Maria Langner "Ostatni bastion"

Nadprokurator Kessler

Dzisiejszego wieczora nie możemy zdobyć się na pogodny nastrój. Straszliwe oczekiwanie z biegiem czasu niszczy nerwy. W jakiś niewytłumaczony sposób w pokoju wytworzyła się nieprzyjemna atmosfera. Może to wina poprzestawianych mebli. Biurko, ustawione pośrodku ściany na miejscu przesuniętej szafy, robi niemile wrażenie. Dręczy nas tajemnica tylnej ściany szafy. Przymusowa zmiana w pokoju wyparła dawną przytulność.

Doktor wypowiada to przez porównanie. Mówi, że siła przyzwyczajenia to zwierzę, które szczeka, gdy je ktoś spłoszy.

Zwierzę ukryte we mnie nie szczeka, ale wyje jak pies podwórzowy nocą, gdy niepokoją go cienie i obce kroki.

Siedzimy i słuchamy radia. Rozgłośnia żołnierska “Zachód” donosi, że uchodźcy ze wschodu nocują w Berlinie pod gołym niebem i używają na opał drzew i ławek z Tiergartenu. Myślę o moich dzieciach. Zwykle ze ściany śmiały się do mnie trzy twarze. Opustoszałe miejsca po fotografiach wzmagają jeszcze bardziej mój niepokój.

Kurt, mój najmłodszy, podczas ostatniego urlopu zapakował cywilne ubranie do walizki. Laurenz zaklinał mnie przerażony, abym temu przeszkodziła. Nie mogłam jednak Kurtowi zabronić, bo nigdy nie przemawiam rozkazującym tonem do moich dzieci, a poza tym cywilne ubranie może być ostatnim ratunkiem. Gdy go ostrzegałam, że każdy nierozważny krok skończy się tym, że go postawią pod ścianą i rozstrzelają, szesnastoletni zapaleniec odpowiedział mi: “Wtedy zginę przynajmniej przyzwoitą śmiercią”.

To jest dla matki bardzo mała pociecha.

Nie chcę o tych sprawach mówić w obecności Heisiga, a właśnie jego obecność nasuwa mi najbardziej niepokojące przeczucia.

Wszyscy jesteśmy przygnębieni i milczący i o dziewiątej godzinie rozchodzimy się.

  • Może jutro - powiada Heisig i wszyscy rozumieją doskonale, co ma na myśli.

Udajemy się na spoczynek, każdy na swoje miejsce. Heisig kieruje się do małego pokoju za szafą. Pietro zostaje w pokoju, w którym siedzimy, reszta rozchodzi się po wielkim mieszkaniu, w którym po wyjeździe trzech lokatorów jest teraz dużo miejsca.

Zaledwie zgasiłam światło i usnęłam, budzi mnie przeciągły dzwonek. Zmysły chcą wrócić do przerwanego snu, ale głos dzwonka dźwięczy władczo, nieustannie. Z oczami na pół przymkniętymi, chwiejąc się na nogach, biegnę wzdłuż długiego korytarza do drzwi wejściowych. Towarzyszy mi nieprzerwane przeraźliwe brzęczenie dzwonka.

52

Przez mleczne szkło grubej szyby w drzwiach pada odblask światła i widać niewyraźne kontury kilku postaci.

  • Kto tam? - pytam i sama naprędce usiłuję znaleźć uspokajającą odpowiedź.

  • Patrol wojskowy, proszę otworzyć.

Brzmi to uprzejmie i przyjaźnie. Chodzą widocznie po domach i kontrolują mieszkania. Oczywiście! Dobrze, że Heisig już się położył spać. To dopiero mogło być nieszczęście. Muszę naturalnie otworzyć, nie należy narażać się na podejrzenie.

Ręka moja ujmuje klamkę… przede mną stoją trzej oficerowie, trzej olbrzymi. Pułkownik, kapitan i sturmführer SS. W głębi schodów na półpiętrze stoi jeszcze kilku w mundurach.

  • W porządku! - woła pułkownik do tych na dole, potem, nie czekając na zaproszenie, wszyscy trzej wchodzą szybko do mieszkania.

