdobyć twierdzę, ona boi się okropnie. Ale słyszała, że buduje się jakieś fantastyczne barykady, które dzięki nowym wynalazkom stanowią podobno doskonałe zabezpieczenie dla miasta.
Heisig dotychczas mało mówił. Chętnie pozbyłby się tej kobiety i wymawia się pilną, służbową jazdą do miasta. Koleżanka raczy wybaczyć, ale rzeczywiście zaraz musi jechać. To się dobrze składa, mówi lekarka. Od wielu dni wybiera się do miasta, czy nie mógłby jej zabrać z sobą. - Proszę, proszę, drogi kolego Heisig, wtedy będę pewna, że puścił pan w niepamięć sprawę odznaki partyjnej.
Samochód mknie wzdłuż długiej ulicy SA. Pani Gerlach szczebioce z ożywieniem. Doktor wskazuje ręką przed siebie. - Barykady - mówi. Pani Gerlach dziwi się: - Co? Pnie drzewne i kamienie brukowe - to wszystko? Czy to ma stanowić ochronę?
-
Przez te barykady sowieckie czołgi przejadą jak nic - mówi doktor Heisig.
-
Jak nic - powtarza lekarka. Czy to nie straszne, że wszystko było daremne?
44
- Straszne jest, że w ogóle było, Adolf Hitler kosztował naród więcej krwi i łez niż ongiś jakiś Cezar lub Neron! - Doktor Heisig wykrzyknął to gniewnie i lekarka młodzieży hitlerowskiej potakuje głową.
Heisig załatwia coś w okręgowej komendzie wojskowej i gdy wychodzi z bramy, pani Gerlach stoi znowu przy wozie. W tym czasie była w gmachu Gestapo, odległym o dwieście kroków od okręgowej komendy wojskowej, gdzie złożyła doniesienie. Na rozkaz partii śledziła Heisiga.
W drodze powrotnej Heisig nic nie przeczuwając siedzi przy kierownicy wozu. Pani Gerlach jest milcząca, ale chwilowo doktor nie zwraca na to uwagi, zajęty jest znacznie ważniejszymi myślami.
Koło szpitala lekarka wysiada z samochodu, dziękuje serdecznie i poufale. Nieoczekiwanie mówi do niego: doktorku i nie chce wprost puścić jego ręki.
Heisig zajeżdża wozem przed swój dom i wraca potem na miejsce pracy. Pięć minut później pułkownik Wehl z lotnictwa kładzie rękę na jego ramieniu mówiąc: - Panie Heisig, jest pan aresztowany.
Doktor Heisig milczy teraz.
W jakiś sposób powiodła mu się ucieczka.
Nikt z nas nie może wymówić słowa. Ogarnia nas oburzenie i żal; uczucie niemal fizycznego bólu.
Heisig wstaje, przez chwilę patrzy na mnie pytająco, po czym zdejmuje palto i rzuca na poręcz krzesła. Harry wychodzi z pokoju i przynosi cywilne ubranie. Możliwość zrzucenia munduru wojskowego wywołuje u zbiega pewne odprężenie. Matka przerywa nastrój pełen przerażenia: Przecież doktor jest już w bezpiecznym miejscu. - Przede wszystkim napijemy się teraz kawy.
- Tak - mówi Heisig, ale nie brzmi to przekonywająco. On sam to czuje i dodaje: - Doprawdy sam jeszcze nie jestem zupełnie pewny, czy to przeżyłem. A w dodatku cóż to za szaleńczy, niewiarygodny przypadek.
Na dworze ściemnia się powoli. Harry opuszcza na okna zaciemniające zasłony i zapala stojącą lampę. Matka wchodzi do pokoju z dzbankiem kawy. Rozstawiam filiżanki na okrągłym stole w kąciku przy oknie, gdzie stoi tapczan i małe, zielone foteliki. Greta smaruje chleb marmoladą. Siadamy dokoła stołu. Heisig wypił łyk kawy, potem opiera się wygodnie i opowiada dalej.