Mam uczucie, jakbym leciała w niezgłębioną przepaść: szukają Heisiga.

W następnych sekundach potrafię sformułować w myśli tylko kilka niemądrych słów: Pan Heisig, nie ma go tu… nie ma go tu… nie ma go tu… wcale go nie znam… wcale go nie znam… nie ma go tu… Jego szlify, wpada mi na myśl, leżały przedtem na stole… a może jednak zabrał je ze sobą?

Pan Heisig… szlify… nie ma go tu… żałuję bardzo, myśli plączą się w mojej głowie.

Pani jest właścicielką mieszkania? - pyta pułkownik.

Wymieniam nazwisko i pytam, kogo mam przed sobą.

  • Kessler - powiada zwięźle. Oczy jego są czujne.

Kapitan i sturmführer cofają się o krok.

Pułkownik rozpoczyna takim tonem, jakby prowadził przesłuchanie, i to ze stanowczością, która każde pytanie czyni jednocześnie twierdzeniem.

  • Wczoraj odebrała pani u pewnej pielęgniarki walizkę dla lekarza sztabowego Heisiga.

  • Nie.

  • Zna pani przecież pana Heisiga.

  • Tak, znam doktora Heisiga.

  • Czy był wczoraj u pani?

  • Nie.

53

Sturmführer długim krokiem zbliża się do komody, na której leżą spodnie wojskowe ułożone wiązkami. Ostatnia moja robota. Pewnym ruchem kładzie rękę na szarym tłumoczku. - Skąd tu się wzięły rzeczy wojskowe? - wola tryumfująco.

  • Centrala dezerterów, jesteśmy na właściwym tropie. - mówi kapitan.

  • Pytam panią - mówi pułkownik z dużym naciskiem - czy pan Heisig był wczoraj u pani?

  • Nie widziałam pana Heisiga już od wielu tygodni.

  • A z czyjego polecenia odebrała pani walizkę?

  • Nie wiem nic o żadnej walizce.

  • A do czego były pani potrzebne te wszystkie rzeczy wojskowe?

  • To najmniej dwadzieścia par spodni - wtrąca sturmführer.

  • Proszę bardzo, tam za kotarą jest jeszcze pięćdziesiąt par… pracuję dla wojskowych warsztatów reperacyjnych. Zostały teraz zamknięte.

Pułkownik znowu zabiera głos:

  • Więc nie widziała pani pana Heisiga od wielu tygodni?

Potem pyta akcentując każde słowo oddzielnie: - A może - pan - Heisig - jest - u - pani?

Wszyscy trzej stoją w milczeniu przede mną i patrzą na mnie z natężoną uwagą.

Świat i czas zatrzymał się dla mnie w tej chwili w miejscu, staram się z całej siły panować nad głosem i wiem, że żaden szmer na całym świecie nie jest teraz tak ważny, jak silne brzmienie mego głosu. Odpowiadam: - Nie ma tu pana Heisiga. Nie bywa wcale w moim domu.

  • Pytam panią raz jeszcze, czy pan Heisig jest w pani mieszkaniu - niech pani się dobrze zastanowi nad odpowiedzią. Dużo od tego zależy, jeśli idzie o panią.

  • Nie, nie ma go tu.

  • No, moi panowie, wobec tego musimy się trochę rozejrzeć - powiada pułkownik.

  • Winszuję pani, jeśli go tu znajdziemy… albowiem Heisig jest tutaj - powiada kapitan szyderczo.

Sturmführer otworzył jednym szarpnięciem drzwi do następnego pokoju. Spojrzenie pod łóżko, potem otwiera z trzaskiem drzwi szafy, w której wiszą rzeczy Laurenza.

  • Kto tu mieszka? - pyta szybko pułkownik.

  • Niejaki pan Laurenz z prasy - wyjechał.

  • W jakim wieku?

  • Czterdzieści pięć lat.

  • Zobowiązany do służby w volkssturmie - zwiał - powiada kapitan aż zdyszany z wielkiej gorliwości.

Są już w długim “berlińskim” pokoju. Ten sam manewr.

  • A tutaj?

  • Jedna starsza pani. I ona wyjechała.

Wychodzą do oficynowej części mieszkania i w ten sposób omija drugi frontowy pokój, w którym śpią Harry Laue, Greta i dziecko. Pośpiesznie biegną długim korytarzem, gwałtownie otwiera drzwi do kuchni i do klozetu, zapalają wszędzie światło, a gdy wpadają do matki, na widok siwej głowy w łóżku, zatrzaskują z hukiem drzwi.

Teraz stoją przed drzwiami mego pokoju. Zanim wchodzą, sturmführer wyjmuje nagle rewolwer zza pasa.

Pietro przerażony zrywa się z łóżka.

  • Kim pan jest? Co pan tu robi? Dlaczego nie jest pan w volkssturmie? Gdzie jest doktor Heisig?

Pietro jąka się ze strachu. - Pietro Patrini, ja być Włoch… tancerz z opera… ja znać tylko dottore z teatr.

Sturmführer otwiera szybko i ostrożnie szafę, zasłaniającą wejście do pokoju Heisiga, patrzy szybko do środka - zamyka szafę. Kapitan wybiega z pokoju.

Pułkownika tytułują nadprokuratorem. Teraz głos jego jest jasny, ostry, lodowaty. - Gdzie ukryła pani doktora Heisiga? Przecież człowiek nie może zniknąć.

Nie mogę wydobyć głosu - wciąż jeszcze stoją przed szafą. To straszne, straszne! Gdyby zechcieli wreszcie wyjść z tego pokoju. Czy umieją czytać w myślach? Nie odchodzą od szafy.

Sturmführer wyciąga dolną szufladę. Można w niej ukryć czteroletnie dziecko - szaleństwo!

  • Gdzie jest doktor Heisig? - krzyczy oficer SS.

Potem jedną ręką chwyta Pietra i potrząsa nim. Nadprokurator nie spuszcza ze mnie wzroku.

55

  • Nie rozumiem, czego pan właściwie chce ode mnie - powiadam starając się zapanować nad sobą. - Nie może przecież być tu ktoś, o kim bym nie wiedziała. Widzi pan przecież.

  • A jednak coś się tu nie zgadza - ten chłopak trzęsie się przecież ze strachu. - Mierzy wzrokiem odległość od podłogi do tapczanu. Potem odwraca się pośpiesznie, rzuca pytające spojrzenie na nadprokuratora, drugie nieufne, zamyślone na mnie i przez chwilę zastanawia się ze zmrużonymi oczami.

Czy Pietro i ja zdradziliśmy się zbyt jawnym okazywaniem lęku, czy śledziliśmy ze zbyt wielką uwagą bieg wypadków i ruchy nadprokuratora, a może doświadczenie pomogło mu ogarnąć sytuację, nie wiem, dość że w pewnej chwili sturmführer otwiera gwałtownie drzwi szafy i wsadza w nią rękę. Grzebie między płaszczami, obmacuje wszystkie kąty, wreszcie jego ręka dotyka luźnych desek tylnej ściany… teraz!

Lewą pięścią przebija cienką ściankę i w tej chwili przeskakuje z rewolwerem w ręku przez pękające z trzaskiem deski.

Pada strzał.

Kapitan wpada do pokoju, podnosi rękę z rewolwerem, nadprokurator wysunął głowę i ramiona naprzód, zmrużył oczy. Stoi bez ruchu i czai się… drapieżne zwierzę przed skokiem.

Sturmführer krzyczy: - Ręce do góry, panie Heisig! jest pan aresztowany! - I jeszcze raz, o parę tonów głośniej: - Ręce do góry!

Jest teraz zupełnie cicho. Z sąsiedniego pokoju dolatują jakieś odgłosy.

Przegraliśmy.

Heisig popchnięty wypada z szafy do pokoju. Stoi przez chwilę w granatowym kombinezonie, jakby miał upaść, twarz jego jest biała, oczy patrzą bez wyrazu. Potem na pół się odwraca i pada. Zobaczył Kesslera. Kessler się uśmiechał.