Na południowym przedmieściu w opuszczonej prywatnej willi ulokowało się okręgowe dowództwo Luftwaffe i sąd polowy z nadprokuratorem sztabu, Kesslerem, na czele.
Tu sprowadzony został aresztowany doktor Heisig. Pozostawiony sam w pokoju zamkniętym od korytarzyka na klucz czeka na swój los. W sąsiednim pokoju nadprokurator przyjmuje oficerów, którzy eskortowali Heisiga, i kilku panów, wezwanych tu na pilne posiedzenie sądu.
Sprawa Heisiga jest głośno omawiana. Pada nazwisko Gerlach, mówi się o barykadach, o krwi, Izach, o Neronie, o odznace partyjnej, o gauleiterze, o dwudziestym lipcu 1944, o sądzie wojskowym, który bezwarunkowo powinien uprzedzić sąd partyjny, aby zadokumentować dobitnie stanowisko korpusu oficerskiego, na koniec pada też nazwisko doktora Spielhagena, rozstrzelanego wiceburmistrza.
Ostro wybija się w tej dyskusji głos naczelnego prokuratora sztabowego. Jest przeciwny wszelkiej ingerencji partii w zakres jego kompetencji, powołuje się na swoje prawo wydania wyroku na aresztowanego lekarza sztabowego.
Heisig słyszy każde słowo do chwili, kiedy głosy przycichają i wreszcie przechodzą w szept. Heisig podchodzi do okna: drugie piętro, za wysoko, żadnych możliwości. Na prawo, w sąsiednim pokoju - sąd polowy, drzwi do korytarza zamknięte, na zewnątrz na długich korytarzach gorączkowy ruch: wartownicy, ordynansi, ludzie przychodzą, odchodzą, czekają. Drzwi po przeciwległej stronie pokoju prowadzą do kancelarii, o ile sobie Heisig przypomina. Ponieważ wie dokładnie, co go czeka, zdecydowany kładzie rękę na klamce - drzwi nie są zamknięte, pokój jest pusty.
Przez sąsiedni pokój Heisig wychodzi na korytarz. Tam wisi jego czapka. Opanowany jedyną myślą nie zwrócenia na siebie uwagi, schodzi wolno ze schodów i przy wyjściu salutuje niedbale wartownikom, którzy go znają i do których nie doszła jeszcze wiadomość o jego aresztowaniu. Potem jeszcze sto kroków do jego domu. Idzie bardzo wolno, choć wszystko gna go naprzód - tylko nie zwrócić na siebie uwagi, żeby tylko nie spostrzegli, wtedy byłby koniec.
Ale jeszcze nic nie spostrzegli. Narada trwa dalej. Heisig wyniósł tymczasem z mieszkania palto, zaopatrzył się w rewolwer, wsiadł na rower i szybko umknął. Przez chwilę ma ochotę zabrać swój samochód, który gotowy do jazdy stoi przed bramą. Ale rower można łatwiej ukryć. Teraz stoi właśnie o dwa domy dalej, na podwórzu opuszczonego domu.
Na ulicy Heisig nie powinien być widziany. Możliwe, że patrole wojskowe są już powiadomione. Pierwszy, który go spotka, zatrzyma go - może jako cenną zdobycz, która mu przyniesie awans, a może nawet z uczuciem żalu. Ale żaden z nich nie wyciągnie pomocnej ręki: “Umykaj, towarzyszu” - na to nie zdobędzie się ani jeden żołnierz armii Hitlera, nawet gdyby już przedostatni zgrzytał zębami z bezsilnej wściekłości.
Staramy się uspokoić Heisiga. Musimy dopomóc mu, aby otrząsnął się z depresji, zapomniał o tym, jak brutalnie podeptano jego godność własną. Ucieczka udała się szczęśliwie. Nikt go nie będzie szukał, nikt go tu nie znajdzie. Ja nie należę do kręgu bliskich znajomych doktora. Prócz Harry’ego i Grety nikt nie wie o naszym kontakcie. W ciągu kilku dni wojska radzieckie będą w mieście, może już jutro rano, wówczas gauleiter, prokurator sztabowy, sąd polowy, wszyscy, co dzisiaj tak żądni są jego krwi, będą jutro bezsilni, sądzeni albo tropieni, jak on sam w tej chwili.
Stopniowo nasz optymizm poczyna się i jemu udzielać i mały doktor, tak zwykle żywy i pełen zapału, a dziś sparaliżowany myślą o grożącym niebezpieczeństwie, ożywia się powoli. Tylko raz po raz nerwowo gładzi ręką czoło. Wieczorem opowiada jeszcze szczegóły swego aresztowania, a ja pytam, co się stało z karteczką Popowa. Zmiął ją razem z ulotką rosyjską, którą miał w kieszeni, i wcisnął w rękę zaufanej pielęgniarce Czerwonego Krzyża. Należała do “jego ludzi”, którzy w szpitalu pełnili służbę sanitariuszy, pielęgniarek, laborantów, gońców i sprzątaczek. Młodą tę dziewczynę zwali “Wróbelkiem”. Wróbelek” jest sprytny i gdy zajdzie potrzeba, zniszczy karteczkę.
Wreszcie Heisig zaczyna manipulować przy aparacie radiowym i bez przeszkód słyszymy rozgłośnię moskiewską, dotychczas stale zagłuszaną. Matka udała się na spoczynek, nasza czwórka siedzi znowu przy okrągłym stole, stawiam więc butelkę dobrego białego Bordeaux. Na ogół biorąc nie jestem zwolenniczką okolicznościowych przemówień i toastów - zanadto mi przypominają zaklinanie duchów i romantyczną wiarę w życzenia - ale w tej chwili tłumię w sobie jakikolwiek odruch sprzeciwu, gdy doktor podnosi swój kieliszek, wpatruje się weń i mówi jakby do siebie samego: “Za życie”. Potem zamyka oczy i powoli wychyla kieliszek do dna. Na jego wargach po raz pierwszy ukazuje się ślad uśmiechu.
Pietro, który teraz często włóczy się po mieście, wraca do domu. Był u swoich francuskich przyjaciół, paryskiego kucharza i inżyniera, pełniącego służbę portiera w lokalu, w którym pani Griebsch była kierowniczką. Pietro znosi wszelkie możliwe wiadomości o podartych legitymacjach partyjnych, zerwanych odznakach partyjnych, ba, nawet chorągwiach leżących na ulicy. Na dworcach kolejowych stoją setki bezpańskich rowerów i wózków dziecinnych, a przywłaszczanie sobie bagaży, porzuconych przez uchodźców na peryferiach miasta, przybrało formę systematycznie uprawianego rzemiosła. W południowej części parku podobno widziano już radzieckie czołgi.
Musimy wtajemniczyć Pietra w sprawę doktora Heisiga. Tego nie można uniknąć. Natychmiast pojmuje, że milczenie jest jego obowiązkiem.
Siedzimy więc razem, doktor, Harry, Pietro, Greta i ja, i powracamy do starego, niewyczerpanego tematu. Jak mogło dojść do tego, że dziś mamy w Niemczech taką sytuację polityczną? Jeżeli zwykłe mu śmiertelnikowi trudno przemknąć się przez tę potworną sieć oszukańczej propagandy, jeżeli przy swoim niskim stopniu wykształcenia nie potrafi dostrzec zakłamania ideowego, historycznego i biologicznego to musi dostrzec okrucieństwo, żądzę panowania nad światem, jak również wywrócone na opak stare zasady prawne.
Wpadam w szalony gniew i potępiam do gruntu cały naród: niedorosły politycznie, pozbawiony wszelkiego wyczucia, wydaje się w ręce pierwszego lepszego wrzeszczącego szarlatana. Łopot chorągwi i werbel bębnów przemawiają do Niemców znacznie dobitniej niż logika i względy humanitarne. Czy powodzenie Hitlera nie jest najlepszym tego dowodem?