Nadprokurator Kessler jest panem i władcą sądu polowego i doraźnego. Jest panem życia i śmierci, panem szubienicy i batalionu egzekucyjnego To właśnie ten sam człowiek, który w sąsiednim pokoju domagał się prawa ukarania Heisiga na chwilę przed ucieczką doktora z budynku okręgowego dowództwa Luftwaffe. Głos jego brzmi zimno i cynicznie, dźwięczy w nim wyraźny tryumf: - Panie Heisig! I tak nie byłby mi pan uszedł. Stu dziewięćdziesięciu ludzi jest w drodze, szukają pana.

56

Potem pyta zwracając się do oficera SS: - Czy strzelał?

Oficer stoi nad Heisigiem, jak myśliwy nad zabitą zwierzyną, z rękami opartymi na biodrach. Natychmiast przyjmuje wojskową postawę i powiada szybko służalczym tonem: - Strzał padł przypadkiem z mego rewolweru. Zaczepiłem nim o coś. Taki tchórz nie strzela nigdy. - Kapitan patrzy z pogardą na leżącego na ziemi. - Taka świnia - powiada - podobno był wielkim donżuanem. - Nadprokurator dotyka Heisiga końcem buta. - Niech pan tylko nie udaje.

Oficer SS zwraca się do Pietra, który ciągle jeszcze siedzi na swym łóżku. - Pan jest z opery. Gdzie podziała się ta mała solistka… czarująca dziewczyna, ta mała Ruth. Czy jest jeszcze tutaj?

  • Jest w Dreźnie u swoich rodziców.

  • Cudowna! - powiada oficer. - Widziałem ją ostatnio latem w “Carmina Burana”. Tak, to dopiero są kobiety! Takie kobiety mają Niemcy - naprawdę opłaca się walczyć! - A potem, wskazując ruchem głowy na Heisiga, dodaje: - A tacy chcą nam rzucać kamienie pod nogi… ale nic im to nie pomoże! I tak ostatnie słowo my wypowiemy!

Walczyć dla tancerek. To jest pierwsza jasna myśl, którą mogę zrozumieć. Pochylam się nad Heisigiem.

Kessler zwraca się do mnie. Niech się pani ubierze, ale możliwie ciepło. Tam, dokąd panią przewieziemy, jest bardzo zimno. Pani pójdzie z nami.

To tylko na parę dni - powiada kapitan, a Kessler mówi - Niech pan nie obiecuje za dużo - Słowom tym towarzyszy dłuższe spojrzenie w moją stronę, szacujące i szydercze.

Doktor Heisig porusza się. Kapitan pomaga mu wstać. Heisig stoi pod lampą z opuszczonymi bezwładnie rękami. W jego oczach tli się zaledwie cień zrozumienia tego, co się wokół niego dzieje. Panie Heisig mówi Kessler tonem pełnym pychy - to była poza tym dezercja.

Doktor ma wygląd człowieka straszliwie znużonego. Niechętnie odwraca głowę. SS-man znikł tymczasem w drzwiach szafy i wraca z płaszczem i czapką Heisiga. W drugiej ręce trzyma, jak zdobycz, bluzę wojskową Harry’ego, podoficera lotnictwa.

  • Ach, pan lekarz sztabowy chciał uciekać w mundurze podoficera - mówi Kessler z zainteresowaniem.

57

  • Bardzo byłoby panu w tym do twarzy - szykowny, mały podoficer! Ty pożeraczu serc niewieścich, ty tchórzu - krzyczy kapitan.

Oficer SS stoi tuż za Heisigiem. Narzuca mu płaszcz na ramiona. Potem żongluje czapką na dłoni jak talerzem i w końcu jednym rzutem nasadza ją, trochę krzywo, na głowę Heisiga.

Heisig ciągle jeszcze stoi bez ruchu. Wydaje się, że nie dotyka go żadne szyderstwo.

  • Pan zamelduje się jutro w południe w biurach Gestapo, ulica Anger numer dwa - pada rozkaz w stronę Pietra. Tancerka Ruth okazała się czymś w rodzaju anioła opiekuńczego.

Kessler i sturmführer biorą Heisiga między siebie. Nadprokurator mówi niedbale: - Jazda. - Kapitan zostaje w pokoju. Stoję w drzwiach i patrzę za wychodzącymi. Przede mną leży długi korytarz, skąpo i tajemniczo oświetlony zapasową żarówką. Trzej mężczyźni idą powoli korytarzem. Heisig opuścił głowę. Czapka ciągle jeszcze siedzi krzywo na głowie, szary skórzany płaszcz zwisa z jego pleców, na nogach ma cienkie, brązowe skórzane pantofle domowe. Po prawej i lewej jego stronie obydwaj oficerowie kroczą pewni siebie i wyprostowani. Wreszcie trzy postacie znikają w drzwiach.

  • Niech się pani pośpieszy - mówi do mnie kapitan i rzucając spojrzenie na zegarek na ręku dodaje: - nie możemy tu spędzić całej nocy.

Prędko narzucam coś na pyjamę, biorę koc i małą walizkę stojącą od południa na biurku. Są w niej papierosy, parę drobiazgów i duże fotografie moich dzieci, które dziś zdjęłam ze ściany. Proszę Pietra, aby zaopiekował się moją matką, daje mi na to rękę. Czarne oczy pełne są dziecinnych łez i patrzą na mnie bezradnie. - Co zrobimy bez pani, mateczko? - powiada.

  • Uszy do góry. Nie wypijcie mi całego wina. Wrócę na pewno.

Teraz jeszcze jedna, bardzo trudna chwila. Pożegnanie z matką. Zwracam się do kapitana, pozwala mi wejść do matki, sam zatrzymuje się w otwartych drzwiach.

Matka siedzi w swoim małym pokoiku na brzegu łóżka zupełnie złamana, przerażenie maluje się w jej szeroko rozwartych oczach. - Dziecko moje - mówi i bierze moją twarz w swoje ręce.

Kapitan przygląda się nam.

58

  • Mamusiu - mówię mateczko, nie jest tak źle. Zabrali doktora. Coś tam przeskrobał, a ja muszę złożyć zeznania. Wrócę za parę dni. Nie martw się… i nie zjedzcie wszystkiego do ostatniej kruszynki. A gdyby mi się coś stało, to też nic wielkiego… w domu też w każdej chwili może się to zdarzyć, prawda? - Obejmując ją szepczę jej do ucha: - Ty nic nie wiesz, byłaś cały czas w swoim pokoju.

Uśmiech, ostatnie pożegnanie - trzymaj się.

Potem drzwi zatrzaskują się za mną.

Na schodach widzę, że przed każdym mieszkaniem rozstawione są posterunki, które przyłączają się teraz do nas. Przed bramą, w ciemnościach nocy czeka - otulona w wełniany koc - siostra Anneliese, Więc i ona ma pójść tam, gdzie jest “bardzo zimno”. Teraz zaczynam już pewne rzeczy rozumieć.

Na rogu ulicy stoją jeden za drugim trzy samochody z zapuszczonymi motorami. W pierwszym siedzi nadprokurator Kessler, oficer SS i Heisig. Płatki śniegu przecinają ukośnie światła reflektorów. Rozbrzmiewa gwizd. Z ciemności, spod ścian i z bram domów wyłaniają się jakieś postacie. Wysoko podniesione kołnierze palt, wtulone w ramiona głowy zjawiają się na mgnienie oka w przytłumionym świetle reflektorów. Potem znikają bezszelestnie w ciemnościach zimowej nocy.

Ile też zadali sobie trudu.

Anneliese siedzi obok mnie w samochodzie, kapitan na przodzie koło kierownicy. Nikt nie mówi słowa.

Jedziemy do prezydium policji. Początkowo samochód z Heisigiem jedzie przed nami, ale gdy wysiadamy przed wielkim głównym wejściem, już go nie widzimy.

  • Dwie kobiety - powiada kapitan przekazując nas dyżurnemu, siwowłosemu policjantowi. Dyżurny zdejmuje klucz z tablicy, Idziemy przez rozbrzmiewające echem korytarze i żelazne schody. Ciężkie drzwi zatrzaskują się za nami.