Doktor przerywa moje kazanie: - Niech pani nie zapomina o tych, którzy ginęli w lochach więziennych i obozach koncentracyjnych. Oni też są Niemcami - albo, powiedzmy ściślej, właśnie oni są Niemcami.
-
Stawia nam się całkiem nieuzasadniony zarzut i nazywa się nas hołotą, pozbawioną poczucia przynależności narodowej, nas, którzy nie modlimy się do napuszonego bożka, zwanego “Ojczyzną”, nie przewracamy z zachwytu oczami przy wypowiadaniu słowa “Niemcy” i wraz z milionami nie ulegamy paroksyzmowi tańca św. Wita. Uznajemy Niemcy za naszą ojczyznę. Ale nic ponadto. A mimo to kochamy Niemcy - wszystko inne to szaleństwo.
-
Wobec tego jest mało Niemców; a dużo szaleńców - mówi Greta.
-
Tak jest. - potwierdza Heisig. - Dlatego też znajdujemy się teraz w takim chaosie.
-
I jak ten naród to zniesie, gdy stoczy się w przepaść? - pytam.
-
Będzie pocierał obolałe miejsca - mówi doktor Heisig - i będzie głosił, że mu się wielka krzywda stała.
Musimy się nad tym zastanowić. Wszyscy milczą.
Cisza panuje w domu. Ciemna noc zasnuła miasto. Hałas uliczny nie dociera do trzeciego piętra i małego tylnego pokoju.
Od czasu do czasu stłumiony odgłos przewalających się czołgów przypomina o śmierci, która unosi się nad światem.
Pięć osób objętych światłem stojącej lampy w ciszy przysłuchuje się wiadomościom radiowym z zagranicy. Od czasu do czasu pada jakieś półgłośne słowo. Heisig jest znużony. Zasypia na tapczanie. Okrywam go wełnianym kocem i wpatruję się zamyślona i zatroskana w inteligentną, nerwową twarz śpiącego. Czy jest uratowany? I tak przeznaczenie wisi nieuchronnie nad nami. Może coś nastąpi tej nocy. Może usłyszymy hałas i strzały i jutro rano już będzie powiewać nad ratuszem czerwony sztandar? Od dwunastu dni wydaje się, że mogą wkroczyć każdej godziny.
Następnego dnia Heisig jest już w zupełnie dobrej formie, wyspany, pewny siebie, zupełnie jak dawniej. Greta i ja uszczęśliwione porozumiewamy się spojrzeniem i dostosowujemy się do jego nastroju. Doktor klnie, że “przeklęci” Rosjanie wciąż jeszcze nie wkroczyli, i gra z Harrym w szachy. Obaj mężczyźni studiują mapę i zastanawiają się nad możliwością przejścia do Armii Czerwonej, ale nikt nie wie dokładnie, którędy przebiega front.
49
Greta odjeżdża na rowerze i wraca z walizką. Odebrała ją od siostry Anneliese. Walizka zawiera garnitur cywilny doktora i od rzeczy rozdzielił między znajomych. Ma nadzieję, że może uda mu szeregu dni stoi u niej w pogotowiu. Heisig prawie wszystkie swoje się w ten sposób uratować coś wartościowego. Jestem niezadowolona, bo nie jest dobrze, że zwiększa się krąg wtajemniczonych w miejsce pobytu doktora. Heisig jest zdania, że raczej będą go podejrzewali o przejście do Armii Radzieckiej niż o ukrywanie się w mieście i że poszukiwania nie będą zbyt dokładne. Prosi Gretę i mnie, abyśmy odwiedziły jego znajomą, panią Bremer, której syn figuruje na liście chorych jego szpitala, a faktycznie przebywa w domu. Młody Bremer musi się niezwłocznie zaopatrzyć w zaświadczenie zwolnienia, jest już przygotowane i znajduje się w ręku zaufanej osoby.
Na wiadomość o aresztowaniu lekarza pani Bremer straszliwie zbladła. Mówimy, że nie wiemy, gdzie się doktor znajduje, i nie podajemy naszych nazwisk. Wymieniamy jej nazwisko osoby, do której ma się zwrócić, pani Bremer napełnia koszyk żywnością, troskliwie dołącza paczuszkę świec i dziękuje wzruszona.
Heisig cieszy się, gdy po powrocie do domu komunikujemy mu, że pani Bremer jest już w drodze i że dziś jeszcze będzie w posiadaniu zaświadczenia dla swego syna.
Po obiedzie odwiedzam znowu moje dwie staruszki. Siedzą samotne w piwnicy, gdzie czas im się bardzo dłuży, i czekają, kiedy wreszcie i my przeniesiemy się na dół. Zapewniam je, że prawdopodobnie zejdziemy, skoro tylko zacznie się strzelanina, ofiarowuję im butelkę czerwonego wina, którą zażenowane wzbraniają się przyjąć. Ale po wielu “ależ nie” i “coś takiego” i “ach”, wreszcie przyjmują butelkę.
Obie starsze panie opowiadają, że z miasta znów odchodzą tran sporty, że miejscowe organizacje partyjne sporządzają w domach spisy, które pozostający w mieście muszą podpisać. Wiadomość ta, jak i fakt, że nie wolno zamykać bram, niepokoi mnie bardzo.
Gdyby wyczekiwanie miało się jeszcze przeciągnąć, partia rozpocznie badania personalne i sprawdzi liczbę pozostałych. Chwilowo nikt nie wie, kto jeszcze znajduje się na miejscu i kto z obcych przybył do miasta i tu pozostał.
Spieszę na górę. Nie należy niczego zaniedbać, trzeba omówić wszystkie wypadki, jakie mogłyby się zdarzyć.
50
Tymczasem mężczyźni poczynają budować kryjówkę. Pośrodku pokoju stoi szafa. Uzbrojeni w odpowiednie narzędzia starają się dobrać do jej tylnej ściany. Gdy już są gotowi, przesuwają szafę w miejsce wyjętych drzwi sąsiedniego pokoju. Po tego rodzaju zmianach nikomu obcemu, nie obeznanemu z rozkładem mieszkania, nie może wpaść do głowy, że znajduje się tu jeszcze jakiś pokój. Przez dwie rozluźnione deski w tylnej ścianie szafy, zawieszone na dwóch pasach skórzanych, można się tam przedostać. Po prześliźnięciu się do ukrytego pokoju, tylną ścianę szafy można zamknąć na drewnianą zasuwę, wtedy szafa wydaje się nienaruszona i nie budzi żadnych podejrzeń. Wprawdzie pomysł ten wydaje się jak ściągnięty z powieści kryminalnej, mimo to nie jest nierozsądny, a mężczyźni mają dość roboty na całe popołudnie. Powiesiliśmy w szafie kilka sztuk większa część garderoby, które pozostały jeszcze w mieszkaniu jest już w piwnicy i nasze płaszcze. Na szafie położymy kilka kartonów. W takich sprawach my kobiety jesteśmy bardzo pomysłowe. Całe urządzenie pokoju musi jeszcze ulec zmianie. Biurko odsuwamy od szafy, wiszące dotychczas nad nim duże zdjęcia moich dzieci, nie mają teraz uzasadnienia, zdejmuję je ze ściany, wyjmuję z ram i wkładam do mojej walizki, którą mam zabrać do schronu.
W razie kontroli mieszkaniowej, którą może przeprowadzić partia, Heisig winien natychmiast zniknąć w nowej kryjówce. Ze strony wojska i sądu doraźnego niczego się nie obawiamy.
Heisig jest pełen nadziei i przy każdym wystrzale armatnim wyczekująco podnosi głowę. Strzelanina dziś znowu się zbliża, mury starego domu przenika głuche drżenie. Na południowych peryferiach miasta widziano podobno radzieckie czołgi. Deutsch-Lissa, na zachodzie, od wczoraj jest w rękach radzieckich. A jednak to wszystko wlecze się dla nas zbyt powoli, chcielibyśmy jeszcze dziś doczekać się wkroczenia wojsk radzieckich.